🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

40 total messages Started by Eline Fri, 08 Sep 2006 17:00
czy jestem prymitywna?
#46829
Author: Eline
Date: Fri, 08 Sep 2006 17:00
37 lines
3448 bytes
Mój narzeczony stwierdził, że gdyby nie jego brak doświadczenia, to jego
pierwszy związek skończyłby się zapewne powodzeniem. Odpowiedziałam, że jak
tak mówi, to się czuję, jakby chciał, żeby to ONA siedziała teraz na moim
miejscu. Odpowiedź: to nie takie proste, rzuciła go po 5 latach, a ja chcę,
żeby on się z tego cieszył (nic takiego nie mówiłam), kiedyś mu bardzo na
tym związku zależało, no, nie może powiedzieć, że nie chciałby, ani nawet,
że nie wolałby, bo to nie jest takie proste, i że my się kochamy i chcemy
być razem, i tylko to jest ważne. Zapytałam, czy żałuje tamtego związku -
podobno nie. Czy przestał ją kochać - "chyba tak". Czy ma uczucie, że nie
może mnie kochać tak jak jej - "świadomie nie mam". I podobno to niemożliwe,
żeby kiedykolwiek jeszcze chciał z nią być, bo za bardzo przez nią cierpiał
(to mówił ze łzami w oczach).
Kilkakrotnie słyszałam, że gdybym od niego odeszła, jakoś by to przeżył, bo
parę razy już przeżył. I że nawet mógłby sam zrezygnować z rozpoczynania
związku ze mną, bo "tyle razy już miłość z niego zrezygnowała, więc on też
raz mógłby". Zaznaczam, że nie pytałam o to.
Jest już moim mężem. I jest fajnie, dopóki on nie zaczyna mnie krytykować
(niestety, o wiele częściej słyszę krytykę niż dobre słowo) lub nie
zaczynamy rozmawiać o uczuciach. Unikam tych tematów, ale, cholera, czasem
same wypływają, np. jak on rzuci jakiś taki tekst. Wczoraj usłyszałam, że
mężczyzna żadnego związku nie może porównywać do tego pierwszego, bo wtedy
ma jeszcze złudzenia, nie boi się, może postawić wszystko na jedną kartę...
Wciąż utrzymuje z NIĄ kontakt (e-mail, smsy).
Czuję się jak jakiś drugi sort, jak tylko "jedna z wielu następnych", mimo,
że jestem jego żoną. Zresztą podobno ożenił się ze mną, żeby mi zrobić
przyjemność, a uważa, że powinien mi sprawiać przyjemność. I sprawia mi ją,
bo uważa, że powinien.
Ja też miałam przed nim innych facetów, długie, poważne związki, ale dla
mnie to jest tak, że kochałam ich i chciałam być z nimi, ale teraz kocham
jego i chcę być z nim, a nie z którymkolwiek z tamtych, i koniec! Ale dla
niego to "nie takie proste"... Dla mnie zaś to najprostsze na świecie.
Miłość to miłość, nieważne, która z kolei. Ważna jest tylko ta aktualna. Nie
wiem, prymitywna jestem?
Skoro "kochamy się i tylko to jest ważne", to po co to całe pieprzenie i
wieczne krytykowanie, i niewiara, że nie chciałam nic złego???

Pozdrawiam, Eline 
Re: czy jestem prymitywna?
#46830
Author: Morderca uczuć
Date: Fri, 08 Sep 2006 23:31
38 lines
3161 bytes
Eline napisał(a):

[ciach]

Skądże Eline. Nie jesteś prymitywna. Twoje reakcje są do bólu
normalne. Przykro się robi czytając Twój post. Nie umiem nic
doradzić, choć sprawa wydaje mi się znajoma. I wydaje mi się, że
Twój mąż jeszcze może się poprawić. Może, nie musi.
Masz bardzo odbre podejście - gdy się zaczyna nowy związek, należy
spalić most za poprzednim. Twój mąż kocha wyobrażenie lub
wspomnienie po swojej pierwszej miłości. On tęskini za nią.
Oszukuje Ciebie. Robi to, choć wcale nie chce Cię krzywdzić.
Rozdzielił swoje cierpienie, tęsknoty i kontakty z byłą od Waszego
życia. Tzn. tak mu się wydaje, ale jak wiemy te dwa życia
przenikają się.
Rozmowy z nim nie przynoszą rezultatów. Na każde pytanie on stosuje
racjonalizację - wypiera się tego co jest sednem sprawy. Ale pytania
zadajesz właścicwe. I musisz dalej rozmawiać, tylko może zmień
taktykę.
Daj mu do zrozumienia, że cierpisz. On musi zrozumieć, że Cię
krzywdzi. Potrzeba na to czasu. Co chwila przypominaj mu, że widzisz
jego dziwne zachowanie, widzisz bardzo poważny stosunek do byłej a to
się nie powinno zdarzać w małżeństwie ani w żadnym związku. To
jest chore. On jest uzależniony od tamtej, wie, że z nią nie
będzie, lecz nie chce/nie umie pogodzić się z jej utratą.
Kiedy będziesz go "męczyć", po kilku małych awanturach, zażądaj
aby skończył wszelkie kontakty z tą panią. Eliminacja tej kobiety
jest jedynym sposobem, aby on zaczął wychodzić z uzależnienia.
Oczywiście będzie się z tego śmiał, nazwie Cię "wariatką",
przygotuj się na to. Po jakimś czasie zacznie się z nią
kontaktować potajemnie. Może będą się spotykać. Wówczas
zaproponuj aby ją zaprosił do Was. Na Twoje szczęście przemawia to,
że oni są przeszłością, tylko przez swoją głupotę nie chcą
tego zauważyć.

Życzę Ci cierpliwości i siły aby to wszystko przejść, nie
wiedząc jak to się skończy.
M.U.
Re: czy jestem prymitywna?
#46831
Author: Flyer
Date: Sat, 09 Sep 2006 20:34
82 lines
4527 bytes
Eline; <eds7gu$nv3$2@inews.gazeta.pl> :

> Mój narzeczony stwierdził, że gdyby nie jego brak doświadczenia, to jego
> pierwszy związek skończyłby się zapewne powodzeniem.

<maskulinum mode on/femininum mode off>

Tak może powiedzieć każdy facet/każda kobieta o swoich przeszłych
związkach - z czasem nabywa się po prostu doświadczenia. Nigdy nie
myślałaś o tym co było. Może faktycznie nie, ale świadomośc "porażek" i
konfrontacja z aktualną sytuacją uświadamiają człowiekowi jak się
zmienia, nie tylko go dołują lub są wyrazem wypartych pragnień.

<maskulinum mode off/femininum mode on>

> Odpowiedziałam, że jak
> tak mówi, to się czuję, jakby chciał, żeby to ONA siedziała teraz na moim
> miejscu. 
> Odpowiedź: to nie takie proste, rzuciła go po 5 latach, a ja chcę,
> żeby on się z tego cieszył (nic takiego nie mówiłam), kiedyś mu bardzo na
> tym związku zależało, no, nie może powiedzieć, że nie chciałby, ani nawet,
> że nie wolałby, bo to nie jest takie proste, i że my się kochamy i chcemy
> być razem, i tylko to jest ważne. 

<maskulinum mode on/femininum mode off>

Człowiek od dzieciństwa jest uczony "zajmować stanowisko" vel.
odpowiadać. Jego odpowiedź mogła dotyczyć Twojej reakcji, a nie tamtego
związku albo obecnego. Znaczy, że gościu faktycznie czuje się niepewnie
ew. zależy mu na Twoim zdaniu, bo nie zaatakował i się tłumaczył,
"dlaczego powiedział to co powiedział".
Ale ... Twoja reakcja też jest formą niepewności/niechęci do utraty
akceptacji.

Wyobraź sobie, że masz dwie osoby - jedna "dojrzała kobieta, która wie
czego chce" i rozmamłany facet. 
Jedno z nich korzysta z serwisów randkowych, drugie z tzw. skan'u na
komórkach [rodzaj sms'owego czatu.
Jedno z nich zawiera nowe związki poprzez swoją aktywność w virtualu,
drugie traktuje je jako formę rozrywki i uzyskania informacji zwrotnej.
Zgadniesz, które jest które [odpowiedź dostaniesz po udzieleniu własnej
odpowiedzi]? ;)

<maskulinum mode off/femininum mode on>

> Zapytałam, czy żałuje tamtego związku -
> podobno nie. Czy przestał ją kochać - "chyba tak". Czy ma uczucie, że nie
> może mnie kochać tak jak jej - "świadomie nie mam". I podobno to niemożliwe,
> żeby kiedykolwiek jeszcze chciał z nią być, bo za bardzo przez nią cierpiał
> (to mówił ze łzami w oczach).

<maskulinum mode on/femininum mode off>

Instrukcja użytkowania mężczyzny, przeznaczona dla kobiet, fragmenty:

- jeżeli nie chcesz wiedzieć, nie pytaj
- jeżeli się spytałaś, to się nie dziw

;)

A po mojemu - dobrze by mu zrobiła konfrontacja - to co opisujesz to
[być może!!!] świadectwo przejścia jakiejś formy traumy, a obecnie formy
obsesji, skierowania uwagi na obiekt, który wywołuje silne emocje,
niekoniecznie pozytywne. Po konfrontacji to nie obiekt [dziewczyna]
będzie kojarzony z silnymi emocjami, ale określone zdarzenie, kiedyś
dawno wstecz.



A dalej mi się nie chce czytać, bo idzie w ten sam deseń - ogólnie - Ty
jesteś niepewna [może w nienajlepszej formie psychicznej] i on też,
oboje najchętniej uwolnilibyście się z tego związku, ale nie dlatego, że
wzajemnie się nie lubicie, ale dlatego, że nie daje on wam szans na
emocjonalne rozgrywki i małe zwycięstwa, męczy przeciagającym się stanem
zawieszenia. Zacznijcie poruszać nowe tematy/nowe obszary zachowań, w
których nie macie "wyumianych" schematów gry [które z automatu definiują
oczekiwania i sposoby zachowań] - tylko do tego potrzebna jest aktywność
jednej ze stron/obu i nieuciekanie przed ryzykiem porażki.

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46832
Author: Eline
Date: Sun, 10 Sep 2006 13:32
46 lines
3089 bytes
"Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message
news:edv7ma$ger$1@atlantis.news.tpi.pl...
> Eline; <eds7gu$nv3$2@inews.gazeta.pl> :
>
[...]
>
> Instrukcja użytkowania mężczyzny, przeznaczona dla kobiet, fragmenty:
>
> - jeżeli nie chcesz wiedzieć, nie pytaj
> - jeżeli się spytałaś, to się nie dziw
>
> ;)

Stosuję. Pytałam, bo CHCIAŁAM wiedzieć, w czym właściwie tkwię. Bo wcześniej
parę rzeczy, o które NIE pytałam, zasiało moje wątpliwości.
>
> A po mojemu - dobrze by mu zrobiła konfrontacja - to co opisujesz to
> [być może!!!] świadectwo przejścia jakiejś formy traumy, a obecnie formy
> obsesji, skierowania uwagi na obiekt, który wywołuje silne emocje,
> niekoniecznie pozytywne. Po konfrontacji to nie obiekt [dziewczyna]
> będzie kojarzony z silnymi emocjami, ale określone zdarzenie, kiedyś
> dawno wstecz.
>
Tzn. żeby się z nią spotkał? Ostatni raz widział ją pół roku po rozstaniu,
czyli dwa i pół roku temu.
I w sumie da się zauważyć, że on mitologizuje raczej ten pierwszy związek, a
nawet pierwszy związek jako taki, niż tę osobę. Myślisz, że spotkanie by na
to pomogło? Jeśli tak, to sama go na nie wyślę.
Bo widzisz, wkurza mnie obecność czegoś, z czym z założenia nie mogę
"konkurować".
>
> A dalej mi się nie chce czytać, bo idzie w ten sam deseń - ogólnie - Ty
> jesteś niepewna [może w nienajlepszej formie psychicznej] i on też,
> oboje najchętniej uwolnilibyście się z tego związku, ale nie dlatego, że
> wzajemnie się nie lubicie, ale dlatego, że nie daje on wam szans na
> emocjonalne rozgrywki i małe zwycięstwa, męczy przeciagającym się stanem
> zawieszenia. Zacznijcie poruszać nowe tematy/nowe obszary zachowań, w
> których nie macie "wyumianych" schematów gry [które z automatu definiują
> oczekiwania i sposoby zachowań] - tylko do tego potrzebna jest aktywność
> jednej ze stron/obu i nieuciekanie przed ryzykiem porażki.

Tyle że on niby chciałby nowych rzeczy, ale w praktyce nic mu się nie
podoba...
Np. mamy dziecko. Chciane. I to jest kolejny powód, żeby wymyślać, co robię
źle...
Re: czy jestem prymitywna?
#46833
Author: Flyer
Date: Sun, 10 Sep 2006 19:06
49 lines
3216 bytes
Eline; <ee143f$1pu$1@inews.gazeta.pl> :

> Stosuję. Pytałam, bo CHCIAŁAM wiedzieć, w czym właściwie tkwię. Bo wcześniej
> parę rzeczy, o które NIE pytałam, zasiało moje wątpliwości.

Nie chce mi się robić pełnej teorii, więc tylko zasugeruję, że akurat w
tym momencie może dochodzić do sytuacji, kiedy argumenty za [za waszym
związkime] uznawane są jako forma przedłużenia życia w niepokoju,
argumenty przeciw jako forma "ucieczki" od niepokoju - zgadnij, co jest
faworyzowane, które argumenty mają większą siłę oddziaływania - za czy
przeciw? Na to jest jedno lekarstwo - uciec od niepokoju można na chwilę
nie wyszukując argumentów, po prostu na chwilę sie oddalając [wiem,
dziecko, małżeństwo - ja tylko tak ogólnikowo].

> Tzn. żeby się z nią spotkał? Ostatni raz widział ją pół roku po rozstaniu,
> czyli dwa i pół roku temu.
> I w sumie da się zauważyć, że on mitologizuje raczej ten pierwszy związek, a
> nawet pierwszy związek jako taki, niż tę osobę. Myślisz, że spotkanie by na
> to pomogło? Jeśli tak, to sama go na nie wyślę.

Nie czuję tego tematu - być może dlatego, że któraś ze stron jest
stronnicza, albo wręcz obie, i nie jestem w stanie tego zweryfikować.

Skoro jednak napisałaś, to co napisałaś, to za bardzo nie ma z czym
konfrontować - jest tak jak w moim ostatnim zdaniu - to nie dziewczyna,
ale tamten związek, "raj utracony". Co w nim było takiego? Zamiast
fukać, zapytaj, zmuś do odpowiedzi i nie reaguj, zmuś go do werbalizacji
jego emocji.

> Bo widzisz, wkurza mnie obecność czegoś, z czym z założenia nie mogę
> "konkurować".

;) Nie musisz. To zbieżność podmiotów tego samego typu, wystepujących w
opisie - tam związek i tu związek, tam kobieta i tu kobieta. Ale gdyby
facet wspominał swoje lata szkolne, to nie masz nawet odrobiny chęci i
potrzeby konkurować? Dlaczego? Przeciez skoro wspomina, to znaczy, że
dobrze się czuł, lepiej niż teraz.

> Tyle że on niby chciałby nowych rzeczy, ale w praktyce nic mu się nie
> podoba...
> Np. mamy dziecko. Chciane. I to jest kolejny powód, żeby wymyślać, co robię
> źle...

"Stare dobre małżeństwa", w których żona na widok męża dostaje kurwicy,
a mąż na widok żony takoż. ;) Robiąc kłótnie pogłębiasz przepaść. 

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46845
Author: Flyer
Date: Sun, 10 Sep 2006 19:20
20 lines
1685 bytes
Flyer; <edv7ma$ger$1@atlantis.news.tpi.pl> :

> Wyobraź sobie, że masz dwie osoby - jedna "dojrzała kobieta, która wie
> czego chce" i rozmamłany facet. 
> Jedno z nich korzysta z serwisów randkowych, drugie z tzw. skan'u na
> komórkach [rodzaj sms'owego czatu.
> Jedno z nich zawiera nowe związki poprzez swoją aktywność w virtualu,
> drugie traktuje je jako formę rozrywki i uzyskania informacji zwrotnej.
> Zgadniesz, które jest które [odpowiedź dostaniesz po udzieleniu własnej
> odpowiedzi]? ;)

Bym zapomniał. To przyczynek o dualności ludzkiej osobowości. Mianowicie
rozmamłany facet korzysta z serwisów randkowych i traktuje je jako formę
rozrywki i uzsykania informacji zwrotnej, a "dojrzała kobieta, która wie
czego chce" korzysta ze "scan'u" i zawiera poprzez niego nowe związki.
;)

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46834
Author: Eline
Date: Sun, 10 Sep 2006 22:10
54 lines
3425 bytes
"Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message 
news:ee1nio$1pb$1@atlantis.news.tpi.pl...
> Eline; <ee143f$1pu$1@inews.gazeta.pl> :
>
[...]
>
> Skoro jednak napisałaś, to co napisałaś, to za bardzo nie ma z czym
> konfrontować - jest tak jak w moim ostatnim zdaniu - to nie dziewczyna,
> ale tamten związek, "raj utracony". Co w nim było takiego? Zamiast
> fukać, zapytaj, zmuś do odpowiedzi i nie reaguj, zmuś go do werbalizacji
> jego emocji.

Tia. Wkurwi się, że go męczę, i tyle będzie. Usłyszałam to, o czym napisałam 
w pierwszym poście, i bardzo wątpię, żeby chciał mi powiedzieć coś jeszcze. 
On nie lubi odpowiadać mi na pytania, szczególnie typu "co właściwie masz na 
myśli?". Odpowie "to, co powiedziałem", może doda "zacznij wreszcie myśleć 
samodzielnie".
>
>> Bo widzisz, wkurza mnie obecność czegoś, z czym z założenia nie mogę
>> "konkurować".
>
> ;) Nie musisz. To zbieżność podmiotów tego samego typu, wystepujących w
> opisie - tam związek i tu związek, tam kobieta i tu kobieta.

Rozumiem, że uważasz, że to nie ma wpływu na naszą relację? Niech sobie 
biedaczek marzy?

Ale gdyby
> facet wspominał swoje lata szkolne, to nie masz nawet odrobiny chęci i
> potrzeby konkurować? Dlaczego? Przeciez skoro wspomina, to znaczy, że
> dobrze się czuł, lepiej niż teraz.

Gdyby z jego wypowiedzi wynikało, że wtedy było super, a teraz już jest i 
musi być do dupy, to tak, byłoby mi źle. Bo to by znaczyło, że obecne 
potencjalne źródła szczęścia są dla niego guzik warte. Ale dopóki to jest 
tak, że każdy etap życia ma swoje plusy i minusy i teraz nie musi być 
gorzej, to... jest czego szukać, o co walczyć.
Gdyby już nic nie miało być tak fajne jak kiedyś, to lepiej się zastrzelić 
po odebraniu świadectwa maturalnego. Widzisz, nie cierpię bylejakości.
>
>> Tyle że on niby chciałby nowych rzeczy, ale w praktyce nic mu się nie
>> podoba...
>> Np. mamy dziecko. Chciane. I to jest kolejny powód, żeby wymyślać, co 
>> robię
>> źle...
>
> "Stare dobre małżeństwa", w których żona na widok męża dostaje kurwicy,
> a mąż na widok żony takoż. ;) Robiąc kłótnie pogłębiasz przepaść.
>
Wiesz, to jemu ciągle coś się nie podoba, nawet jeśli wie, że naprawdę nie 
chciałam zrobić mu na złość, to się wścieka i wymyśla mi nowe wady...

Eline 
Re: czy jestem prymitywna?
#46835
Author: Flyer
Date: Mon, 11 Sep 2006 04:20
106 lines
6303 bytes
Eline; <ee22f8$vh$1@inews.gazeta.pl> :

> 
> "Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message 
> news:ee1nio$1pb$1@atlantis.news.tpi.pl...
> > Eline; <ee143f$1pu$1@inews.gazeta.pl> :
> >
> [...]
> >
> > Skoro jednak napisałaś, to co napisałaś, to za bardzo nie ma z czym
> > konfrontować - jest tak jak w moim ostatnim zdaniu - to nie dziewczyna,
> > ale tamten związek, "raj utracony". Co w nim było takiego? Zamiast
> > fukać, zapytaj, zmuś do odpowiedzi i nie reaguj, zmuś go do werbalizacji
> > jego emocji.
> 
> Tia. Wkurwi się, że go męczę, i tyle będzie. Usłyszałam to, o czym napisałam 
> w pierwszym poście, i bardzo wątpię, żeby chciał mi powiedzieć coś jeszcze. 
> On nie lubi odpowiadać mi na pytania, szczególnie typu "co właściwie masz na 
> myśli?". Odpowie "to, co powiedziałem", może doda "zacznij wreszcie myśleć 
> samodzielnie".

Ale bez tego on nie zrozumie na czym polega jego problem. Może miec
gorszy stan psychiczny, ale jeżeli to nie to, to bez udziału z jego
strony się nie obejdzie.

Miałem znajomego, który z rozrzewnieniem wspominał dawne prace, a obecną
tylko "rzeczowo" krytykował - a w gruncie rzeczy chodziło tylko o to, że
obecna go bardziej męczy, a jego krytykanctwo prawdopodobnie jeszcze
bardziej powodowało, że nie lubił obecnej pracy. Ale niestety to był typ
"niereformowalny", nie potrafił przegrywać. Gdybyś go spotkała, to byś
pomyślała - miły, dojrzały, wie czego chce od życia, ma zainteresowania
i swoje zdanie, gdybyś była z nim dłużej, to byś pomyślała - prowokator,
ucieczkowicz od wysiłku, który nie zostaje wynagrodzony od razu, cham,
niecierpliwiec, pasywny, którego zainteresowania są jedynie przykrywką
dla kontaktów z innymi, złośnik i złosliwiec. Próbowałem go delikatanie
zniechęcić do krytykanctwa, próbowałem wprost - nie dawało się, nie
rozumiał w czym rzecz, bo zawsze był tym, który "wie czego chce od
życia".

> >
> >> Bo widzisz, wkurza mnie obecność czegoś, z czym z założenia nie mogę
> >> "konkurować".
> >
> > ;) Nie musisz. To zbieżność podmiotów tego samego typu, wystepujących w
> > opisie - tam związek i tu związek, tam kobieta i tu kobieta.
> 
> Rozumiem, że uważasz, że to nie ma wpływu na naszą relację? Niech sobie 
> biedaczek marzy?

;) Konfrontacja nie ma już wpływu - konfrontacja, o której wspominałem,
miała własnie za zadanie spowodować to, co powyżej i "odcięcie" go od
obsesji na punkcie poprzedniej dziewczyny. Marzenia mają, ale trudno
powiedzieć, na ile są one prawdziwe - to zależy od jego pamięci emocji i
zdarzeń. Jeżeli ma niezbyt dobrą pamięć emocji i zdarzeń, to jego
marzenia są "czymś" - swoistą konstrukcją budowaną na bieżąco w
odpowiedzi na reakcje świata realnego - gdyby miał dobrą pamięć, to może
starałby się przenieść "marzenia" do rzeczywistości, jeżeli ma złą, to
on cały czas buduje w sobie tę konstrukcję, więc nie dziwne, że nie ma
czego przenosić na zewnątrz, zamiast tego przenosi do wewnątrz.

Może masz faktycznie zresztą trudne zadanie - to tak jak związek z
alkoholikiem lub zazdrośnikiem. Kiedy próbujesz nakłonić alkoholika do
niepicia, to ten ucieka od "krytyki" i braku "zrozumienia" w alkohol,
kiedy próbujesz stonować zazdrośnika, to ten doznaje coraz większego
uczucia braku akceptacji i staje się jeszcze bardziej zazdrosny - równia
pochyła.

> Ale gdyby
> > facet wspominał swoje lata szkolne, to nie masz nawet odrobiny chęci i
> > potrzeby konkurować? Dlaczego? Przeciez skoro wspomina, to znaczy, że
> > dobrze się czuł, lepiej niż teraz.
> 
> Gdyby z jego wypowiedzi wynikało, że wtedy było super, a teraz już jest i 
> musi być do dupy, to tak, byłoby mi źle. Bo to by znaczyło, że obecne 
> potencjalne źródła szczęścia są dla niego guzik warte. Ale dopóki to jest 
> tak, że każdy etap życia ma swoje plusy i minusy i teraz nie musi być 
> gorzej, to... jest czego szukać, o co walczyć.
> Gdyby już nic nie miało być tak fajne jak kiedyś, to lepiej się zastrzelić 
> po odebraniu świadectwa maturalnego. Widzisz, nie cierpię bylejakości.

Poprzez analogie z gościem, o którym wspomniałem powyżej - on nawet
byłby fajnym człowiekiem, pod warunkiem, że trafiłby na osobę
bezgranicznie w niego wsłuchaną, nie powodującą, że miałby poczucie
przegranej, nie stawiającą kłopotliwych pytań i zadań - ot jego
partnerką powinna być śliniąca się na jego widok małolata. Jaka byłaś,
kiedy się poznaliście, jak zmieniły się wasze relacje od początku
związku?

> >> Tyle że on niby chciałby nowych rzeczy, ale w praktyce nic mu się nie
> >> podoba...
> >> Np. mamy dziecko. Chciane. I to jest kolejny powód, żeby wymyślać, co 
> >> robię
> >> źle...
> >
> > "Stare dobre małżeństwa", w których żona na widok męża dostaje kurwicy,
> > a mąż na widok żony takoż. ;) Robiąc kłótnie pogłębiasz przepaść.
> >
> Wiesz, to jemu ciągle coś się nie podoba, nawet jeśli wie, że naprawdę nie 
> chciałam zrobić mu na złość, to się wścieka i wymyśla mi nowe wady...

Czyli "stracił do Ciebie zaufanie", bo przestałas mu dawać bezgraniczną
akceptację?

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46836
Author: Eline
Date: Mon, 11 Sep 2006 10:25
125 lines
8060 bytes
"Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message 
news:ee2oak$4p8$1@nemesis.news.tpi.pl...
> Eline; <ee22f8$vh$1@inews.gazeta.pl> :
>
>>
>> "Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message
>> news:ee1nio$1pb$1@atlantis.news.tpi.pl...
>> > Eline; <ee143f$1pu$1@inews.gazeta.pl> :
>> >
>> [...]
>
> Miałem znajomego, który z rozrzewnieniem wspominał dawne prace, a obecną
> tylko "rzeczowo" krytykował - a w gruncie rzeczy chodziło tylko o to, że
> obecna go bardziej męczy, a jego krytykanctwo prawdopodobnie jeszcze
> bardziej powodowało, że nie lubił obecnej pracy. Ale niestety to był typ
> "niereformowalny", nie potrafił przegrywać. Gdybyś go spotkała, to byś
> pomyślała - miły, dojrzały, wie czego chce od życia, ma zainteresowania
> i swoje zdanie

Dokładnie to pomyślałam o moim mężu, kiedy go poznałam...

 gdybyś była z nim dłużej, to byś pomyślała - prowokator,
> ucieczkowicz od wysiłku, który nie zostaje wynagrodzony od razu, cham,
> niecierpliwiec, pasywny, którego zainteresowania są jedynie przykrywką
> dla kontaktów z innymi, złośnik i złosliwiec. Próbowałem go delikatanie
> zniechęcić do krytykanctwa, próbowałem wprost - nie dawało się, nie
> rozumiał w czym rzecz, bo zawsze był tym, który "wie czego chce od
> życia".

Różnica: ten jest tym, który "wie, że pewne rzeczy się nie powtórzą i nie ma 
co latać za mrzonkami"... Zimno mi się zrobiło, jak to usłyszałam. I tym, 
który wie, co POWINNO mnie uszczęśliwiać. Lepiej ode mnie. Kwiaty i inne 
rzeczy, które można kupić za pieniądze. I bardzo się stara mnie nimi 
uszczęśliwiać. Poza tym spełnia większość moich próśb typu "pozmywaj", a do 
dziecka sam się zrywa. A ja bardzo się staram, żeby wiedział, że to wszystko 
widzę i doceniam. W zamian ja mam zaspokajać jego potrzeby emocjonalne. No i 
też się staram, tyle że moje leżą odłogiem. Rozumiem, że nie można oczekiwać 
od człowieka, żeby czytał mi w myślach, więc próbuję mu wytłumaczyć, że 
bardziej niż czekoladek potrzebuję akceptacji i bliskości, ale to jest moja 
zła wola, że "nie chcę być szczęśliwa", "każda inna kobieta byłaby 
zadowolona, a ty na siłę chcesz się różnić od innych" itp.
>> >
>> >> Bo widzisz, wkurza mnie obecność czegoś, z czym z założenia nie mogę
>> >> "konkurować".
>> >
>> > ;) Nie musisz. To zbieżność podmiotów tego samego typu, wystepujących w
>> > opisie - tam związek i tu związek, tam kobieta i tu kobieta.
>>
>> Rozumiem, że uważasz, że to nie ma wpływu na naszą relację? Niech sobie
>> biedaczek marzy?
>
> ;) Konfrontacja nie ma już wpływu - konfrontacja, o której wspominałem,
> miała własnie za zadanie spowodować to, co powyżej i "odcięcie" go od
> obsesji na punkcie poprzedniej dziewczyny. Marzenia mają, ale trudno
> powiedzieć, na ile są one prawdziwe - to zależy od jego pamięci emocji i
> zdarzeń. Jeżeli ma niezbyt dobrą pamięć emocji i zdarzeń, to jego
> marzenia są "czymś" - swoistą konstrukcją budowaną na bieżąco w
> odpowiedzi na reakcje świata realnego - gdyby miał dobrą pamięć, to może
> starałby się przenieść "marzenia" do rzeczywistości, jeżeli ma złą, to
> on cały czas buduje w sobie tę konstrukcję, więc nie dziwne, że nie ma
> czego przenosić na zewnątrz, zamiast tego przenosi do wewnątrz.

No właśnie. Pamięć ma kiepską. I o wiele łatwiej mi usłyszeć o tym, co było 
fajne tam (z klauzulą, że już się nie powtórzy) niż o tym, co jest fajne tu.
Niech nawet będzie, że pierwszy związek ma, przynajmniej dla niego, 
właściwości szczególne, których inny już mieć nie może (choć to pachnie mi 
samospełniającą się przepowiednią). Ale kolejny może mieć (chyba?) jakieś 
inne, równie fajne, choć inne. W dodatku nie polegające na złudzeniach. Więc 
to powinno się chyba móc jakoś wyrównać, tam i tu plusy i minusy, a nie, że 
"tylko ten pierwszy związek jest z niczym nieporównywalny, bo złudzenia 
itd.". Wtedy rzeczywiście nie byłoby miejsca na kompleksy, a tylko radość 
budowania.
>
[ciach, bo długie]
>
> Poprzez analogie z gościem, o którym wspomniałem powyżej - on nawet
> byłby fajnym człowiekiem, pod warunkiem, że trafiłby na osobę
> bezgranicznie w niego wsłuchaną, nie powodującą, że miałby poczucie
> przegranej, nie stawiającą kłopotliwych pytań i zadań - ot jego
> partnerką powinna być śliniąca się na jego widok małolata. Jaka byłaś,
> kiedy się poznaliście, jak zmieniły się wasze relacje od początku
> związku?

Na początku oczywiście cudownie, jesteś wspaniała, piękna, mądra, super 
kochanka itd. Potem "zaczęłam go przesłuchiwać", "przestałam być ciepła i 
czuła". A ja... chciałam z nim rozmawiać o tym, co mnie zaniepokoiło lub 
zdenerwowało - o konkretnych zjawiskach - ale słyszałam, że "wymyślam 
problemy", "przesłuchuję go" itp., więc zaczęłam zamykać to w sobie, widząc, 
że nic do niego nie dociera. Poza tym zawsze był wściekły, kiedy 
zachowywałam się w inny sposób, niż oczekiwał. Mimo szumnych deklaracji, 
stało się dla mnie jasne, że powinnam mieć określone (przez niego) 
wymagania, i nie "wymyślać". Ale ja "zrobię wszystko, żeby być inna niż 
wszyscy", choć nigdy nie mogę się dowiedzieć, co to za "wszyscy"...
Jedyny sposób, żeby do niego dotrzeć, to zademonstrować, że coś mnie gryzie, 
o czym nie mówię. Wtedy on się dopytuje, co mi jest, a jak powiem, to nie 
może mieć pretensji, bo "sam pytał"... I ogólnie łapie się na "sztuczki". 
Tyle że ja nienawidzę "sztuczek", krygowania się itp. :(

>> >> Tyle że on niby chciałby nowych rzeczy, ale w praktyce nic mu się nie
>> >> podoba...
>> >> Np. mamy dziecko. Chciane. I to jest kolejny powód, żeby wymyślać, co
>> >> robię
>> >> źle...
>> >
>> > "Stare dobre małżeństwa", w których żona na widok męża dostaje kurwicy,
>> > a mąż na widok żony takoż. ;) Robiąc kłótnie pogłębiasz przepaść.
>> >
>> Wiesz, to jemu ciągle coś się nie podoba, nawet jeśli wie, że naprawdę 
>> nie
>> chciałam zrobić mu na złość, to się wścieka i wymyśla mi nowe wady...
>
> Czyli "stracił do Ciebie zaufanie", bo przestałas mu dawać bezgraniczną
> akceptację?
>
Nie tyle "stracił zaufanie" (bo chyba nigdy go nie miał więcej ani mniej niż 
obecnie, czyli nie za wiele - często słyszałam, że przecież mogę kłamać), co 
"poczuł się szykanowany".
Dodam jeszcze, że brak różnych rzeczy (np. zaufania) z jego strony on 
tłumaczy złymi przeżyciami i moimi wadami, mnie się jednak wydaje, że po 
prostu nigdy się ich nie nauczył, biorąc pod uwagę, jaką ma rodzinę. Ach, te 
samospełniające się przepowiednie, nazywane często "doświadczeniem" - to 
chyba cały on :-/

Pozdrawiam, Eline 
Re: czy jestem prymitywna?
#46837
Author: Flyer
Date: Mon, 11 Sep 2006 16:13
152 lines
9240 bytes
Eline; <ee3dft$mug$1@inews.gazeta.pl> :

> "Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message 
> news:ee2oak$4p8$1@nemesis.news.tpi.pl...

> >  Ale niestety to był typ
> > "niereformowalny", nie potrafił przegrywać. Gdybyś go spotkała, to byś
> > pomyślała - miły, dojrzały, wie czego chce od życia, ma zainteresowania
> > i swoje zdanie
> 
> Dokładnie to pomyślałam o moim mężu, kiedy go poznałam...

;) Ciężki typ do modyfikacji - natura prowokatora powoduje, że zawsze
potrafi zgromadzić woół siebie parę osób, które będa dawały mu
"wymuszone"/"zmanipulowane" pozytywne informacje zwrotne [akceptacja]
swoim zachowaniem. Prowokator nie musi być ciemnym typem - wystarczy, że
jest "głośny" - wita wszystkich, jest hałaśliwy [zwraca na siebie
uwagę], wypowiada jednoznaczne i ostre oceny, jednakże nie swoje własne,
choć nie wiedząc skąd się wzięły, można powziąć mniemanie o ich "własnym
pochodzeniu". Ciężki do zwalczenia na polu dyskusji, stosunkowo łatwy
poprzez niedawanie mu akceptacji/rozumianej przez niego jako pozytywna
informacji zwrotnej, z tą uwagą, że ten sposób walki może prowadzić do
paranoi/obsesji.

> Różnica: ten jest tym, który "wie, że pewne rzeczy się nie powtórzą i nie ma 
> co latać za mrzonkami"...

Racjonalizacja - latając za mrzonkami musiałby pokonać lęk przed
nieznanym i zgodzić się na stratę tego co ma.

> Zimno mi się zrobiło, jak to usłyszałam. I tym, 
> który wie, co POWINNO mnie uszczęśliwiać. Lepiej ode mnie. Kwiaty i inne 
> rzeczy, które można kupić za pieniądze. I bardzo się stara mnie nimi 
> uszczęśliwiać. Poza tym spełnia większość moich próśb typu "pozmywaj", a do 
> dziecka sam się zrywa. A ja bardzo się staram, żeby wiedział, że to wszystko 
> widzę i doceniam. W zamian ja mam zaspokajać jego potrzeby emocjonalne. No i 
> też się staram, tyle że moje leżą odłogiem. Rozumiem, że nie można oczekiwać 
> od człowieka, żeby czytał mi w myślach, więc próbuję mu wytłumaczyć, że 
> bardziej niż czekoladek potrzebuję akceptacji i bliskości, ale to jest moja 
> zła wola, że "nie chcę być szczęśliwa", "każda inna kobieta byłaby 
> zadowolona, a ty na siłę chcesz się różnić od innych" itp.

Prawdopodobnie w małżeństwie opisywane człowieka doszło do następnego
etapu - żona nauczyła się "olewać" męża, np. idąc do sklepu ma w nosie
jego zniecierpliwienie, a on cierpi podwójnie, bo nie zna "ludzkich"
metod dyskusji i rozwiązywania problemów - zna tylko mechanizm
prowokacji i walki - tak jest, kiedy wykorzystuje go do uzyskania
wsparcia i kiedy nie chce go odrzucić, bo wtedy dokładnie nic by nie
miał - żona na niego już nie reaguje, środowisko zewnętrzne też by
przestało.

> No właśnie. Pamięć ma kiepską.

Jak kiepską? Przykład.

> I o wiele łatwiej mi usłyszeć o tym, co było 
> fajne tam (z klauzulą, że już się nie powtórzy) niż o tym, co jest fajne tu.
> Niech nawet będzie, że pierwszy związek ma, przynajmniej dla niego, 
> właściwości szczególne, których inny już mieć nie może (choć to pachnie mi 
> samospełniającą się przepowiednią). Ale kolejny może mieć (chyba?) jakieś 
> inne, równie fajne, choć inne. W dodatku nie polegające na złudzeniach.

;) Błędna atrybucja emocji? ;)
Miałem chyba farta, że mój pierwszy związek to była totalna pomyłka i
zapamiętałem z niego jako dobre rzeczy faktycznie dobre, a jako złe
rzeczy faktycznie złe - podział na złe i dobre był bardzo przejrzysty,
"wina" drugiej strony też oczywista. ;)

Wiem, że te wspomnienia mogą skutkować określonymi postawami i
zdarzeniami, ale spójrz na to w inny sposób. W pewnych stanach
psychicznych następuje wzmocnienie pamięci - wyobraź sobie, że pierwszy
związek Twojego faceta był podszyty wysokim poziomem niepokoju [mniejsza
z jakich powodów], stąd lepsze zapamiętanie szczegółów. I pojawia się
śmieszna sytuacja - on, jako wzorzec związku przedstawia sytuację, która
wywoływała w nim wysoki niepokój i *dlatego* ją zapamiętał - pamięć to
tak naprawdę śmietnik - zapamięta wszystko, to co dobre i to co złe. Być
może masz do czynienia z osobą, która mówi, że "wie czego chce", ale w
sferze emocji "nie wie czego chce".

> Więc 
> to powinno się chyba móc jakoś wyrównać, tam i tu plusy i minusy, a nie, że 
> "tylko ten pierwszy związek jest z niczym nieporównywalny, bo złudzenia 
> itd.". Wtedy rzeczywiście nie byłoby miejsca na kompleksy, a tylko radość 
> budowania.

Racjonalizacja podporządkowana jakiejś postawie, a nie faktom?
Mitologizowanie związku, a może prawda. *Pamięć* o tamtym związku jest
nieporównywalna, ale głównie dlatego, że zapis nie zawiera *emocji* . Co
robi osoba, która nie pamięta swoich emocji, a jedynie zdarzenia? Nadaje
im bieżące znaczenie emocjonalne lub czerpie ze znaczeń kulturowych np.
młodośc, szaleństwo itd. 
A może pamięta emocje i nie umie ich zwerbalizować, albo nie chce, bo
musiałby powiedzieć np. "byłem zdenerwowany" a to by burzyło piekny
obraz wspomnień.


> > Poprzez analogie z gościem, o którym wspomniałem powyżej - on nawet
> > byłby fajnym człowiekiem, pod warunkiem, że trafiłby na osobę
> > bezgranicznie w niego wsłuchaną, nie powodującą, że miałby poczucie
> > przegranej, nie stawiającą kłopotliwych pytań i zadań - ot jego
> > partnerką powinna być śliniąca się na jego widok małolata. Jaka byłaś,
> > kiedy się poznaliście, jak zmieniły się wasze relacje od początku
> > związku?
> 
> Na początku oczywiście cudownie, jesteś wspaniała, piękna, mądra, super 
> kochanka itd. Potem "zaczęłam go przesłuchiwać", "przestałam być ciepła i 
> czuła".

Mi chodziło bardziej o to, czy na początku byłaś w pewien sposób bierna
- słuchałaś go, reagowałaś odpowiednio, nie zapodawałaś sprzecznych
kwestii w odpowiedzi na jego opowieści, byłeś mniej aktywną stroną w
związku.

Ale z tego schematu wyłania się [może się wyłaniać] jedna informacja -
facet może mieć problem. Niestety nie napiszę "ma", bo od tego jest
psycholog rodzinny, który może skonfrontować obie strony/ich punkt
widzenia.

> A ja... chciałam z nim rozmawiać o tym, co mnie zaniepokoiło lub 
> zdenerwowało - o konkretnych zjawiskach - ale słyszałam, że "wymyślam 
> problemy", "przesłuchuję go" itp., więc zaczęłam zamykać to w sobie, widząc, 
> że nic do niego nie dociera. Poza tym zawsze był wściekły, kiedy 
> zachowywałam się w inny sposób, niż oczekiwał. Mimo szumnych deklaracji, 
> stało się dla mnie jasne, że powinnam mieć określone (przez niego) 
> wymagania, i nie "wymyślać". Ale ja "zrobię wszystko, żeby być inna niż 
> wszyscy", choć nigdy nie mogę się dowiedzieć, co to za "wszyscy"...
> Jedyny sposób, żeby do niego dotrzeć, to zademonstrować, że coś mnie gryzie, 
> o czym nie mówię. Wtedy on się dopytuje, co mi jest, a jak powiem, to nie 
> może mieć pretensji, bo "sam pytał"... I ogólnie łapie się na "sztuczki". 
> Tyle że ja nienawidzę "sztuczek", krygowania się itp. :(

Na to nic nie poradzę, ale odpowiem na pytanie tytułowe - wydaje mi się,
że nie jestes prymitywna. ;)

> > Czyli "stracił do Ciebie zaufanie", bo przestałas mu dawać bezgraniczną
> > akceptację?
> >
> Nie tyle "stracił zaufanie" (bo chyba nigdy go nie miał więcej ani mniej niż 
> obecnie, czyli nie za wiele - często słyszałam, że przecież mogę kłamać), co 
> "poczuł się szykanowany".
> Dodam jeszcze, że brak różnych rzeczy (np. zaufania) z jego strony on 
> tłumaczy złymi przeżyciami i moimi wadami, mnie się jednak wydaje, że po 
> prostu nigdy się ich nie nauczył, biorąc pod uwagę, jaką ma rodzinę. Ach, te 
> samospełniające się przepowiednie, nazywane często "doświadczeniem" - to 
> chyba cały on :-/

Z ciekawości - dlaczego za niego wyszłaś i zdecydowałaś się na dziecko?
Żeby uzyskać pewność "na około"?

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46850
Author: whiteleaf
Date: Mon, 11 Sep 2006 16:43
37 lines
2684 bytes
Eline:

> Miłość to miłość, nieważne, która z kolei. Ważna jest tylko ta
> aktualna.

Moim zdaniem, po części masz rację, w małej części jej nie masz.

Nie jest to takie proste, że wchodząc w nowy związek, odcinasz wielkim
tasakiem swoją przeszłość i zanurzasz się jak nowo narodzone dziecię
w nowej relacji. Człowiek ma prawo do swoich blizn, i dobrze jest, jeśli
partnerzy potrafią o tym rozmawiać _nie raniąc się nawzajem_.

Podkreślony fragment to jeden z tych, w którym Ty masz rację. Należy
Ci się szacunek dla Twoich uczuć. Może on jest tak egocentryczny, że
tak jest zajęty uzewnętrznianiem się, że nie zauważa sprawianego
bólu. Zaproponuj mu w takiej sytuacji, żeby sobie przez chwilę
wyobraził, że Ty mówisz do niego to, co on mówi do Ciebie.

Drugi problem polega na niedojrzałym pakowaniu się w poważne związki.
Po bolesnym rozstaniu często występuje efekt „materaca” - człowiek
znajduje sobie nowego partnera jako odczulacz po poprzednim,
„materac”, w który można się wypłakać, wrócić do równowagi —
i pójść dalej, bo takie związki raczej nie bywają trwałe. Nierzadko
taki „cierpiętnik” naiwnie stara się traktować taki związek
poważnie, wierząc, że „może tym razem się uda”. Bardzo źle jest
wtedy, gdy trafi na osobę, która się w nim zakocha, i która zostanie
skrzywdzona. Ale najgorzej jest IMO, gdy para zdąży się pobrać w tym
nierozsądnym okresie, gdy on płacze, a ona jest zakochana (lub
odwrotnie).

W ogóle ludzie zakochani nie powinni się pobierać.

Nie feruję wyroków. Przedstawiam pewien mechanizm, Tobie pozostawiam
sprawdzenie, ile z tego widzisz w swoim związku.

-- 
białolistny  http://whiteleaf.uczucia.com.pl/
Re: czy jestem prymitywna?
#46851
Author: Eline
Date: Mon, 11 Sep 2006 16:58
34 lines
2403 bytes
"whiteleaf" <whiteleaf@o2.bez.tego.kawalka.pl> wrote in message 
news:pan.2006.09.11.16.43.19.23169@whiteleaf.desert...
> Eline:
>
>> Miłość to miłość, nieważne, która z kolei. Ważna jest tylko ta
>> aktualna.
>
> Moim zdaniem, po części masz rację, w małej części jej nie masz.
>
> Nie jest to takie proste, że wchodząc w nowy związek, odcinasz wielkim
> tasakiem swoją przeszłość i zanurzasz się jak nowo narodzone dziecię
> w nowej relacji. Człowiek ma prawo do swoich blizn, i dobrze jest, jeśli
> partnerzy potrafią o tym rozmawiać _nie raniąc się nawzajem_.

A pewnie. Też mam ich trochę. Tyle że nie traktuję ich jak czegoś nie do 
przeskoczenia i staram się pamiętać, że to nie ON mi je zadał.
>
> Podkreślony fragment to jeden z tych, w którym Ty masz rację. Należy
> Ci się szacunek dla Twoich uczuć. Może on jest tak egocentryczny, że
> tak jest zajęty uzewnętrznianiem się, że nie zauważa sprawianego
> bólu. Zaproponuj mu w takiej sytuacji, żeby sobie przez chwilę
> wyobraził, że Ty mówisz do niego to, co on mówi do Ciebie.
>
> Drugi problem polega na niedojrzałym pakowaniu się w poważne związki.
> Po bolesnym rozstaniu często występuje efekt "materaca"

To na szczęście przerobił z kim innym i określa jako "chorą sytuację".
>
> W ogóle ludzie zakochani nie powinni się pobierać.

TYLKO ludzie zakochani powinni się pobierać! :)

Pozdr, Eline 
Re: czy jestem prymitywna?
#46838
Author: Eline
Date: Mon, 11 Sep 2006 17:24
27 lines
2555 bytes
"Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message 
news:ee41po$oko$1@atlantis.news.tpi.pl...
[...]
>
> Z ciekawości - dlaczego za niego wyszłaś i zdecydowałaś się na dziecko?
> Żeby uzyskać pewność "na około"?
>
Dałam się przekonać, że robię problemy tam, gdzie ich nie ma, że problem 
jest we mnie, a nie na zewnątrz. A skoro tak, to mogę sobie z nim poradzić. 
Sama. Łykałam prochy, biegałam na terapię, aż mi pieniędzy zabrakło. Trochę 
pomogło i dało nadzieję. Dziecko - można powiedzieć, że "pozwoliłam je sobie 
zrobić" w momencie, kiedy między nami było najlepiej. Oboje wiedzieliśmy, 
jaki to był dzień, i nikt nie zapobiegł :) I muszę uczciwie przyznać, że mój 
mąż jest wspaniałym, czułym ojcem i uwielbia synka. Moja mama twierdzi, że 
to świadczy też o jego miłości do mnie...
Kochałam go i nie chciałam się poddawać. Myślałam, że jak za niego wyjdę, to 
będę wymyślać mniej problemów, na zasadzie "klamka zapadła, nie czas już 
wydziwiać". I rzeczywiście - już się nie przejmuję pierdołami. Kłopot w tym, 
że - jak się okazało - pierdoły były sposobem odwracania uwagi od 
prawdziwych problemów :(
Teraz jestem na etapie oddzielania realnych problemów od zracjonalizowanych 
kompleksów, stąd taki post.
A mój mąż uważa, że nie chce mi się samodzielnie myśleć i pracować nad 
sobą...

Pozdrawiam, Eline 
Re: czy jestem prymitywna?
#46839
Author: Flyer
Date: Mon, 11 Sep 2006 20:02
27 lines
2301 bytes
Eline; <ee461i$8rd$1@inews.gazeta.pl> :

> 
> "Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message 
> news:ee41po$oko$1@atlantis.news.tpi.pl...
> [...]
> >
> > Z ciekawości - dlaczego za niego wyszłaś i zdecydowałaś się na dziecko?
> > Żeby uzyskać pewność "na około"?
> >
> Dałam się przekonać, że robię problemy tam, gdzie ich nie ma, że problem 
> jest we mnie, a nie na zewnątrz. A skoro tak, to mogę sobie z nim poradzić. 
> Sama. Łykałam prochy, biegałam na terapię, aż mi pieniędzy zabrakło. Trochę 
> pomogło i dało nadzieję. Dziecko - można powiedzieć, że "pozwoliłam je sobie 
> zrobić" w momencie, kiedy między nami było najlepiej. Oboje wiedzieliśmy, 
> jaki to był dzień, i nikt nie zapobiegł :) I muszę uczciwie przyznać, że mój 
> mąż jest wspaniałym, czułym ojcem i uwielbia synka. Moja mama twierdzi, że 
> to świadczy też o jego miłości do mnie...

Per analogia do kobiet [identyczny mechanizm] - nadmierna miłośc do
dziecka vs. kłopoty w kontaktach z osobami równoważnymi świadczą raczej
na jego niekorzyść - fajnie jest, bo dostaje informacje zwrotną od osoby
de facto nieświadomej i bezwolnej mu. Znudzi się, tak jak wszystkim.

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46870
Author: nerka
Date: Mon, 11 Sep 2006 23:06
54 lines
3244 bytes
Eline napisała:
>Miłość to miłość, nieważne, która z kolei.
> Ważna jest tylko ta aktualna. Nie wiem, prymitywna jestem?
> Skoro "kochamy się i tylko to jest ważne", to po co to całe
> pieprzenie i wieczne krytykowanie, i niewiara, że nie chciałam nic
> złego???

Zacznijmy od początku...
czy jestes pewna ? czy było naprawde coś miedzy Wami?
czy poprostu tak sie potoczyło ,że nagle okazało sie,że jestescie
małżeństwem..może On uznał ,że tak trzeba ?
Może miał jakąś wewnetrzna presje zrehabilitowania sobie
w ten sposób rozpadu tak długiego poprzedniego związku?
Jesli nie przestało sie kochac-jeszcze długo po można mieć
jakieś złudzenia...może On tak ma?

I bynajmniej nie jestes prymitywna i tym bardziej nie wariatką
ale ta sytuacja jest owszem wariactwem.

świat nie kończy sie i nie zaczyna na jednym facecie...
i życie jest krótkie a TY marnujesz jak narazie swój czas.
bede brutalna i pewnie posypia sie zaraz gromy ale
jesli dla tego związku tylko TY sie poświecasz i tylko TY
w to wierzysz i jesli (nie wiem jak z Twoja wytrzymałościa)
On wykorzystał już zasoby Twojej cierpliwośi i  zapytasz
Go czy chcesz? i usłyszysz tylko martwa cisze albo "nie wiem"
tzn ,że nie warto.

mozna tak wiele ze swoim zyciem zrobic.przestań trwać w martwym
punkcie i dusić sie w tym związku...bo kiedy nie bedziesz juz miała
żadnych wątpliwości ,za jakieś 10 lat meczarni,to kto Ci odda te
stracone lata?

za drzwi go,walizy przez okno/ktore pietro?
wyrośnięty jest? to pomoge Ci w imie lojalności
kobiecej....jakby co to mam klucz francuski pod biurkiem
i wiosło.może nabierze rozumu.
żeruje na Tobie karaluch jeden!

PS.Pomyśl też o dzieciaczku ,bo sie doczytałam ,że jest.
czemu ma patrzec na fanaberie i prześladowania
Ciebie.Dziecko moze wyrosnąć potem w przeswiadczeniu ,
ze kobieta jest gorsza/skrzywione byc znaczy sie.
Jak to mały chłopczyk to potem bedzie gnebił swoja żone..
a dziewczynka bedzie miała niskie poczucie wartości i
znajdzie sobie w przyszłości łotrzyka ,który bedzie ja tępił.

alimenta od tego karalucha wyciągnij ,jak nie masz dokąd
z tym iść to dam Ci namiary do dobrego prawnika od tych spraw.


Pozdrawiam
-------------------
nerka
Re: czy jestem prymitywna?
#46843
Author: nerka
Date: Mon, 11 Sep 2006 23:11
36 lines
2904 bytes
Eline napisała:
>> Czyli "stracił do Ciebie zaufanie", bo przestałas mu dawać
>> bezgraniczną akceptację?
>>
> Nie tyle "stracił zaufanie" (bo chyba nigdy go nie miał więcej ani
> mniej niż obecnie, czyli nie za wiele - często słyszałam, że przecież
> mogę kłamać), co "poczuł się szykanowany".
> Dodam jeszcze, że brak różnych rzeczy (np. zaufania) z jego strony on
> tłumaczy złymi przeżyciami i moimi wadami, mnie się jednak wydaje, że
> po prostu nigdy się ich nie nauczył, biorąc pod uwagę, jaką ma
> rodzinę. Ach, te samospełniające się przepowiednie, nazywane często
> "doświadczeniem" - to chyba cały on :-/

Eline w drodze uzupełnienia...szanuje teorie Flyera,
niewątpliwie w jego wypowiedziach zawsze jest jakieś
ździebełko prawdy,ale...
zamiast rozkładać na czynniki pierwsze psychike człowieka
może rozwiązanie jest prostsze...może Twoj facet nie radzi sobie
z byciem ojcem i mężem i z tego powodu ,że niedomaga atakuje
Ciebie,żeby zrzucić na kogoś odpowiedzialność i ukryć pod
niedopowiedzeniami ,półsłowkami itd ,może nie wyniósł z domu
wzorca ojca,ostoi ,opiekuna itd TY go potrzebujesz ,potrzebujesz
partnera a on nie sprostał wiec TY nie taka ,tamci inni ,tamta lepsza ,
TY winna....niekonczace sie pretensje.

Moge powiedziec Ci odejdz od niego,ale zdaje sobie sprawe tez z tego
ze jako ze masz dziecko to nie jest juz tak łatwo odejsc.Tak moge
radzic Ci jako osoba nie majaca takich zobowiazan...ale napewno jestes
madra i ładna kobieta,Twoje dziecko jest małe wiec można sobie jeszcze
ułożyć życie.Nie można się bać,może warto podjąć ryzyko jeśli nie ma sie
już nic do stracenia.


Pozdrawiam
-------------------
nerka
Re: czy jestem prymitywna?
#46844
Author: Flyer
Date: Tue, 12 Sep 2006 04:23
46 lines
3515 bytes
nerka; <ee4qu6$3os$1@atlantis.news.tpi.pl> :

> Eline napisała:
> >> Czyli "stracił do Ciebie zaufanie", bo przestałas mu dawać
> >> bezgraniczną akceptację?
> >>
> > Nie tyle "stracił zaufanie" (bo chyba nigdy go nie miał więcej ani
> > mniej niż obecnie, czyli nie za wiele - często słyszałam, że przecież
> > mogę kłamać), co "poczuł się szykanowany".
> > Dodam jeszcze, że brak różnych rzeczy (np. zaufania) z jego strony on
> > tłumaczy złymi przeżyciami i moimi wadami, mnie się jednak wydaje, że
> > po prostu nigdy się ich nie nauczył, biorąc pod uwagę, jaką ma
> > rodzinę. Ach, te samospełniające się przepowiednie, nazywane często
> > "doświadczeniem" - to chyba cały on :-/
> 
> Eline w drodze uzupełnienia...szanuje teorie Flyera,
> niewątpliwie w jego wypowiedziach zawsze jest jakieś
> ździebełko prawdy,ale...
> zamiast rozkładać na czynniki pierwsze psychike człowieka
> może rozwiązanie jest prostsze...może Twoj facet nie radzi sobie
> z byciem ojcem i mężem i z tego powodu ,że niedomaga atakuje
> Ciebie,żeby zrzucić na kogoś odpowiedzialność i ukryć pod
> niedopowiedzeniami ,półsłowkami itd ,może nie wyniósł z domu
> wzorca ojca,ostoi ,opiekuna itd TY go potrzebujesz ,potrzebujesz
> partnera a on nie sprostał wiec TY nie taka ,tamci inni ,tamta lepsza ,
> TY winna....niekonczace sie pretensje.

Heh, optymistka - rozkład na czynniki pierwsze ma na celu stwierdzenie
problemu - jego ponowne zsyntetyzowanie w nowej postaci. Nie zrozumiałaś
zapewne z czym masz do czynienia - z tzw. niskim dysocjantem o dosyć
niskiej zdolności abstrakcji/róznicowania zachowań w zalezności od
środowiska - on zachowuje sie identycznie wobec ludzi, z którymi styka
się na codzień, a co za tym idzie próba jego zmiany w domu nie znajdzie
odbicia w reakcjach "innych" ludzi, z którymi się styka - w ten sposób
facet będzie dostawał pozytywną informację zwrotną odnośnie swojej
postawy "od innych", a żonę uzna za zmanierowany wyjatek.
Ty zapewne różnicujesz zachowania i patrzysz na innych w ten sposób - u
niego "podstawa zachowania" jest identyczna wobec każdej spotkanej
osoby, a przy zdolnościach "prowokacyjnych" zawsze znajdzie odpowiednie
duże grono słuchaczy potwierdzających jego rację w sposób czynny lub
bierny. To problem jego osobowości [fizjologicznej] i skuteczności metod
[zachowań], którymi się posługuje, a nie "chęci".

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46860
Author: Flyer
Date: Tue, 12 Sep 2006 04:28
29 lines
2163 bytes
whiteleaf; <pan.2006.09.11.16.43.19.23169@whiteleaf.desert> :

> Eline:
> 
> > Miłość to miłość, nieważne, która z kolei. Ważna jest tylko ta
> > aktualna.

> Drugi problem polega na niedojrzałym pakowaniu się w poważne związki.
> Po bolesnym rozstaniu często występuje efekt "materaca" - człowiek
> znajduje sobie nowego partnera jako odczulacz po poprzednim,
> "materac", w który można się wypłakać, wrócić do równowagi —
> i pójść dalej, bo takie związki raczej nie bywają trwałe. Nierzadko
> taki "cierpiętnik" naiwnie stara się traktować taki związek
> poważnie, wierząc, że "może tym razem się uda". Bardzo źle jest
> wtedy, gdy trafi na osobę, która się w nim zakocha, i która zostanie
> skrzywdzona. Ale najgorzej jest IMO, gdy para zdąży się pobrać w tym
> nierozsądnym okresie, gdy on płacze, a ona jest zakochana (lub
> odwrotnie).

Nie zgadzam się - coś takiego klienta do "materaca" skierowało - czyli
emocje są. Jeżeli nie pojawi się ktoś "poprzedni", to być może ucieczka
z takiego związku jest związana z tym, że nadal taka osoba przeżywa
ambiwalencję wobec związków/partnerów po rozstaniu, a jej zachowanie
[przez "materac"] jest odbierane jako "brak akceptacji
partnera/związku". I się "nie udaje".

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46871
Author: Eline
Date: Tue, 12 Sep 2006 08:45
70 lines
4169 bytes
"nerka" <nerka@niepowiem.pl> wrote in message 
news:ee4qog$h3k$1@nemesis.news.tpi.pl...
> Eline napisała:
>>Miłość to miłość, nieważne, która z kolei.
>> Ważna jest tylko ta aktualna. Nie wiem, prymitywna jestem?
>> Skoro "kochamy się i tylko to jest ważne", to po co to całe
>> pieprzenie i wieczne krytykowanie, i niewiara, że nie chciałam nic
>> złego???
>
> Zacznijmy od początku...
> czy jestes pewna ? czy było naprawde coś miedzy Wami?

Tak. Tego jestem pewna - że przynajmniej na początku był mną zauroczony. 
Dokładnie od momentu, kiedy zobaczył mnie w rozpuszczonych włosach :) A 
wcześniej spotkaliśmy się kilka razy na stopie koleżeńskiej i to tak miało 
być - przynajmniej z mojej strony. Kiedy zaczął wykazywać "objawy", pierwszą 
moją reakcją było "no nie...", ale bardzo szybko ze zdziwieniem zauważyłam, 
że podejmuję "grę"...
W Walentynki dostałam od niego najpiękniejszy miłosny list, i twierdzi, że 
wcześniej zamierzał go wysłać anonimowo...
On gada co gada, ale faktem jest, że kilka razy próbowałam mu "uciec". 
Zawsze mnie gonił. Nie mam wątpliwości, że do dziś mu na mnie naprawdę 
zależy.

> czy poprostu tak sie potoczyło ,że nagle okazało sie,że jestescie
> małżeństwem..może On uznał ,że tak trzeba ?

Podobno chciał mnie tym uszczęśliwić :D Nigdy nie zaczynałam rozmowy o 
małżeństwie, chociaż chciałam tego. Jestem ostatnia do poganiania facetów w 
takich kwestiach. Podczas jednej mnie zirytował i usłyszał: tylko mi teraz 
nie przylatuj z pierścionkiem. Krótko potem wygadałam się, że myślałam, że 
po zaręczynach pewnie wymyślałabym mniej "bzdur". Przyleciał... I to on 
potem mnie poganiał, żebyśmy poszli zaklepać termin... Ale podobno to 
wszystko było "dla mnie"...

> Może miał jakąś wewnetrzna presje zrehabilitowania sobie
> w ten sposób rozpadu tak długiego poprzedniego związku?
> Jesli nie przestało sie kochac-jeszcze długo po można mieć
> jakieś złudzenia...może On tak ma?

Małe uzupełnienie - między tamtym a tym miał jeszcze dwa związki. 
Kilkumiesięczne.
>
> I bynajmniej nie jestes prymitywna i tym bardziej nie wariatką
> ale ta sytuacja jest owszem wariactwem.
>
> świat nie kończy sie i nie zaczyna na jednym facecie...
> i życie jest krótkie a TY marnujesz jak narazie swój czas.
> bede brutalna i pewnie posypia sie zaraz gromy ale
> jesli dla tego związku tylko TY sie poświecasz i tylko TY
> w to wierzysz i jesli (nie wiem jak z Twoja wytrzymałościa)
> On wykorzystał już zasoby Twojej cierpliwośi i  zapytasz
> Go czy chcesz?

Tzn. czy co on chce?

 i usłyszysz tylko martwa cisze albo "nie wiem"
> tzn ,że nie warto.
>
> mozna tak wiele ze swoim zyciem zrobic.przestań trwać w martwym
> punkcie i dusić sie w tym związku...bo kiedy nie bedziesz juz miała
> żadnych wątpliwości ,za jakieś 10 lat meczarni,to kto Ci odda te
> stracone lata?

Tyle że póki co nie wyrobię psychicznie zrywania więzów z człowiekiem, 
którego kocham :-/
Ale może czas dać mu kolejną okazję do pobiegania za mną, żeby sobie 
przypomniał, jak mu na mnie zależy...
Pozdrawiam, Eline 
Re: czy jestem prymitywna?
#46840
Author: Eline
Date: Tue, 12 Sep 2006 08:47
35 lines
2702 bytes
"Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message 
news:ee4f04$mn9$1@nemesis.news.tpi.pl...
> Eline; <ee461i$8rd$1@inews.gazeta.pl> :
>
>>
>> "Flyer" <flyer@poczta.gazeta.pl> wrote in message
>> news:ee41po$oko$1@atlantis.news.tpi.pl...
>> [...]
>> >
>> > Z ciekawości - dlaczego za niego wyszłaś i zdecydowałaś się na dziecko?
>> > Żeby uzyskać pewność "na około"?
>> >
>> Dałam się przekonać, że robię problemy tam, gdzie ich nie ma, że problem
>> jest we mnie, a nie na zewnątrz. A skoro tak, to mogę sobie z nim 
>> poradzić.
>> Sama. Łykałam prochy, biegałam na terapię, aż mi pieniędzy zabrakło. 
>> Trochę
>> pomogło i dało nadzieję. Dziecko - można powiedzieć, że "pozwoliłam je 
>> sobie
>> zrobić" w momencie, kiedy między nami było najlepiej. Oboje wiedzieliśmy,
>> jaki to był dzień, i nikt nie zapobiegł :) I muszę uczciwie przyznać, że 
>> mój
>> mąż jest wspaniałym, czułym ojcem i uwielbia synka. Moja mama twierdzi, 
>> że
>> to świadczy też o jego miłości do mnie...
>
> Per analogia do kobiet [identyczny mechanizm] - nadmierna miłośc do
> dziecka vs. kłopoty w kontaktach z osobami równoważnymi świadczą raczej
> na jego niekorzyść - fajnie jest, bo dostaje informacje zwrotną od osoby
> de facto nieświadomej i bezwolnej mu. Znudzi się, tak jak wszystkim.
>
Dziecko jest za małe, żeby dawać mu informację zwrotną. To niemowlak, który 
jeszcze nawet nie umie skupić wzroku na obiekcie.
E. 
Re: czy jestem prymitywna?
#46872
Author: Eline
Date: Tue, 12 Sep 2006 10:36
40 lines
2999 bytes
"Eline" <eline@blank.pl> wrote in message 
news:ee5s1b$e3i$1@inews.gazeta.pl...
>
> "nerka" <nerka@niepowiem.pl> wrote in message 
> news:ee4qog$h3k$1@nemesis.news.tpi.pl...
>> Eline napisała:
>>>Miłość to miłość, nieważne, która z kolei.
>>> Ważna jest tylko ta aktualna. Nie wiem, prymitywna jestem?
>>> Skoro "kochamy się i tylko to jest ważne", to po co to całe
>>> pieprzenie i wieczne krytykowanie, i niewiara, że nie chciałam nic
>>> złego???
>>
>> Zacznijmy od początku...
>> czy jestes pewna ? czy było naprawde coś miedzy Wami?
>
> Tak. Tego jestem pewna - że przynajmniej na początku był mną zauroczony. 
> Dokładnie od momentu, kiedy zobaczył mnie w rozpuszczonych włosach :) A 
> wcześniej spotkaliśmy się kilka razy na stopie koleżeńskiej i to tak miało 
> być - przynajmniej z mojej strony. Kiedy zaczął wykazywać "objawy", 
> pierwszą moją reakcją było "no nie...", ale bardzo szybko ze zdziwieniem 
> zauważyłam, że podejmuję "grę"...
> W Walentynki dostałam od niego najpiękniejszy miłosny list, i twierdzi, że 
> wcześniej zamierzał go wysłać anonimowo...
> On gada co gada, ale faktem jest, że kilka razy próbowałam mu "uciec". 
> Zawsze mnie gonił. Nie mam wątpliwości, że do dziś mu na mnie naprawdę 
> zależy.
>
Dodam jeszcze, że ten związek nigdy nie był "pusty", na taki szkoda by mi 
było czasu, bo nie szukałam związku jako takiego, dobrze mi było samej i 
wolnej. Mamy wiele wspólnych zainteresowań, to samo poczucie humoru i wciąż 
nie przestajemy się śmiać. Przez pewien czas było w nim też sporo 
namiętności (jak mi jej teraz brakuje :( ).
Ale zawsze trzymał mnie trochę na dystans. Częściowo wynika to z jego 
charakteru, ale mam też wrażenie, jakby "umyślnie" psuł to, co było między 
nami - bał się za bardzo w to wejść, choć mimowolnie wchodził, chciał 
podtrzymać swój mit, a może oba naraz. I zawsze mnie to 
przyciąganie-odpychanie wściekało.
Pozdrawiam, Eline
Eline 
Re: czy jestem prymitywna?
#46841
Author: Flyer
Date: Tue, 12 Sep 2006 14:06
18 lines
1904 bytes
Eline; <ee5s5i$ekr$1@inews.gazeta.pl> :

> Dziecko jest za małe, żeby dawać mu informację zwrotną. To niemowlak, który 
> jeszcze nawet nie umie skupić wzroku na obiekcie.

A projekcja, niesłusznie zwana w tym przypadku empatią to pies?

Ale zauważyłem jedną ciekawą rzecz - Ty jesteś podobna do niego, z tym
że Ty wcześniej nie spotkałas się z identyczną akceptacją, a raczej
zachowaniami przypominającymi akceptację, jaką Ci dawał facet na
początku - tak mi wyszło z tego co pisałaś o powodach ślubu [kochałam
go] i o swoim odbiorze jego początkowego zachowania. Może czas się
nauczyć, że brak akceptacji nie jest równoznaczny braku miłości, zamiast
szukać ewentualnie później kolejnego akceptującego bezgranicznie? ;)

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46842
Author: Flyer
Date: Wed, 13 Sep 2006 16:09
28 lines
2544 bytes
Flyer; <ee6f21$ni$1@nemesis.news.tpi.pl> :

> Eline; <ee5s5i$ekr$1@inews.gazeta.pl> :
> 
> > Dziecko jest za małe, żeby dawać mu informację zwrotną. To niemowlak, który 
> > jeszcze nawet nie umie skupić wzroku na obiekcie.
> 
> A projekcja, niesłusznie zwana w tym przypadku empatią to pies?
> 
> Ale zauważyłem jedną ciekawą rzecz - Ty jesteś podobna do niego, z tym
> że Ty wcześniej nie spotkałas się z identyczną akceptacją, a raczej
> zachowaniami przypominającymi akceptację, jaką Ci dawał facet na
> początku - tak mi wyszło z tego co pisałaś o powodach ślubu [kochałam
> go] i o swoim odbiorze jego początkowego zachowania. Może czas się
> nauczyć, że brak akceptacji nie jest równoznaczny braku miłości, zamiast
> szukać ewentualnie później kolejnego akceptującego bezgranicznie? ;)

W uzupełnieniu napiszę i trochę inaczej. Kiedy przyjrzysz się własnej
pamięci o początkach Twojego związku i jej oddziaływaniu na Twoje dalsze
kroki [miłość, ślub, dziecko], to być może zrozumiesz, że żyjesz takim
samym mirażem jako on - dawnych wspomnień. Nie chcę wydawać
jednoznacznych obiektywnych wyroków, więc napiszę wyłącznie w swoim
imieniu - facet się nie zmieni i będzie coraz gorzej - ten typ bardzo
rzadko się zmienia i wymaga długiej pracy lub "przypadku".

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46852
Author: whiteleaf
Date: Thu, 14 Sep 2006 19:53
20 lines
1827 bytes
Eline:

> TYLKO ludzie zakochani powinni się pobierać! :)

No niestety, funkcjonuje taki stereotyp. :)

Ludzie zakochani są zaślepieni. Oznacza to, że są skorzy do
brawurowych i nieodpowiedzialnych posunięć, i oznacza to, że w pewnym
momencie się ockną. Pół biedy, jeśli to zakochanie uda się przepracować
w miłość, to się oczywiście nierzadko udaje. Gorzej, jeśli po
zdjęciu różowych okularów okaże się, że są ze sobą ludzie,
którzy nigdy nie powinni ze sobą być. Normalnie by się po prostu
rozstali, a po ślubie mają kupę problemów.

Dlatego twierdzę, że ślub powinno się brać najwcześniej wtedy, gdy
ludzie (już, albo w ogóle) nie są zakochani, i wiedzą już, że
świadomie chcą ze sobą być i są w stanie budować miłość.

-- 
białolistny  http://whiteleaf.uczucia.com.pl/
Re: czy jestem prymitywna?
#46866
Author: whiteleaf
Date: Thu, 14 Sep 2006 19:54
11 lines
1355 bytes
Flyer:

> Nie zgadzam się - coś takiego klienta do "materaca" skierowało - czyli
> emocje są.

Oczywiście – ale te emocje mogą ściśle wiązać się z bolesnymi
pozostałościami po poprzednim związku – i zniknąć wraz z uporaniem
się z tymi pozostałościami.

-- 
białolistny  http://whiteleaf.uczucia.com.pl/
Re: czy jestem prymitywna?
#46867
Author: Flyer
Date: Thu, 14 Sep 2006 20:47
17 lines
1411 bytes
whiteleaf; <pan.2006.09.14.19.54.55.503501@whiteleaf.desert> :

> Flyer:
> 
> > Nie zgadzam się - coś takiego klienta do "materaca" skierowało - czyli
> > emocje są.
> 
> Oczywiście – ale te emocje mogą ściśle wiązać się z bolesnymi
> pozostałościami po poprzednim związku – i zniknąć wraz z uporaniem
> się z tymi pozostałościami.

To można robić "w międzyczasie". ;) Tylko gorzej, jak w wyniku
"poszkodowany" wróci do poprzedniej.

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46868
Author: whiteleaf
Date: Thu, 14 Sep 2006 21:34
9 lines
1204 bytes
Flyer:

> Tylko gorzej, jak w wyniku
> "poszkodowany" wróci do poprzedniej.

Dla poszkodowanego? :)

-- 
białolistny  http://whiteleaf.uczucia.com.pl/
Re: czy jestem prymitywna?
#46853
Author: michal
Date: Thu, 14 Sep 2006 22:28
17 lines
1407 bytes
Użytkownik "whiteleaf"  napisał w wiadomości
> Eline:

> Dlatego twierdzę, że ślub powinno się brać najwcześniej wtedy, gdy
> ludzie (już, albo w ogóle) nie są zakochani, i wiedzą już, że
> świadomie chcą ze sobą być i są w stanie budować miłość.

Trzeba to rozbić na dwa warianty:
Jedno jest jeszcze zakochane, a drugie już wie...
Drugie jest jeszcze zakochane, a pierwsze już wie.

pozdrawiam
michał

-- 
Każdy grzech jest próbą wypełnienia pustki (Simone Weil)
Re: czy jestem prymitywna?
#46861
Author: Morderca uczuć
Date: Fri, 15 Sep 2006 00:33
18 lines
2162 bytes
Flyer napisał(a):
> Jeżeli nie pojawi się ktoś "poprzedni", to być może ucieczka
> z takiego związku jest związana z tym, że nadal taka osoba przeżywa
> ambiwalencję wobec związków/partnerów po rozstaniu, a jej zachowanie
> [przez "materac"] jest odbierane jako "brak akceptacji
> partnera/związku". I się "nie udaje".

"Nie udaje się" przez materaca, który nie czuł akceptacji i
zdezerterował, czy dlatego, że tej akceptacji faktycznie nie było i
się na nią nie zanosiło (nie było na nią szans w przyszłości)?
Tutaj materac musi podjąć decyzję, wątpię aby druga strona sama
chciała się go pozbyć albo "uwolnić" go z roli materaca. Najwyżej
da materacowi wolną rękę jeśli on nie czuje (zasadnie lub
nierozumiejąc sytuacji, swojej roli) akceptacji. Generalnie jestem
ciekaw czy może istnieć związek z materacem, pod warunkiem, że on
zaakceptuje ten stan.

M.
Re: czy jestem prymitywna?
#46869
Author: Flyer
Date: Fri, 15 Sep 2006 03:46
14 lines
1227 bytes
whiteleaf; <pan.2006.09.14.21.34.21.247063@whiteleaf.desert> :

> Flyer:
> 
> > Tylko gorzej, jak w wyniku
> > "poszkodowany" wróci do poprzedniej.
> 
> Dla poszkodowanego? :)

Dla "materaca". ;)

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46862
Author: Flyer
Date: Fri, 15 Sep 2006 04:21
77 lines
5142 bytes
Morderca uczuć; <1158280409.907525.223520@e3g2000cwe.googlegroups.com> :

> Flyer napisał(a):
> > Jeżeli nie pojawi się ktoś "poprzedni", to być może ucieczka
> > z takiego związku jest związana z tym, że nadal taka osoba przeżywa
> > ambiwalencję wobec związków/partnerów po rozstaniu, a jej zachowanie
> > [przez "materac"] jest odbierane jako "brak akceptacji
> > partnera/związku". I się "nie udaje".
> 
> "Nie udaje się" przez materaca, który nie czuł akceptacji i
> zdezerterował, czy dlatego, że tej akceptacji faktycznie nie było i
> się na nią nie zanosiło (nie było na nią szans w przyszłości)?

Zawsze jest szansa w przyszłości, tyle że poszkodowany, po nieudanym
związku, częścią swojej podświadomości nie chce nowego związku - taka
sobie ambiwalencja wobec związków - wtedy albo nadaje "sprzeczne
komunikaty", albo jest "wycofany" i druga strona [materac] nabywa
niepewności co do niego. Jak dojdzie jeszcze to, że oboje się nie znają
i początkowo się "obwąchują" ...

Na appm'ie były co najmniej dwa wątki trafiające dokładnie w temat:

- jeden o kobiecie, która poznała faceta po niedawnych przejściach i w
efekcie ona zaczęła dostawać "świra", a on coraz bardziej się "okopywał"
- drugi o kobiecie, która uciekła przed zmianami do znanego sobie
"spokojnego" faceta, a po czasie stwierdziła, że "spokojny" jej nie
odpowiada - nie miał tego czegoś. Tyle, że miał "to coś", ale głęboko to
schował, bo kobieta, kiedy okazywał "to coś" wobec innych ludzi, czuła
się zagrożona, więc się dostosował do niej.

> Tutaj materac musi podjąć decyzję, wątpię aby druga strona sama
> chciała się go pozbyć albo "uwolnić" go z roli materaca. Najwyżej
> da materacowi wolną rękę jeśli on nie czuje (zasadnie lub
> nierozumiejąc sytuacji, swojej roli) akceptacji.

:)
A kiedy materac da nogę, to "poszkodowany" przeżyje kolejny zawód/utratę
akceptacji i tym silniej będzie potrzebował akceptacji - poszuka jej u
znanego źródła, u "przyczyny problemów" vel poprzedniej partnerki. ;)
Swoją drogą Pan B. wymyśla ciekawe kary za brak samoświadomości i za
udawanie zachowań, które w kilka miesięcy po rozstaniu nie powiny się
pojawić - wtedy to już prosta droga do nienawiści. ;)

> Generalnie jestem
> ciekaw czy może istnieć związek z materacem, pod warunkiem, że on
> zaakceptuje ten stan.

Heh - był przecież wątek "jak długo można żyć z osobą, która nie kocha"
- i można. Tyle tylko, że materac albo musi nieprawidłowo projektować
zachowania drugiej strony lub rozpoznawać własne emocje, albo druga
strona musi emocjonalnie dawać, od czasu do czasu, sygnały miłości. 

Ale tak ogólnie - "nijaki związek z materacem" raczej sam się nie ułoży
poprawnie - mówiąc jak krawiec - trzeba go spruć i zszyć na nowo - i to
w odpowiednim momencie - ani za wcześnie, ani za późno.

Wiesz, wierzę, że "nieudany związek z materacem", to kwestia zachowań,
postaw, dostosowywania się do nich i ich odbioru. To nie kwestia braku
chęci i możliwości. Ambiwalencja, wycofanie - wyobraź sobie -
wycofana/ambiwalentna osoba wchodzi w nowy związek, fuka na objawy
okazywania uczucia/zachowania naturalne materaca, stawia zapory -
materac odbierze to jako brak akceptacji albo, jeżeli będzie mu zależeć,
dostosuje się do "potrzeb" drugiej strony. I po pewnym czasie druga
strona stwierdzi, że "a bo materac jest taki nijaki" - to "poszkodowany"
w swoich zachowaniach jest nijaki, zachowania materaca są tylko
odbiciem/wynikiem. Paradoks - osoba słuchająca, chcąca, jest odrzucana,
bo "jest nijaka". I później takiego klienta [materac] trzeba "leczyć",
bo zrobił to co powinien i co chciała druga strona i nie wie, dlaczego
został odrzucony - powstaje sprzeczność. ;) Z dwojga złego, dla
materaca, wydają się zdrowsze, w długim okresie czasu, rady a'la
Bluzgacz - pokocha, jak nie będziesz zgodny z jej zwerbalizowanymi
życzeniami, jak będziesz ją ["osobę poszkodowaną"] traktował jak szmatę.
;)

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46863
Author: Flyer
Date: Fri, 15 Sep 2006 04:40
15 lines
1459 bytes
Flyer; <eed9mm$q78$1@atlantis.news.tpi.pl> :


> został odrzucony - powstaje sprzeczność. ;) Z dwojga złego, dla
> materaca, wydają się zdrowsze, w długim okresie czasu, rady a'la
> Bluzgacz - pokocha, jak nie będziesz zgodny z jej zwerbalizowanymi
> życzeniami, jak będziesz ją ["osobę poszkodowaną"] traktował jak szmatę.
> ;)

Tylko trzeba umieć dawkować "traktowanie jak szmatę" i wiedzieć, kiedy
przestać - Bluzgi ma chyba z tym pewien problem. ;)

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46854
Author: whiteleaf
Date: Fri, 15 Sep 2006 10:46
13 lines
1395 bytes
michal:

> Trzeba to rozbić na dwa warianty:
> Jedno jest jeszcze zakochane, a drugie już wie...
> Drugie jest jeszcze zakochane, a pierwsze już wie.

To jest ten sam wariant. ;)

Pytanie, czy to, które wie, jest skłonne przyjąć odpowiedzialność za
oboje.

-- 
białolistny  http://whiteleaf.uczucia.com.pl/
Re: czy jestem prymitywna?
#46855
Author: michal
Date: Fri, 15 Sep 2006 12:40
27 lines
1945 bytes
Użytkownik "whiteleaf" napisał w wiadomości

> michal:

>> Trzeba to rozbić na dwa warianty:
>> Jedno jest jeszcze zakochane, a drugie już wie...
>> Drugie jest jeszcze zakochane, a pierwsze już wie.
> To jest ten sam wariant. ;)
> Pytanie, czy to, które wie, jest skłonne przyjąć odpowiedzialność za
> oboje.

Czyli wracamy do początku kwestii, w jakiej fazie powinni brać ślub.
Inne warianty w zasadzie nie istnieją. Chyba, że bierzesz pod uwagę osoby nie 
związane ze sobą uczuciowo.

Usiłuję sobie wyobrazić kobietę, która już nie kocha faceta, ale postanawia 
wyjść za niego za mąż, między innymi dlatego, że on jest po uszy w niej wciąż 
zakochany.
W momentach, kiedy udaje mi się ujrzeć ten obrazek, mam tylko jeden trudny do 
opanowania odruch: ocucić gościa... Coś się za tym kryje? Stereotyp? :)

pozdrawiam
michał

-- 
"Wniosek to punkt, w którym nie masz siły dalej myśleć"
Re: czy jestem prymitywna?
#46856
Author: whiteleaf
Date: Fri, 15 Sep 2006 13:43
14 lines
1601 bytes
michal:

> Czyli wracamy do początku kwestii, w jakiej fazie powinni brać ślub.
> Inne warianty w zasadzie nie istnieją. Chyba, że bierzesz pod uwagę osoby nie 
> związane ze sobą uczuciowo.

Jak to „nie związane”? Oczywiście, że związane.

> Usiłuję sobie wyobrazić kobietę, która już nie kocha faceta,

Dlczego „już nie kocha”? O czym Ty mówisz? :)

-- 
białolistny  http://whiteleaf.uczucia.com.pl/
Re: czy jestem prymitywna?
#46864
Author: Morderca uczuć
Date: Fri, 15 Sep 2006 14:59
32 lines
3197 bytes
Flyer napisał(a):
> A kiedy materac da nogę, to "poszkodowany" przeżyje kolejny zawód/utratę
> akceptacji i tym silniej będzie potrzebował akceptacji - poszuka jej u
> znanego źródła, u "przyczyny problemów" vel poprzedniej partnerki. ;)

Lubię takie akcje. A później taka osoba, nie pokazując palcem,
przychodzi na apm i prosi o radę "jak mam ją/jego odzyskać" i daje
argumenty "przecież jest szansa, skoro się ze mną spotyka..." :)

> Wiesz, wierzę, że "nieudany związek z materacem", to kwestia zachowań,
> postaw, dostosowywania się do nich i ich odbioru. To nie kwestia braku
> chęci i możliwości. Ambiwalencja, wycofanie - wyobraź sobie -
> wycofana/ambiwalentna osoba wchodzi w nowy związek, fuka na objawy
> okazywania uczucia/zachowania naturalne materaca, stawia zapory -
> materac odbierze to jako brak akceptacji albo, jeżeli będzie mu zależeć,
> dostosuje się do "potrzeb" drugiej strony. I po pewnym czasie druga
> strona stwierdzi, że "a bo materac jest taki nijaki" - to "poszkodowany"
> w swoich zachowaniach jest nijaki, zachowania materaca są tylko
> odbiciem/wynikiem. Paradoks - osoba słuchająca, chcąca, jest odrzucana,
> bo "jest nijaka". I później takiego klienta [materac] trzeba "leczyć",
> bo zrobił to co powinien i co chciała druga strona i nie wie, dlaczego
> został odrzucony - powstaje sprzeczność. ;)
> Z dwojga złego, dla
> materaca, wydają się zdrowsze, w długim okresie czasu, rady a'la
> Bluzgacz - pokocha, jak nie będziesz zgodny z jej zwerbalizowanymi
> życzeniami, jak będziesz ją ["osobę poszkodowaną"] traktował jak szmatę.

W zasadzie zawsze dobrze jest lekko sponiewierać partnera/partnerkę,
nawet bez powodu, tak by nie dać sobie wejść na głowę. Nie
słyszałem by to zaszkodzilo jakiemuś związkowi.

Mu.
Re: czy jestem prymitywna?
#46865
Author: Flyer
Date: Fri, 15 Sep 2006 19:14
27 lines
2349 bytes
Morderca uczuć; <1158332345.270337.12100@d34g2000cwd.googlegroups.com> :

> Flyer napisał(a):
> > A kiedy materac da nogę, to "poszkodowany" przeżyje kolejny zawód/utratę
> > akceptacji i tym silniej będzie potrzebował akceptacji - poszuka jej u
> > znanego źródła, u "przyczyny problemów" vel poprzedniej partnerki.. ;)
> 
> Lubię takie akcje. A później taka osoba, nie pokazując palcem,
> przychodzi na apm i prosi o radę "jak mam ją/jego odzyskać" i daje
> argumenty "przecież jest szansa, skoro się ze mną spotyka..." :)

Tyle że ani u jednej strony, ani u drugiej nie ma chęci, są jedynie
wspomnienia i oczekiwania. Ja bym odpowiedział wprosty - okazać chęć - w
sumie trudna odpowiedź, bo zaraz usłyszę "przecież jak się pytam, to
znaczy że jestem chętna/chętny". ;)

Może w zbyt poważny ton walę, ale mz. rozstania mają w sobie coś z
traum, psychologicznego efektu żałoby i co ciekawsze przeważnie dotykają
obie strony, które się rozstają - u obu więc stron musi istnieć albo
efekt wycofania albo ambiwalencji przykryty elegancko wyuczonymi
zachowaniami. To sytuacja, kiedy obie strony chcą dobrze, nawet ich
działania można nazwać aktywnymi, ale spod nich wyziera niezdecydowanie
i pustka.

Flyer
-- 
gg: 9708346
Re: czy jestem prymitywna?
#46857
Author: michal
Date: Sat, 16 Sep 2006 06:35
26 lines
2094 bytes
Użytkownik "whiteleaf" napisał w wiadomości 
news:pan.2006.09.15.13.43.04.2952@whiteleaf.desert...
> michal:

>> Czyli wracamy do początku kwestii, w jakiej fazie powinni brać ślub.
>> Inne warianty w zasadzie nie istnieją. Chyba, że bierzesz pod uwagę osoby nie
>> związane ze sobą uczuciowo.

> Jak to „nie związane”? Oczywiście, że związane.

Jeśli brałbyś pod uwagę dodatkowo pary nie związane uczuciowo, które 
postanawiają wziąć ślub, to byłby trzeci wariant. W innych przypadkach, to albo 
jedno przestaje być zakochane, albo drugie (co wolisz uznawać za jeden i ten sam 
wariant) Innych przypadków nie ma.
Oczywiście spośród par zauroczonych, co do których wyraziłeś pogląd , że powinni 
brać ślub dopiero wtedy, kiedy zakochanie minie.

>> Usiłuję sobie wyobrazić kobietę, która już nie kocha faceta,

> Dlczego „już nie kocha”? O czym Ty mówisz? :)

No, nie jest już zakochana... :)

pozdrawiam
michał 
Re: czy jestem prymitywna?
#46858
Author: whiteleaf
Date: Sun, 17 Sep 2006 00:53
17 lines
1807 bytes
michal:

> Jeśli brałbyś pod uwagę dodatkowo pary nie związane uczuciowo, które 
> postanawiają wziąć ślub, to byłby trzeci wariant. W innych przypadkach, to albo 
> jedno przestaje być zakochane, albo drugie (co wolisz uznawać za jeden i ten sam 
> wariant) Innych przypadków nie ma.

Zakochanie jest dla Ciebie jedyną formą związku uczuciowego?
Zakochanie albo obojętność?
Więc jednak nie ma miłości? :)

> No, nie jest już zakochana... :)

To jest very different thing. :)

-- 
białolistny  http://whiteleaf.uczucia.com.pl/
Re: czy jestem prymitywna?
#46859
Author: michal
Date: Sun, 17 Sep 2006 11:13
42 lines
2561 bytes
Użytkownik "whiteleaf" napisał w wiadomości

> michal:
>> Jeśli brałbyś pod uwagę dodatkowo pary nie związane uczuciowo, które
>> postanawiają wziąć ślub, to byłby trzeci wariant. W innych przypadkach, to 
>> albo
>> jedno przestaje być zakochane, albo drugie (co wolisz uznawać za jeden i ten 
>> sam
>> wariant) Innych przypadków nie ma.

> Zakochanie jest dla Ciebie jedyną formą związku uczuciowego?

Absolutnie nie. Swoją wypowiedzią, no która nie była... śmiertelnie poważna, 
chciałem zaprotestować przeciwko zbyt płytkiemu postawieniu sprawy: "Jesteś 
zakochany - to nie wiąż się z osobą, w której jesteś zakochany! Poczekaj aż Ci 
przejdzie!"...

Zrozumiałem Twoje intencje, zwróciłem jednak uwagę, że można to rozumieć 
opacznie przy odrobinie przekorności.
Może więc nie przekuwajmy tego w poważną dyskusję o wariantach uczuć i o 
sakramentalnie filozoficznych pytaniach typu jest miłość, czy jednak jej nie ma. 
:)

> Zakochanie albo obojętność?
> Więc jednak nie ma miłości? :)

Jak wyżej :)

>> No, nie jest już zakochana... :)

> To jest very different thing. :)

Yes, naturally. :)

pozdrawiam
michał

-- 
Niektórym autorom zdaje się, że gdy w swych utworach otworzyli czytelnikowi 
sypialnię, klozet i łazienkę bohaterów — otworzyli w literaturze nową epokę 
(Aleksander Świętochowski)
Thread Navigation

This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.

Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.

Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.

Back to All Threads