🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

Thread View: alt.pl.sapkowski
15 messages
15 total messages Started by Jakub Jędrzejak Mon, 22 Jan 2007 17:54
Karczma...
#29966
Author: Jakub Jędrzejak
Date: Mon, 22 Jan 2007 17:54
67 lines
4752 bytes
...powoli się dopalała. Została z niej jeno połowa frontu i podmurówka. Na
wpół zwęglone zwłoki wewnątrz przedstawiały widok niewiele tylko gorszy od
stratowanych, posieczonych mieczami i naszpikowanych strzałami jak jeże
trupów na zewnątrz. Słup czarnego, tłustego dymu znad pogorzeliska leniwie
wzbijał się w niebo. Świtało.

Seamus - malowniczo przewieszony przez cudem chyba ocalały koniowiąz -
rzygał i klął. Ale głównie rzygał. Wprawdzie przez pięć lat spędzonych -
najpierw jako dobosz, a potem dudziarz - w armii jego miłości thana Pibroch
naoglądał się pobojowisk, ale ohydny smród spalonych ciał nieodmiennie
wywoływał torsje. Wypity wczorajszego wieczoru alkohol też nijak nie
pomagał. 

- I po co mi to było? - wyjęczał, spluwając na ziemię. - Po cholerę żem
wracał do Connacht? Przeklęte miejsce - wiecznie przynosi mi pecha. Stary
Niall O'Bannon na pewno mnie nie zapomniał, ta mała jędza - jego córka,
Audrey takoż. A ja lezę im prosto w paszcze, jak baran na rzeź. I do tego
musiałem się jeszcze napatoczyć na tę rzeź tutaj. Co też u licha się tu
stało? - podrapał się po ryżej brodzie. - Wczoraj jeszcze gospoda stała.
Zrekapitulujmy...

Faktycznie, kiedy Seamus O'Sullivan ubiegłego wieczora doczłapał się
wreszcie na zdrożonej kobyle do rozstajnych dróg - gospoda "Pod Złotą
Gałęzią" stała i przyjmowała podróżnych. Karczmarz-sknera [niech mu ziemia
lekką będzie, mruknął Seamus patrząc na stratowane zwłoki grubasa] zażądał
zapłaty z góry - to co miał na dnie sakiewki starczyło na miejsce na
podłodze we wspólnej sali, miejsce pod dachem dla Lisiczki, jego klaczy i
jedno cienkie piwo. Sączył je smętnie, dumając nad dalszą drogą, kiedy
jeden z podchmielonych gości dojrzał lutnię w tobołku u jego stóp i zażądał
piosenki. 
Zaśpiewał, już nawet nie pamiętał co, a kiedy skończył - nagrodzony brawami
i świeżym kuflem dalece lepszego ale - nie proszony grał dalej. Grał i pił.
Pił i grał. Kiedy był już kompletnie pijany - dopiero teraz uświadomił
sobie jak bardzo był wówczas zalany - zaśpiewał, mocno już zachrypniętym
głosem, balladę o bitwie na Kruczym Polu... A potem stoczył się pod ławę.

...i obudziłem się, kiedy płomienie zaczęły lizać mnie w dupę. - Ale kto u
licha podpalił karczme i wyrżnął tych ludzi? I zabrał konie - stwierdził po
chwili wpatrywania się w stratowany grunt. 

I wtedy rozległ się tętent kopyt. Seamus jednym ruchem porwał z ziemi
tobołek i dobył puginału...

[OOC] cicho się tu zrobiło, nawet w statsach nikomu się występować nie chce
- ale może dacie się namówić na karczmę? :> Zasady - zakładając, że wypali
[to jest przyłączą się jeszcze choć trzy osoby] - takie same jak ostatnio:
jeden wątek na raz, odpowiada się w ustalonej kolejności, każdy
wprowadzający postać, przedmiot lub watek jest za nie odpowiedzialny. 

Świat: generic fantasy, low-magic [żadnych artefaktów pod każdym krzakiem,
strzelania super-czarami z palców na życzenie itp.], trochę przypominający
Brytanię z czasów Króla Artura - na północy górale, na zachodzie wyspa z
piratami itd. Kraj podzielony na hrabstwa, mocniej lub słabiej trzymane w
garści przez hrabiów, thanów i pomniejszych wielmożów. Aktualnie panuje
bezhołowie. Jeśli ktoś zechce wprowadzić ostatniego potomka dawno
zaginionej gałęzi rodu królewskiego - proszę bardzo, ale sam prowadzi ten
wątek. Seamus ma swoje własne problemy, głównie o zasięgu lokalnym - o czym
więcej później, jeśli jakieś "później" w ogóle nastąpi. Jacyś chętni? :)
[/OOC]

Regards,
netzach
-- 
"This is a roleplaying game, and to play it you'll need some dice, some
friends and some free time. A desire for mayhem and uncontrolled chaos is
also desirable but this is not strictly necessary."  
-from ORK!, The RolePlaying Game, Introduction
Re: Karczma...
#29967
Author: tapta
Date: Mon, 22 Jan 2007 19:17
30 lines
1934 bytes
Pewnego wieczoru 2007-01-22 18:54, wiedźmin zdziwił się nieco, gdy 
strzyga, która wyskoczyła na niego z usenetu zamiast rzucić mu się do 
gardła dygnęła, przedstawiła się jako Jakub Jędrzejak, a następnie 
wyśpiewała, przytupując wdzięcznie:

> I wtedy rozległ się tętent kopyt. Seamus jednym ruchem porwał z ziemi
> tobołek i dobył puginału...

Każdemu rozsądnemu człowiekowi puginał wydałby się zbędnym, gdyby choc 
raz rzucił okiem na przybyłą osóbkę... Na pogorzelisko wtoczyła sie 
stara kobyła, która raczej przywykła słuzyć jako zwierzę pociągowe niż 
wierzchowiec, na swym grzbiecie unosząc istote płci nadobnej. Istota 
była odziana w szary płaszcz z kapturem, spod którego wyzierała 
przeciętna twarz w nieokreślonym wieku między 20 a 40 rokiem zycia, o 
gorejących zielonych oczach i potarganych szaroburych włosach. spojrzała 
szczerze zdziwiona na pozostałosci karczmy i spytała rzygajacego jegomoscia:
- a co to sie tutaj stalo ? - jakby nie doweierzajac wlasnym oczom.

> [OOC] Jacyś chętni? :)

me me me :>

> [/OOC]



-- 
pozdrawiam
tapta
GG:4082847
Re: Karczma...
#29968
Author: Khaira
Date: Mon, 22 Jan 2007 19:34
34 lines
2398 bytes
Zza krzaków wychynęło dziwne stworzenie, przedstawiło się jako tapta i 
wyskrzeczało:
> Pewnego wieczoru 2007-01-22 18:54, wiedźmin zdziwił się nieco, gdy 
> strzyga, która wyskoczyła na niego z usenetu zamiast rzucić mu się do 
> gardła dygnęła, przedstawiła się jako Jakub Jędrzejak, a następnie 
> wyśpiewała, przytupując wdzięcznie:
> 
>> I wtedy rozległ się tętent kopyt. Seamus jednym ruchem porwał z ziemi
>> tobołek i dobył puginału...
> 

-Gospoda, gospoda, gospoda... O żesz...! - galopujący rumak stanął dęba, 
posłyszawszy plugawe przekleństwo, które wydobyło się z ust 
dosiadającego go młodzieńca. - Co się k..wa stało z gospodą?!
Młody człowiek, tak spragniony karczmy, wyglądał na jakieś dwadzieścia 
lat. Pukle czarnych loków okalały przystojną, choć jeszcze nieco zbyt 
chłopięcą, twarz. Ubrany był z przepychem, w czarne pludry, jedwabną 
koszulę i pelerynę, podbitą sobolowym futrem.  Przy boku miał przypiety 
miecz w zdobionej srebrem pochwie. U siodła wisiała misternie zdobiona 
kusza, wyglądająca na całkiem nową. Chłopak zeskoczył z konia i 
rozejrzał się bezradnie. Zobaczył rzygającego mężczyznę i w oczach 
zabłysła mu iskierka nadziei.
- Wino! Masz wino, prostaku?

>> [OOC] Jacyś chętni? :)
> 
> me me me :>

me takoż :)

>> [/OOC]

-- 
Khaira
Re: Karczma...
#29969
Author: Szarlih
Date: Mon, 22 Jan 2007 22:26
42 lines
2918 bytes
Khaira napisał(a):

> -Gospoda, gospoda, gospoda... O żesz...! - galopujący rumak stanął dęba, 
> posłyszawszy plugawe przekleństwo, które wydobyło się z ust 
> dosiadającego go młodzieńca. - Co się k..wa stało z gospodą?!
> Młody człowiek, tak spragniony karczmy, wyglądał na jakieś dwadzieścia 
> lat. Pukle czarnych loków okalały przystojną, choć jeszcze nieco zbyt 
> chłopięcą, twarz. Ubrany był z przepychem, w czarne pludry, jedwabną 
> koszulę i pelerynę, podbitą sobolowym futrem.  Przy boku miał przypiety 
> miecz w zdobionej srebrem pochwie. U siodła wisiała misternie zdobiona 
> kusza, wyglądająca na całkiem nową. Chłopak zeskoczył z konia i 
> rozejrzał się bezradnie. Zobaczył rzygającego mężczyznę i w oczach 
> zabłysła mu iskierka nadziei.
> - Wino! Masz wino, prostaku?

Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć na to jakże istotne pytanie zza 
zakrętu wyłonił sie kolejny podróżny zmierzający najwidoczniej do 
gospody. Drgnął na widok pogorzeliska, ale nie wydawał się 
zaniepokojony. Odrzucony niedbale wełniany płaszcz nie krył 
poprzecieranego tu ówdzie skórzanego kaftana nabijanego ćwiekami ani 
zniszczonej pochwy miecza. Z prawej strony siodła wisiała także broń 
drzewcowa z ostrzem skrytym drewnianą nasadką i długi łuk bez cięciwy. 
Nie uznał jednak za stosowne sięgnąć po żadne z owych narządzi, 
podjechał do grupki i osadził gwałtownie konia, aż zabrzęczały inne juki.
- Palicie? Rabujecie? Czy tylko przejazdem?

>>> [OOC] Jacyś chętni? :)
>>
>> me me me :>
> 
> me takoż :)

a co mnie tam, jak tempo nie będzie mi pasować do przerw to siem cofnem ;)

>>> [/OOC]

-- 
                 _____
_______________/     \_______________    |GG: 2822174
\_____________ Szarlih _____________/    |tlen/konnekt: szarlih
   \__________    _ _    __________/      |ICQ: 254990166
              \_________/                 |www.compu.pl
Re: Karczma...
#29970
Author: Jakub Jędrzejak
Date: Tue, 23 Jan 2007 08:34
57 lines
3581 bytes
Szarlih <szarlihy@wp.pl> napisał(a): 

[Istota płci nadobnej, acz wieku niepewnego i urody nieokreślonej] spojrzała 
szczerze zdziwiona na pozostałosci karczmy i spytała rzygajacego jegomoscia:

- a co to sie tutaj stalo ? - jakby nie dowierzajac wlasnym oczom.

* * *

-Gospoda, gospoda, gospoda... O żesz...! - galopujący rumak stanął dęba, 
posłyszawszy plugawe przekleństwo, które wydobyło się z ust 
dosiadającego go młodzieńca [co wyglądał był na jakieś dwadzieścia 
lat. Pukle czarnych loków okalały przystojną, choć jeszcze nieco zbyt 
chłopięcą, twarz. Ubrany był z przepychem.] - Co się k..wa stało z gospodą?!

Chłopak zeskoczył z konia i rozejrzał się bezradnie. Zobaczył rzygającego 
mężczyznę i w oczach zabłysła mu iskierka nadziei.
- Wino! Masz wino, prostaku?

* * *

Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć na to jakże istotne pytanie zza 
zakrętu wyłonił sie kolejny podróżny zmierzający najwidoczniej do 
gospody. [miłośnik morderczych narzędzi, wieku i wyglądu nieokreślonego]
Nie uznał jednak za stosowne sięgnąć po żadne z owych narządzi, 
podjechał do grupki i osadził gwałtownie konia, aż zabrzęczały inne juki.
- Palicie? Rabujecie? Czy tylko przejazdem?

* * * 

Tego ostatniego Seamus nawet nie zauważył. Całą jego uwagę skupił impertynent 
w sobolach. Rudy muzyk może nie był imponującej postury - raczej chudy i 
żylasty niż muskularny, ale wzrostu był słusznego. Wyprostował się na całe 
sześć stóp i ujął pod boki. Osmalony kaftan psuł nieco efekt, ale nie na 
wyglądzie zamierzał polegać:

- Hola, paniczyku - szkolony głos brzmiał tak, jak miał brzmieć: dzwięcznie, 
donośnie i władczo. - Zważaj na słowa, bo do lepszych od siebie mówisz. Wino, 
nawet jeśli jakieś resztki przetrwały pożar, niewątpliwie zagotowało się w 
beczkach - tedy nic ci po nim. I dobrze, bo szkoda by go było dla 
nieopierzonego młokosa. 

- Odpowiadając na twoje pytanie, pani - szarmancko skłonił sie niewieście. - 
I twoje, zbrojny nieznajomy - skinał głową. - Bladego pojęcia nie mam, kto 
wyrżnął tych ludzi i spalił gospodę. Nie ja. Jam jeno przejazdem tu bawił, 
zamiarując jak najprędzej opuścić tę przeklętą przez bogów i ludzi krainę... -
 przerwał mu tętent wielu kopyt. Ani chybi zwabieni widocznym z daleka słupem 
dymu w stronę gospody zmierzali strażnicy drogowi hrabiego. Seamus w 
okamgnieniu stracił rezon i władczą pozę. 

- A teraz mogę nie zdążyć - mruknął.

Regards,
netzach 

-- 
Wysłano z serwisu Usenet w portalu Gazeta.pl -> http://www.gazeta.pl/usenet/
Re: Karczma...
#29971
Author: tapta
Date: Tue, 23 Jan 2007 09:08
29 lines
2394 bytes
Pewnego wieczoru 2007-01-23 09:34, wiedźmin zdziwił się nieco, gdy 
strzyga, która wyskoczyła na niego z usenetu zamiast rzucić mu się do 
gardła dygnęła, przedstawiła się jako Jakub Jędrzejak, a następnie 
wyśpiewała, przytupując wdzięcznie:

> - Odpowiadając na twoje pytanie, pani - szarmancko skłonił sie niewieście. - 
> I twoje, zbrojny nieznajomy - skinał głową. - Bladego pojęcia nie mam, kto 
> wyrżnął tych ludzi i spalił gospodę. Nie ja. Jam jeno przejazdem tu bawił, 
> zamiarując jak najprędzej opuścić tę przeklętą przez bogów i ludzi krainę... -
>  przerwał mu tętent wielu kopyt. Ani chybi zwabieni widocznym z daleka słupem 
> dymu w stronę gospody zmierzali strażnicy drogowi hrabiego. Seamus w 
> okamgnieniu stracił rezon i władczą pozę. 

> - A teraz mogę nie zdążyć - mruknął.

Verie szybko odzyskała pewność siebie, z lekkim niepokojem spojrzała na 
pogorzelisko, czy aby nikt się nie gramoli z ruin, ale było to 
wątpliwe... Losy przesyłki zapewne też były przesądzone...

- Panie, nikt poza panem nie ocalał? - spytała tylko gwoli 
przyzwoitości. - I gdzie pan możesz nie zdążyć? - tym razem w jej głosie 
zabrzmiała iście babska ciekawość. Zsiadła z kobyłki i nie ściągając 
kaptura z głowy przesunęła się tak, by być mało widoczną a róznocześnie 
mieć wszystkich na oku. Wzrokiem wciąż dyskretnie rzeczesywała zgliszcza.

-- 
pozdrawiam
tapta
GG:4082847
Re: Karczma...
#29973
Author: Khaira
Date: Wed, 24 Jan 2007 08:23
62 lines
4696 bytes
Zza krzaków wychynęło dziwne stworzenie, przedstawiło się jako tapta i 
wyskrzeczało:
>> Tego ostatniego Seamus nawet nie zauważył. Całą jego uwagę skupił impertynent 
>> w sobolach. Rudy muzyk może nie był imponującej postury - raczej chudy i 
>> żylasty niż muskularny, ale wzrostu był słusznego. Wyprostował się na całe 
>> sześć stóp i ujął pod boki. Osmalony kaftan psuł nieco efekt, ale nie na 
>> wyglądzie zamierzał polegać:
>>
>> - Hola, paniczyku - szkolony głos brzmiał tak, jak miał brzmieć: dzwięcznie, 
>> donośnie i władczo. - Zważaj na słowa, bo do lepszych od siebie mówisz. Wino, 
>> nawet jeśli jakieś resztki przetrwały pożar, niewątpliwie zagotowało się w 
>> beczkach - tedy nic ci po nim. I dobrze, bo szkoda by go było dla 
>> nieopierzonego młokosa. 

Paniczyku?! Młokosa?! Czy wiesz, chłopino w łatanych łapciach, z kim 
masz do czynienia?! Jam jest lord Kenneth Niallan ap Kynthelig McKinney, 
syn Kyntheliga McKinneya, pana połowy tej krainy! Każę cię oćwiczyć za 
zuchwalstwo! - młodzik aż się zapienił ze wściekłości. Gwałtownym ruchem 
szarpnął przypięty do boku miecz, ale zamiast wydobyć go płynnie zaczął 
obijać nim sobie biodro. Trzymał więc głownię, szarpał, klął i kręcił 
sie nieporadnie w kółko. Widok był zaiste przekomiczny ale został 
zignorowany przez świadków zdarzenia, pogrążonych w rozmowie.

>> - Odpowiadając na twoje pytanie, pani - szarmancko skłonił sie 
>> niewieście. - I twoje, zbrojny nieznajomy - skinał głową. - Bladego 
>> pojęcia nie mam, kto wyrżnął tych ludzi i spalił gospodę. Nie ja. Jam 
>> jeno przejazdem tu bawił, zamiarując jak najprędzej opuścić tę 
>> przeklętą przez bogów i ludzi krainę... -
>>  przerwał mu tętent wielu kopyt. Ani chybi zwabieni widocznym z daleka 
>> słupem dymu w stronę gospody zmierzali strażnicy drogowi hrabiego. 
>> Seamus w okamgnieniu stracił rezon i władczą pozę. 
> 
>> - A teraz mogę nie zdążyć - mruknął.
> 
> Verie szybko odzyskała pewność siebie, z lekkim niepokojem spojrzała na 
> pogorzelisko, czy aby nikt się nie gramoli z ruin, ale było to 
> wątpliwe... Losy przesyłki zapewne też były przesądzone...
> 
> - Panie, nikt poza panem nie ocalał? - spytała tylko gwoli 
> przyzwoitości. - I gdzie pan możesz nie zdążyć? - tym razem w jej głosie 
> zabrzmiała iście babska ciekawość. Zsiadła z kobyłki i nie ściągając 
> kaptura z głowy przesunęła się tak, by być mało widoczną a róznocześnie 
> mieć wszystkich na oku. Wzrokiem wciąż dyskretnie rzeczesywała zgliszcza.
> 

Kenneth przegrał walkę z opornym mieczem i stał, nasłuchując. W jego 
oczach malowało się przerażenie. Poza lekcjami szermierki, na które 
nalegał bogaty tatuś, a których synek unikał jak mógł, nie miał do 
czynienia z bronią i walką. A wyglądało na to, że na ucieczkę już jest 
za późno. Rozejrzał sie po przypadkowych kompanach, poszukując 
ewentualnego wsparcia. Teraz żałował, że potraktował rudego mężczyznę 
tak obcesowo.

<pt> Sorki, że tak wstrzymałam, ale mam babcię w szpitalu i mało czasu 
na siedzenie przy kompie. Jakby mnie znowu zbyt długo nie było, to 
przerzućcie Kennetha przez siodło i zabierzcie ze sobą, ok? :) </pt>


-- 
Khaira z Wilczej Polany		GG:6487849 	khaira (na) wp.pl
"His movements could be called cat-like, except that he did not stop
to spray urine up against things." [T. Pratchett "Night Watch"]
Re: Karczma...
#29974
Author: Szarlih
Date: Wed, 24 Jan 2007 08:37
26 lines
2516 bytes
Khaira napisał(a):

> Kenneth przegrał walkę z opornym mieczem i stał, nasłuchując. W jego 
> oczach malowało się przerażenie. Poza lekcjami szermierki, na które 
> nalegał bogaty tatuś, a których synek unikał jak mógł, nie miał do 
> czynienia z bronią i walką. A wyglądało na to, że na ucieczkę już jest 
> za późno. Rozejrzał sie po przypadkowych kompanach, poszukując 
> ewentualnego wsparcia. Teraz żałował, że potraktował rudego mężczyznę 
> tak obcesowo.

Podczas szarpaniny młodzieńca z ostrzem obrzucił młodzieńca kompletnie 
wypranym z szacunku spojrzeniem, ale uśmiechnął się lekko do swoich 
wspomnień, kiedy w wieku tamtego po raz pierwszy wziął miecz do ręki.
Odgarnął sięgające ramion włosy z ucha i wsłuchiwał się w chwilę w 
tętent. Doskonale zdawał sobie sprawę z wielkości oddziału. Ucieczka od 
pogorzeliska nie wydawała się dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza, że z 
tutejszą władzą nie miał na pieńku. Jeszcze. Musiałby trafić się 
wyjątkowo głupi dowódca by uznać grupkę podróżnych za sprawców. Czekał 
więc spokojnie spoglądając w kierunku skąd zbliżali się jeźdźcy.

-- 
                 _____
_______________/     \_______________    |GG: 2822174
\_____________ Szarlih _____________/    |tlen/konnekt: szarlih
   \__________    _ _    __________/      |ICQ: 254990166
              \_________/                 |www.compu.pl
Re: Karczma...
#29972
Author: Jakub Jędrzejak
Date: Wed, 24 Jan 2007 10:00
75 lines
5001 bytes
Szarlih <szarlihy@wp.pl> napisał(a): 

> Khaira napisał(a):
> 
Paniczyku?! Młokosa?! Czy wiesz, chłopino w łatanych łapciach, z kim 
masz do czynienia?! Jam jest lord Kenneth Niallan ap Kynthelig McKinney, 
syn Kyntheliga McKinneya, pana połowy tej krainy! Każę cię oćwiczyć za 
zuchwalstwo! - młodzik aż się zapienił ze wściekłości. Gwałtownym ruchem 
szarpnął przypięty do boku miecz, ale zamiast wydobyć go płynnie zaczął 
obijać nim sobie biodro. Trzymał więc głownię, szarpał, klął i kręcił 
sie nieporadnie w kółko. Widok był zaiste przekomiczny ale został 
zignorowany przez świadków zdarzenia, pogrążonych w rozmowie.

* * *

[Bezimienny] Podczas szarpaniny młodzieńca z ostrzem obrzucił młodzieńca 
kompletnie 
wypranym z szacunku spojrzeniem, ale uśmiechnął się lekko do swoich 
wspomnień, kiedy w wieku tamtego po raz pierwszy wziął miecz do ręki.
Odgarnął sięgające ramion włosy z ucha i wsłuchiwał się w chwilę w 
tętent. Doskonale zdawał sobie sprawę z wielkości oddziału. Ucieczka od 
pogorzeliska nie wydawała się dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza, że z 
tutejszą władzą nie miał na pieńku. Jeszcze. Musiałby trafić się 
wyjątkowo głupi dowódca by uznać grupkę podróżnych za sprawców. Czekał 
więc spokojnie spoglądając w kierunku skąd zbliżali się jeźdźcy.

>> - Odpowiadając na twoje pytanie, pani [odparł Seamus] - I twoje, zbrojny 
>> nieznajomy - Bladego pojęcia nie mam, kto wyrżnął tych ludzi i spalił
>> gospodę. Nie ja. Jam jeno przejazdem tu bawił, zamiarując jak najprędzej
>> opuścić tę przeklętą przez bogów i ludzi krainę... -
>> przerwał mu tętent wielu kopyt. Ani chybi zwabieni widocznym z daleka 
>> słupem dymu w stronę gospody zmierzali strażnicy drogowi hrabiego. 
> 
>> - A teraz mogę nie zdążyć - mruknął.
> 
> - Panie, nikt poza panem nie ocalał? - spytała tylko gwoli 
> przyzwoitości. - I gdzie pan możesz nie zdążyć? - tym razem w jej głosie 
> zabrzmiała iście babska ciekawość. 
> 

- Nie ocalał nikt - potwierdził Seamus. - Wolałbym też nie spotykać się ze 
strażnikami hrabiego, jeśli to faktycznie oni nadjeżdżają. 

Spiorunował Kennetha wzrokiem: - Ponieważ twój szanowny ojciec, gówniarzu, 
okazał się takim sknerą, za jakiego powszechnie mają go ludzie i oszczędził 
nie tylko na twoich nauczycielach szermierki i dobrych manier, ale także na 
bakałarzu, który wbiłby ci do rzyci podstawową wiedzę, poświęcę chwilę i cię 
doedukuję. Te ziemie to Connacht, włości O'Bannonów od tak dawna, że 
niektórzy mówią, że od zawsze. Thanem klanu jest Niall O'Bannon, jeśli stary 
pryk nie wyciągnął jeszcze nóg ma się rozumieć. Czego mu życzę z duszy, 
serca. Bęcwał naznaczył nagrodę za moją głowę. Oficjalnie za gwałt i porwanie 
panny, a naprawdę... długo by mówić. Dość wam wiedzieć, że jeśli wpadnę mu w 
ręce czeka mnie stryczek. A nieśpieszno mi rozstać się z życiem. Tak więc ja 
ninieszym podaję tyły, a i wam radzę to samo, bo tutejsi strażnicy zwykli 
najpierw strzelać, a potem zadawać pytania. Jeśli któryś mnie rozpozna...

<pt> Sorki, że tak wstrzymałam, ale mam babcię w szpitalu i mało czasu 
na siedzenie przy kompie. Jakby mnie znowu zbyt długo nie było, to 
przerzućcie Kennetha przez siodło i zabierzcie ze sobą, ok? :) </pt>

[ooc] Wedle życzenia. Trzymaj się tam. I życzenia zdrowia dla babci. [/ooc]

Nie kończąc zdania Seamus nagle przyskoczył do Kennetha i wyrżnął młodzieńca 
w szczękę aż huknęło. Kenneth zwiotczał i padł prosto w ramiona muzyka. Ten 
nieprzytomnego przerzucił przez łęk i sam usadowił się na jego wierzchowcu. 

- Dobrze radzę, wiejcie póki możecie. 

I spiał konia.

Regards,
netzach

-- 
Wysłano z serwisu Usenet w portalu Gazeta.pl -> http://www.gazeta.pl/usenet/
Re: Karczma...
#29976
Author: tapta
Date: Wed, 24 Jan 2007 13:17
26 lines
2192 bytes
Pewnego wieczoru 2007-01-24 11:00, wiedźmin zdziwił się nieco, gdy 
strzyga, która wyskoczyła na niego z usenetu zamiast rzucić mu się do 
gardła dygnęła, przedstawiła się jako Jakub Jędrzejak,a następnie 
wyśpiewała, przytupując wdzięcznie:

> Nie kończąc zdania Seamus nagle przyskoczył do Kennetha i wyrżnął młodzieńca 
> w szczękę aż huknęło. Kenneth zwiotczał i padł prosto w ramiona muzyka. Ten 
> nieprzytomnego przerzucił przez łęk i sam usadowił się na jego wierzchowcu. 
> 
> - Dobrze radzę, wiejcie póki możecie. 
> 
> I spiał konia.

Verie nie bardzo się chciało opuścic ruiny bez przeszukania ich, ale 
róznie nieciekawa wydała jej się perspektywa ewentualnego pośmiertnego 
odpowiadania na pytania. Wskoczyla więc z powrotem na chabetę i 
zmuszając ją do leniwego wyruszenia z miejsca powiedział:
- Pozwólcie, że się dołączę - powiedziała do Seamusa - tylko mnie panie 
nie traktujhcie jak tego urodziwego młodzieńca - spojrzała na bezwładne 
ciało chłopaka. - Gdzie tu jest jakaś najbliższa karczma lub inne 
miejsce na odpoczynek?

-- 
pozdrawiam
tapta
GG:4082847
Re: Karczma...
#29977
Author: Szarlih
Date: Wed, 24 Jan 2007 14:18
24 lines
2383 bytes
tapta napisał(a):

> Verie nie bardzo się chciało opuścic ruiny bez przeszukania ich, ale 
> róznie nieciekawa wydała jej się perspektywa ewentualnego pośmiertnego 
> odpowiadania na pytania. Wskoczyla więc z powrotem na chabetę i 
> zmuszając ją do leniwego wyruszenia z miejsca powiedział:
> - Pozwólcie, że się dołączę - powiedziała do Seamusa - tylko mnie panie 
> nie traktujhcie jak tego urodziwego młodzieńca - spojrzała na bezwładne 
> ciało chłopaka. - Gdzie tu jest jakaś najbliższa karczma lub inne 
> miejsce na odpoczynek?

Widząc, że jednak wszyscy zamierzają ulotnić się przed przybyciem 
konnych, mruknął coś co zabrzmiało jak - Malu cachu - i zawrócił konia. 
Knechci rzeczywiście mogli zrobić coś głupiego, zresztą trafił tu tylko 
dlatego, że jego ogier potrzebował owsa, a on śniadania.
- Dobre pytanie. Chyba nam po drodze. - po krótkiej chwili dodał jeszcze 
- Jestem Raghnall Havard.

-- 
                 _____
_______________/     \_______________    |GG: 2822174
\_____________ Szarlih _____________/    |tlen/konnekt: szarlih
   \__________    _ _    __________/      |ICQ: 254990166
              \_________/                 |www.compu.pl
Re: Karczma...
#29975
Author: Jakub Jędrzejak
Date: Wed, 24 Jan 2007 19:22
49 lines
3419 bytes
Prisoner Szarlih <szarlihy@wp.pl> screamed during tortures:

>> - Pozwólcie, że się dołączę - powiedziała [Verie] do Seamusa - tylko mnie panie 
>> nie traktujhcie jak tego urodziwego młodzieńca - spojrzała na bezwładne 
>> ciało chłopaka. 

- Nie sądzę... żebym mógł szybko... - sapał Seamus, starając się
jednocześnie utrzymac w siodle, utrzymać chłopaka przed sobą, powodować
popędzanym do galopu koniem i prowadzić konwersację. - Nadrobić lata
zaniedbań... ale uważam, że pierwszy krok został... zrobiony. 

>> - Gdzie tu jest jakaś najbliższa karczma lub inne 
>> miejsce na odpoczynek?
>
>- Dobre pytanie. Chyba nam po drodze. [rzekł zbrojny nieznajomy]- po krótkiej chwili 
>dodał jeszcze 
>- Jestem Raghnall Havard.

- Poza granicami Connacht! Popędzajcie wierzchowce, żywo!.

I tak galopowali czas jakiś. Niespokojny Seamus co i rusz oglądał się
wstecz, ale konni nie podjęli pościgu. Może nawet ich nie widzieli. Martwił
się tylko, żeby nie próbowali tropić ich, zamiast prawdziwych bandytów. Ale
nikt za nimi nie jechał. Dochodziło południe, kiedy wreszcie zdecydował się
zwolnić.

- No, chyba już nam dadzą spokój. Nie jest to jeszcze dziedzina hrabiego
Argyle, ale do granicy wystarczająco niedaleko. Koniom czas dać wytchnąć.

To mówiąc ściągnął wodze i zeskoczył z siodła. Trzeba przyznać, że los
zagnał ich w nader dobre ku temu miejsce: leśny gościniec, jakim od
jakiegoś czasu pędzili rozszerzał się tu w sporą polanę, na skraju której
szemrał potok. Było ciepło. Jesień tego roku była łagodna, liście jeszcze
nie zdążyły zapłonąć złotem i czerwienią. 

- No, kompani. Wiecie dlaczegom uciekał, wiecie co nieco o mnie, natomiast
ja nic nie wiem o was. Jeśli jedna nam wypadnie droga - tedy rad bym się
coś niecoś dowiedzieć, z kim los zetknął. Opowiadajcie, co was przywiodło
do tego przeklętego hrabstwa. I niech ktoś przyniesie wody, ocucim
szczeniaka.

[ooc] moją opowieść zostawiam na koniec. Jak już coś więcej dowiem się o
postaciach - postaram się coś wymyśleć. [/ooc]

-- 
netzach 
'I AM DEATH, NOT TAXES. *I* TURN UP ONLY ONCE'
                            (c)Terry Pratchett
netzach(at)wp.pl
Re: Karczma...
#29979
Author: tapta
Date: Wed, 24 Jan 2007 20:39
80 lines
6163 bytes
Pewnego wieczoru 2007-01-24 20:22, wiedźmin zdziwił się nieco, gdy 
strzyga, która wyskoczyła na niego z usenetu zamiast rzucić mu się do 
gardła dygnęła, przedstawiła się jako Jakub Jędrzejak, a następnie 
wyśpiewała, przytupując wdzięcznie:

> - No, kompani. Wiecie dlaczegom uciekał, wiecie co nieco o mnie, natomiast
> ja nic nie wiem o was. Jeśli jedna nam wypadnie droga - tedy rad bym się
> coś niecoś dowiedzieć, z kim los zetknął. Opowiadajcie, co was przywiodło
> do tego przeklętego hrabstwa. I niech ktoś przyniesie wody, ocucim
> szczeniaka.

Verie bez słowa chlusnęła w twarz młodzieńca wodą z manierki. Konia 
zaprowadziła nad pobliski strumień, uzupełniła manierkę wodą, uprzednio 
uważnie ją wąchając (wodę, nie manierkę). Wrzuciła do pojemnika troszkę 
proszku z jakiś minerałów, wydobytym z sakiewki schowanej głeboko za 
pazuchą. Sakiewkę ponownie starannie ukryła. Odrzuciła z głowy kaptur i 
zdjęła płaszcz, na którym następnie usiadła obok reszty towarzystwa. Gdy 
pozbyła się szarego płaszcza, momentalnie wydała się reszcie mniej 
nijaka i nieokreślona. Ubrana była po męsku, w zielono-brazowy strój do 
jazdy konnej, szyty jednak wyraźnie na jej miarę i zgrabnie 
podkreślający krągłości. Ze strojem estetycznie komponował się brązowy, 
dość szeroki, skórzany pasek, kryjący pewne akcesoria niezbędne przy jej 
zawodzie. Na nogach miała wysokie skórzane buty z dość spiczastymi 
czubkami, w cholewie których tylko wyjątkowo wprawne oko mogło dostrzec 
ukryty sztylet. Buty były zdobione misternym haftem w kształcie smoka. 
Zaczęła snuć krótka opowieść, ogarniając się przy okazji - jak to kobieta.
- Mam na ime Verie. Przybywam z południa - zaczęła mówić, rozczesując 
włosy kościanytm, pięknie zdobionym grzebieniem; włosy dzięki tej 
czynności przestały być matowo-szaroburo-zmierzwine i nabrały ładnego 
złocistego połysku - przebyłam dość długą drogę by spotkać się z 
pewnym.. kontrahentem.. miał mi dostarczyć dość ważną przesyłkę - 
westchnęła, zaplatając włosy w sięgający karku warkocz, ten z kolei 
zwijając w koczek, który upięła misterna szpilą wydobytą z juków. Obmyła 
twarz i ręcę wodą zaczerpniętą ze strumienia i zdjęła z szyi niepozorny 
talizman, który wygladał jak zrobiony z jarmarcznych szkiełek udających 
kamienie szlachetne - skóra jej twarzy błyskawicznie przestała się 
wydawac zszarzała i zmęczona a jej wiek dało się teraz oszacować na 
dwadzieścia kilka lat. - Teraz z mojego interesu raczej nici... Musze 
znaleźć jakies miejsce, w którym mogłabym odpocząc kilka dni i kupić 
nowgo konia... Chetnie bym odwiedziła także któryś z oddziałów 
krasnoludzkich banków... A jadę dalej na północ, tam ponoć o prace 
łatwiej.. na południu ostatnio sie wyludniło, wojny spustoszyły kraj, 
wszyscy uciekli na północ, a tam gdzie więcej ludzi wyjeżdza i się 
osiedla, łatwiej o jakieś zajęcie dla skromnej dziewczyny. - Koniec jej 
toalety pokrywał się z końcem opowieści. Wytarła twarz i nasmarowała 
jakimś kremem, na szyi zawiesiła skromny wisiorek z zółtawym kamyczkiem. 
I znów - momentalnie wydała się młodsza i zajaśniała urodą, której przed 
chwilą nikt by się po niej nie spodziewał, mimo iż była młoda i całkiem 
ładna. - Teraz wy panowie opowiadajcie coś o was, a ja przekąsze co 
nieco - wydobyła z juków suchary i suszone mięso i suszone owoce, wzięła 
porcję dla siebie, reszte kompani zachęcając gestem, by się częstowali.

> [ooc] moją opowieść zostawiam na koniec. Jak już coś więcej dowiem się o
> postaciach - postaram się coś wymyśleć. 

A teraz cos, czego postaci nie musza wiedziec :) Verie jest zlodziejka. 
Wychowana w sierocincy sama musiala jakos walczyc o prztrwanie, trafila 
na ulice i tam nauczyla sie fachu. Nalezy nawet do szanowanej gildii 
zlodziei. Przybyla w okolice karczmy by dobic pewnien ciemny interes - 
jak zauwazyliscie, stara sie sterowac swoim wygladem, a jako ze magiczka 
z niej zadna, to uzywa magicznych kremow, talizmanow i odzienia szytego 
odopowiednio. Lubi talizmany roznego rodzaju i zna sie nieco na mocy 
kamieni szlachetnych, ma ich kilka na rozne okazje, oczywiscie bez 
przesady, ale na drobniejsze rzeczy dobre. W cholewie butow ma sztylet, 
choc nie jest typem mordercy, ale zdarzalo jej sie zabijac w obronie 
wlasnej. Osoba raczej bez skrupulow, choc nie doszczetnie zepsuta 
moralnie. Jak trzeba to ubije, jak trzeba to wykorzyta swoje wdzieki, 
ale nie fanatyczka ;) W pasku ma metalowa strune i specjalna blaszke, 
rodzaj wytrycha, ale preferuje kradziez bezposrednia, bez wlamac do 
sejfow, napadow i pobic. Z racji zawodu bogata. Umiejetnosci jezdzieckie 
przecietne, niezbyt silna, ale gietka i wysportowana. I to chwilowo na tyle.

[/ooc]



-- 
pozdrawiam
tapta
GG:4082847
Re: Karczma...
#29978
Author: Khaira
Date: Wed, 24 Jan 2007 21:22
62 lines
4685 bytes
Zza krzaków wychynęło dziwne stworzenie, przedstawiło się jako tapta i 
wyskrzeczało:
[cut puste gadanie ;)]

>> I niech ktoś przyniesie wody, ocucim
>> szczeniaka.
> 
> Verie bez słowa chlusnęła w twarz młodzieńca wodą z manierki. 

[cut gadanie]

> - Teraz wy panowie opowiadajcie coś o was, a ja przekąsze co 
> nieco - wydobyła z juków suchary i suszone mięso i suszone owoce, wzięła 
> porcję dla siebie, reszte kompani zachęcając gestem, by się częstowali.

Kenneth zerwał się jak oparzony, rozejrzał półprzytomnie po okolicy i na 
widok rudego odzyskał pamięć.
- O żesz ty..., gamratka twoja mać, ja ci zaraz pokażę, pochole gnojowy, 
bic lepszych od siebie!! - z tym bojowym okrzykiem chłopak wystartował 
do Seamusa. Tym razem miecz zostawił w spokoju, postanowił rozprawić się 
z prostaczkiem za pomocą własnych pięści. Pomysł nie był głupi i miał 
duże szanse powodzenia, bo do zapasów i walki wręcz Kenneth nie czuł 
takiej niechęci jak do szermierki. Pech chciał, że zapomniał, iż po 
silnym ciosie w głowę nie należy gwałtownie się poruszać. Stracił 
równowage, zaplątał się we własne nogi i klapnął nieprzystojnie na 
zadek. Uderzenie sprawiło, że odzyskał trochę zdrowego rozsądku i 
spokojnie wysłuchał opowieści kobiety. Nawet bez specjalnego zdziwienia 
obserwował jej kolejne transformacje. Gdy skończyła westchnął i zaczął 
opowieść:

- Imie moje już znacie. Jestem jedynym synem lorda Kyntheliga McKinneya, 
właściciela ziemskiego, głowy klany McKinney'ów, władcy Seylam i 
Comhair, stryjecznego brata diuka Cynthrisa. Wychowałem się w otoczeniu 
bon, mistrzów fechtunku, nauczycieli zapasów i, wbrew twej opinii, 
rudowłosy, całego stada bakałarzy wszelkiej maści. Ostatnimi czasy mój 
ojciec przypomniał sobie o moim istnieniu i zaczął stawiać warunki, 
wspominał również o ożenku z pewną rozkapryszoną pannicą z dobrej 
rodziny. Plany jego bardzo kolidowały z moim dotychczasowym stylem 
życia, któregom nie myślał się wyrzekać. Więc uciekłem i oto jestem z 
wami, nie z własnej zresztą woli. - tu młodzik spojrzał z ukosa na 
muzyka. - Póki co nie mam konkretnych planów, poza ucieczką przed 
pościgiem, który niechybnie z rozkazu ojca za mną podąża.
Zakończywszy swą opowieść, Kenneth przypieczętował świeżo zawarte 
znajomości przy pomocy solidnej porcji suszonego mięsa.


>> [ooc] moją opowieść zostawiam na koniec. Jak już coś więcej dowiem się o
>> postaciach - postaram się coś wymyśleć. 

Krótka charakterystyka: Kenneth jest rozpuszczonym jedynakiem, 
wychowanym w zbytku i leniwym jak jasny pierun ;) Umie dobrze walczyć 
wręcz, jakieś podstawy robienia mieczem zna, z kuszy za to strzela 
świetnie i  nawet potrafi ją sam naciągnąć. Jest silny i całkiem 
inteligentny, choć niedouczony i zapatrzony w siebie. Umie czytać i 
pisać, doskonale jeździ konno i nie ma sobie równych w żłopaniu. To tyle 
na razie, reszta będzie dorabiana w trakcie.
> [/ooc]

-- 
Khaira z Wilczej Polany		GG:6487849 	khaira (na) wp.pl
"His movements could be called cat-like, except that he did not stop
to spray urine up against things." [T. Pratchett "Night Watch"]
Re: Karczma...
#29981
Author: Szarlih
Date: Wed, 24 Jan 2007 23:52
75 lines
5819 bytes
Khaira napisał(a):

> <nieprzystojne klapanie>

> - Imie moje już znacie. Jestem jedynym synem lorda Kyntheliga McKinneya, 
> właściciela ziemskiego, głowy klany McKinney'ów, władcy Seylam i 
> Comhair, stryjecznego brata diuka Cynthrisa. Wychowałem się w otoczeniu 
> bon, mistrzów fechtunku, nauczycieli zapasów i, wbrew twej opinii, 
> rudowłosy, całego stada bakałarzy wszelkiej maści. Ostatnimi czasy mój 
> ojciec przypomniał sobie o moim istnieniu i zaczął stawiać warunki, 
> wspominał również o ożenku z pewną rozkapryszoną pannicą z dobrej 
> rodziny. Plany jego bardzo kolidowały z moim dotychczasowym stylem 
> życia, któregom nie myślał się wyrzekać. Więc uciekłem i oto jestem z 
> wami, nie z własnej zresztą woli. - tu młodzik spojrzał z ukosa na 
> muzyka. - Póki co nie mam konkretnych planów, poza ucieczką przed 
> pościgiem, który niechybnie z rozkazu ojca za mną podąża.
> Zakończywszy swą opowieść, Kenneth przypieczętował świeżo zawarte 
> znajomości przy pomocy solidnej porcji suszonego mięsa.

Raghnall w międzyczasie puścił konia wolno zabrawszy jednak szponton. 
Usiadł ze skrzyżowanymi nogami kładąc sobie drzewce na kolanach.
- Jak powiedziałem wcześniej nazywam się Raghnall Havard - powiedział 
pocierając kilkudniowa szczecinę na policzku - co mogło umknąć niektórym 
nieprzytomnym. Zajmuje się tym za co mi zapłacą, usługi świadczę głównie 
mieczem, okazjonalnie łapie zbiegów, szukam skarbów, ochraniam kupców i 
dowodzę wojskiem. Chwilowo nie pracuję - uśmiechnął się krzywo patrząc 
na Seamusa - zmieniam klimat, bo zadowolenie klientów powoduje 
niezadowolenie innych.

>>> [ooc] moją opowieść zostawiam na koniec. Jak już coś więcej dowiem się o
>>> postaciach - postaram się coś wymyśleć. 

Syn właściciela gospodarstwa rolnego w małej wiosce zapomnianej przez 
świat poza rokrocznymi wizytami włodarza w celu odebrania daniny. W 
dzieciństwie pasący owce. Uczony jak inne dzieci przez starego druida, 
czyta i koślawo pisze. Kłusując w lasach opanował łucznictwo. Poza 
łukiem jedyny kontakt z bronią miał podczas tradycyjnych na świętach i 
festynach walk na długie pałki. Jeden z niewielu ocalałych mieszkańców 
wioski po napadzie maruderów. Podczas napadu bronił się upuszczonym 
przez jednego z bandytów szpontonem. Stracił całą rodzinę, a wioska 
spłonęła, ocaleli mieszkańcy wynieśli się. Włóczył sie po gościńcach, 
przystał do bandy rabującej podróżnych, jednak grupę szybko rozbito. Tak 
trafił do miasta gdzie próbował ukraść sakiewkę, pech chciał, że 
najemnikowi. Ostatecznie ten zamiast wydać go straży albo wypatroszyć 
zabrał go ze sobą i uczył "rzemiosła", jako tako obchodzi się z każdą 
bronią, a świetnie z tą którą nosi, najlepiej z mieczem; Nazwy finta lub 
dexter obiły mu się o uszy gdzieś na dworach i choć nie jest w stanie 
przypisać ich do odpowiedniego ciosu, błyskawicznie i bezbłędnie je 
stosuje. W końcu jego opiekun zginął przy jakimś zleceniu, a on zaczął 
jeździć sam. Wyrobił sobie pewną renomę i jego usługi warte są ciężkiej 
sakiewki złota. Zwykle na brak pieniędzy nie narzeka. Zupełnie darmowo i 
bezinteresownie zabija napotkanych maruderów, rozbójników na gościńcach, 
itp. Każde takie zdarzenie oznacza karbem na drzewcu szpontonu (27 
nacięć). Na początku szukał człowieka, którego twarz wyraźnie widział 
przy blasku pożaru rodzinnej wsi i dokładnie zapamiętał, potem pogodził 
się z tym, że pewnie juz nigdy go nie spotka, ale obsesyjnie tępi nadal 
rozbójników. Czasami gdy najdą go wyrzuty sumienia z racji tego co robi 
i jakim stało sie jego życie upija się w trupa. ;) Świadom tego, że w 
ostateczności może popłatać kogoś w dzwonka bywa arogancki i bezczelny.

Co by tu jeszcze; solidny stalowy miecz bez zdobień, sztylet w cholewie, 
szponton, jesionowy łuk, w jukach trochę żelastwa zbrojopodobnego. 
(czyli nie zbroja ;P)

chyba nic ważnego nie pominąłem. ehh misterny plan, żeby to na 
dzisiejszym wykładzie wymyślać wziął w łeb, chlip ;)

[/ooc]

-- 
                 _____
_______________/     \_______________    |GG: 2822174
\_____________ Szarlih _____________/    |tlen/konnekt: szarlih
   \__________    _ _    __________/      |ICQ: 254990166
              \_________/                 |www.compu.pl
Thread Navigation

This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.

Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.

Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.

Back to All Threads