Thread View: alt.pl.psychologia.milosc
8 messages
8 total messages
Started by paweł hoffmann
Sun, 12 Jul 2009 15:27
Czy obie strony zawsze są winne [z tematu: "Co to może być"]
Author: paweł hoffmann
Date: Sun, 12 Jul 2009 15:27
Date: Sun, 12 Jul 2009 15:27
177 lines
8480 bytes
8480 bytes
Pozwoliłem sobie założyć nowy temat, a problem dotyczy odpowiedzi na pytanie: "czy zawsze obie strony są winne rozpadowi małżeństwa", bo takie powiedzenie utarło się w naszym społeczeństwie, przynajmniej tak się mówi politycznie poprawnie, a za plecami zainteresowanych i tak obrabia się im dupę na cztery strony świata, oceniając ich przy okazji i wartościowując na zasadzie: "ona ok dziewucha, a ten to zawsze draniem był". @michał: >Pytanie (do) żony, "czy coś źle robię", nie jest równoznaczne z rzetelną >autoweryfikacją. W rozmowie z żoną ważny jest kontekst i intencja >zadawanych pytań. Nietrudno przecież sobie wyobrazić sytuację, kiedy w >słowach: "No co? No co ja ci zrobiłem!?" - kryje się informacja, ze >czuję się niewinny. :) Musimy założyć, że albo wierzysz mi na słowo, albo nie. W innym wypadku nie ma sensu prosić tutaj o jakąkolwiek poradę, bo musiałbym do rozmowy zaprosić żonę. Zresztą, kiedyś proponowałem jej terapię małżeńską, argumentując to tym, że będzie mógł doradzić nam ktoś "z boku", nie związany emocjonalnie z żadnym z nas. Nie pisałem tego chyba prędzej, ale żona od samego początku była pod znacznym wpływem swojej matki. Widać to było chociazby po codziennych kilkunastominutowych rozmowach przez telefon, sprawozdaniach pt. "jak spędziłam dzień". Od początku wydawało mi się to dziwne, że dorosła osoba, która ma swoją rodzinę, co tydzień musi jechać do mamy na całe dwa dni (ja rozumiem, odwiedzić na kilka godzin). Tak więc reasumując: zadając żonie pytanie "czy coś nie tak?" nie było w tym żadnej ironii. To prawda, że z czasem, po serii takich pytań i wymijających odpowiedziach pojawia się u pytającego nuta frustracji, a gdy dodać do tego nowe informacje, które dopóki "oczy nie widzą, sercu nie żal" i pomnożyć przez kłamstwa żony, perfidne, podłe kłamstwa, to ja po prostu zacząłem mieć problemy z sobą samym. Pozwól, że nie będę cytować dalszej części Twojego posta, bo główny problem jaki omawialismy to moje uparte stanie na stanowisku, że powiedzenie "zawsze dwie strony są winne" jest na wyrost. Jeśli chodzi o Coveya i podejście typu: "naprawiać świat zaczynam od siebie samego" to przekonałeś mnie. Nie znaczy to, że nie byłem zwolennikiem takiego podejścia, tylko uważam, że nie zawsze da się to zastosować. Analogię, jaką mogę w tym momencie wskazać, to standardowy "katol" (używam z premedytacją tego pejoratywnego tworu), który jest nauczyony, że każde cierpienie to dar od Boga i trzeba je przyjmować z dumą, nie poddawać się, cokolwiek by się miało stać. Wszystko w ten sposób sobie tłumaczy. Taki fanatyk nie pomyśli, że Bóg dał też mu wolną wolę i że jest w stanie w dużym stopniu decydować o swoim życiu. A nie, że trafia się kobiecie np. mąż pijaczyna, a ona latami przy nim trwa aż do zasranej śmierci, co noc odmawiając różaniec i dziękując Bogu, że ma gdzie mieszkać i że dzielnie będzie znosić wszelkie upokorzenia, bo jest to dla niej wyróżnienie, w postaci misji na podobieństwo drogi krzyżowej. Piszesz, że nieetyczne z Twojego punktu widzenia jest to, że oceniam kuzynkę, nie mając pełnego obrazu ich sytuacji. To jest awykonalne być w posiadaniu takiej wiedzy. Nawet, mając kontakt z tymi dwiema osobami i do tego nikt z nas nie musi nikogo przekonywać. Po prostu przedstawiłem tutaj przykład, mając wstępne założenia typu: ona się puściła, ale po miesiącu się rozmyśliła. Jeśli na tym etapie nie mógłbym ocenić jej jako bezczelnej pindy, to byłaby to jakaś paranoja. Co dzień takich ocen mamy "okazję" przeprowadzić dziesiątki: chyba, że faktycznie jesteś "z innej planety" i nigdy czegoś takiego nie komentujesz. Swoją drogą ciekawie piszesz i teraz rozumiem, że kryje się za tym konkretny bagaż doświadczeń. Zmyliło mnie imię "Michał", które kojarzy mi się z nastolatkiem, a nie facetem pięć... dziesięć... o-letnim ;) Wracając do problemu, który spędza mi sen z powiem: czy obie strony są zawsze winne w przypadku rozwodu? Tak jak pisałem na początku, mam nadzieję, że moment, kiedy to wszystko piszę jest odpowiedni dla mojego stanu umysłu i nie ześwirowałem najnormalniej (ciekawe zestawienie swoją drogą hehe). Kolejna nadzieja to fakt, że przekazuję te informacje nie dokonując żadnych przekłamań, bo zależy mi na informacji zwrotnej w najczystszej postaci. Pewnie, że to co piszę to subiektywizm, ale staram się pisać obiektywnie. Pisałem już, że nie jestem ideałem: inaczej - nie jestem wymarzonym facetem dla kobiety, bo do końca nie nauczyłem się jeszcze żyć sam ze sobą. Mam (chociaż jest już lepiej) niską samoocenę i potrzebuję przy sobie osoby, która nie będzie mi dawać powodów do obaw o to, że jest nielojalna wobec mnie. U nas w małżeństwie były tygodnie bajeczne (wypowiedzi i odczucia mojej żony). To prawda, że często dusiłem w sobie coś, co miałem na końcu języka (ot te rozmowy telefoniczne żony z matką i cotygodniowe wyjazdy, nagłe zmiany planów [nasze], bo teściowa potrzebuje córcię na weekend!), ale nie dawałem po sobie tego poznać. Dopiero, gdy żona nadwyrężyła moje zaufanie (nie będę podawać konkretów w tym momencie), zaczynały się z mojej strony pretensje, o co tutaj chodzi, dlaczego mnie okłamała itp. Po takich spięciach przeważnie na drugi dzień było ok, chociaż przeprosin się nie doczekałem nigdy. Być może, od samego początku zona nie była do końca pewna, czy ja, jako jej facet, to dobry wybór. Na pewno mogę powiedzieć, że NIGDY nie okłamałem żony. Jej kłamstwa dzisiaj są już pewne, stały się faktem i do większości z nich do dnia dzisiejszego żona w żaden sposób się nie odniosła. Chciałem rozmawiać, prosiłem o terapię, planowałem czas wolny, aby się nie nudziła, abyśmy mieli kiedyś co wspominać. Nigdy jej nie zdradziłem, nawet psychicznie, mentalnie. Zresztą, gdy jakaś kobita ot w pracy dawała mi wyraźne sygnały, że chciałaby poflirtować, stawałem się nagle oschły, tak jak dziecko z rodziny dysfunkcyjnej, któremu proponuje się pomoc, a ono ją mechanicznie odrzuca. Czy uważasz nadal, że taką sytuację również można ocenić jako "on też ma winę, bo zawsze obie strony są winne"? Jeśli tak, to w tym momencie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko EOT w tym temacie. Dziwi mnie, że można tak generalizować w tym temacie, bo nawet odchodząc od mojego przykładu, mnóstwo osób cierpi z tego powodu, że po prostu ktoś od nich odszedł, zostawił, zniszczył ich wspólny związek, który można było ratować. Fakt, trzeba wstać z podniesioną głową i iść do przodu, bo czas ucieka, zegar biologiczny tyka i nim się obejrzymy, będzie już po nas. Wyciągać wnioski trzeba jak najbardziej, ale szacunek do samego siebie nie może stać w sprzeczności z nierealną oceną krzywd nam wyrządzonych przez innych. Paweł.
Re: Czy obie strony zawsze są winne [z tematu: "Co to może być"]
Author: michał
Date: Sun, 12 Jul 2009 21:44
Date: Sun, 12 Jul 2009 21:44
279 lines
13611 bytes
13611 bytes
Użytkownik "paweł hoffmann" napisał w wiadomości: > Pozwoliłem sobie założyć nowy temat, a problem dotyczy odpowiedzi na > pytanie: > "czy zawsze obie strony są winne rozpadowi małżeństwa", bo takie > powiedzenie > utarło się w naszym społeczeństwie, przynajmniej tak się mówi > politycznie poprawnie, > a za plecami zainteresowanych i tak obrabia się im dupę na cztery > strony świata, oceniając > ich przy okazji i wartościowując na zasadzie: "ona ok dziewucha, a ten > to zawsze draniem był". > @michał: >> Pytanie (do) żony, "czy coś źle robię", nie jest równoznaczne z >> rzetelną autoweryfikacją. W rozmowie z żoną ważny jest kontekst i >> intencja zadawanych pytań. Nietrudno przecież sobie wyobrazić >> sytuację, kiedy w słowach: "No co? No co ja ci zrobiłem!?" - kryje >> się informacja, ze czuję się niewinny. :) > Musimy założyć, że albo wierzysz mi na słowo, albo nie. W innym > wypadku nie ma sensu > prosić tutaj o jakąkolwiek poradę, bo musiałbym do rozmowy zaprosić > żonę. Konfrontacja nie dałaby rzetelnego wyjaśnienia, nawet gdyby Twoja była na nią się zgodziła. Istotne jest nie to, co ona chciałaby czy też mogłaby Tobie przekazać na temat konfliktu, tylko to, jak ona to sobie naprawdę przedstawia. Najbardziej zbliżona do jej prawdziwego stanowiska byłaby wypowiedź do jakieś przyjaciółki czy przyjaciela, słowem do jakiegoś powiernika. Ale to akurat możeny sobie darować, nie będziesz się chyba poniżał i zabawiał w przebiegłego śledczego czy szpiega. To by było chore. :) > Zresztą, > kiedyś proponowałem jej terapię małżeńską, argumentując to tym, że > będzie mógł > doradzić nam ktoś "z boku", nie związany emocjonalnie z żadnym z nas. Rozumiem, że nie zgodziła się. Nie miała na to ochoty. > Nie pisałem tego chyba prędzej, ale żona od samego początku była pod > znacznym > wpływem swojej matki. Widać to było chociazby po codziennych > kilkunastominutowych > rozmowach przez telefon, sprawozdaniach pt. "jak spędziłam dzień". Od > początku > wydawało mi się to dziwne, że dorosła osoba, która ma swoją rodzinę, > co tydzień > musi jechać do mamy na całe dwa dni (ja rozumiem, odwiedzić na kilka > godzin). Wskazujesz kolejnego winnego, swoją teściową. Jeśli powiem, że to Ty pozwoliłeś teściowej mieć wpływ na Twoją żonę, to pomyślisz, że zwariowałem? :) > Tak więc reasumując: zadając żonie pytanie "czy coś nie tak?" nie było > w tym > żadnej ironii. To prawda, że z czasem, po serii takich pytań i > wymijających > odpowiedziach pojawia się u pytającego nuta frustracji, a gdy dodać do > tego > nowe informacje, które dopóki "oczy nie widzą, sercu nie żal" i > pomnożyć > przez kłamstwa żony, perfidne, podłe kłamstwa, to ja po prostu > zacząłem mieć > problemy z sobą samym. Tak, jak pisałem wcześniej. Nie chodzi o detale: kto co powiedział i jakim tonem. Chodzi cały czas o postawę. O rozumienie, że w konflikcie emocje przysłaniają zdrowy rozsądek i jeżeli nie mamy wypracowanego sposobu/nawyku, jak temu zapobiegać, nasze intencje będą mijały się z celem. Możesz popaść we frustację czy furię w stanie wzburzenia - to jak najbardziej ludzkie. Znajdź jednak czas na refleksję i zajrzenie w siebie zaraz potem, nie po to, żeby się katować, tylko żeby znaleźć w sobie (no przyajmniej próbować) rozwiązanie korzystne dla trwałości w związku. Jeżeli jedyną Twoją nadzieją będzie zmienić postawę partnerki, to stoisz na pozycji przegranej z punktu widzenia ratowania relacji. W sobie tylko możesz znaleźć rozwiązanie. Oczywiście że nie zawsze to się udaje. Ale nie próbując nie dajesz rozwiązaniu szansy. Co do kłamstw. Jeśli Twoja żona zdradziła Cię fizycznie i sumienie nie daje jej spokoju, to myślisz, że to taka prosta rzecz jest przyjśc do Ciebie i powiedzieć Ci o tym? Chyba żartujesz! Nie wyobrażam sobie, żeby to mogło być takie łatwe. Więcej empatii i zrozumienia może Tobie przydałoby się. Ale czyżby empatia była dla Ciebie katorgą? Umartwianiem się? A wiesz o tym, że przyznanie się do zdrady może przynieść komus nieodwracalna krzywdę? Oprócz Ciebie są jeszcze osoby trzecie. Wyobraź sobie: Poznajesz teraz i zakochujesz się w mężatce. Cały w skowronkach idziesz z nią do łóżka, a po południu nastepnego dnia przychodzi do Ciebie jej mąż, bo ona mu się przyznała. Jaka jest pierwsza Twoja reakcja i ocena tej pani? :) > Pozwól, że nie będę cytować dalszej części Twojego posta, bo główny > problem > jaki omawialismy to moje uparte stanie na stanowisku, że powiedzenie > "zawsze > dwie strony są winne" jest na wyrost. > Jeśli chodzi o Coveya i podejście typu: "naprawiać świat zaczynam od > siebie > samego" to przekonałeś mnie. Nie znaczy to, że nie byłem zwolennikiem > takiego > podejścia, tylko uważam, że nie zawsze da się to zastosować. Analogię, > jaką > mogę w tym momencie wskazać, to standardowy "katol" (używam z > premedytacją > tego pejoratywnego tworu), który jest nauczyony, że każde cierpienie > to dar > od Boga i trzeba je przyjmować z dumą, nie poddawać się, cokolwiek by > się > miało stać. Wszystko w ten sposób sobie tłumaczy. Taki fanatyk nie > pomyśli, > że Bóg dał też mu wolną wolę i że jest w stanie w dużym stopniu > decydować o > swoim życiu. A nie, że trafia się kobiecie np. mąż pijaczyna, a ona > latami przy > nim trwa aż do zasranej śmierci, co noc odmawiając różaniec i > dziękując Bogu, > że ma gdzie mieszkać i że dzielnie będzie znosić wszelkie upokorzenia, > bo jest > to dla niej wyróżnienie, w postaci misji na podobieństwo drogi > krzyżowej. Porównanie znakomite. To tak jakbyś zbiór zadań z matematyki traktował jako środek do umartwiania się i zadawania sobie cierpień. Nie jeść, nie pić, nie spać tylko rozwiązywać kolejne zadania w imię Bożego zbawienia. ;) > Piszesz, że nieetyczne z Twojego punktu widzenia jest to, że oceniam > kuzynkę, > nie mając pełnego obrazu ich sytuacji. To jest awykonalne być w > posiadaniu takiej > wiedzy. Nawet, mając kontakt z tymi dwiema osobami i do tego nikt z > nas nie musi > nikogo przekonywać. Po prostu przedstawiłem tutaj przykład, mając > wstępne > założenia typu: ona się puściła, ale po miesiącu się rozmyśliła. Jeśli > na tym > etapie nie mógłbym ocenić jej jako bezczelnej pindy, to byłaby to > jakaś paranoja. > Co dzień takich ocen mamy "okazję" przeprowadzić dziesiątki: chyba, że > faktycznie > jesteś "z innej planety" i nigdy czegoś takiego nie komentujesz. Komentuję, a jakże. Ale nie mówiłbym, że wstydzę się, iż jest moją kuzynką. To godne pruderyjnej członkini armii moherowych beretów. ;) > Swoją drogą ciekawie piszesz i teraz rozumiem, że kryje się za tym > konkretny > bagaż doświadczeń. Zmyliło mnie imię "Michał", które kojarzy mi się z > nastolatkiem, > a nie facetem pięć... dziesięć... o-letnim ;) > Wracając do problemu, który spędza mi sen z powiem: czy obie strony są > zawsze > winne w przypadku rozwodu? > Tak jak pisałem na początku, mam nadzieję, że moment, kiedy to > wszystko piszę > jest odpowiedni dla mojego stanu umysłu i nie ześwirowałem > najnormalniej > (ciekawe zestawienie swoją drogą hehe). Kolejna nadzieja to fakt, że > przekazuję > te informacje nie dokonując żadnych przekłamań, bo zależy mi na > informacji > zwrotnej w najczystszej postaci. Pewnie, że to co piszę to > subiektywizm, ale > staram się pisać obiektywnie. > Pisałem już, że nie jestem ideałem: inaczej - nie jestem wymarzonym > facetem > dla kobiety, bo do końca nie nauczyłem się jeszcze żyć sam ze sobą. > Mam (chociaż > jest już lepiej) niską samoocenę i potrzebuję przy sobie osoby, która > nie będzie > mi dawać powodów do obaw o to, że jest nielojalna wobec mnie. Nie spodoba Ci się pewnie to, co teraz napiszę, ale to, że "nie jesteś ideałem" i "masz niską samoocenę", to na pewno nie jest wina Twojej byłej żony... Chciałbyś, żeby partnerka dostosowywała się do Twojego niezmiennego wizerunku? > U nas w > małżeństwie > były tygodnie bajeczne (wypowiedzi i odczucia mojej żony). To prawda, > że często > dusiłem w sobie coś, co miałem na końcu języka (ot te rozmowy > telefoniczne żony > z matką i cotygodniowe wyjazdy, nagłe zmiany planów [nasze], bo > teściowa potrzebuje > córcię na weekend!), ale nie dawałem po sobie tego poznać. Może właśnie trzeba było spytać, kto tu rządzi: my czy mama? Dopiero, > gdy żona > nadwyrężyła moje zaufanie (nie będę podawać konkretów w tym momencie), > zaczynały > się z mojej strony pretensje, o co tutaj chodzi, dlaczego mnie > okłamała itp. > Po takich spięciach przeważnie na drugi dzień było ok, chociaż > przeprosin się > nie doczekałem nigdy. Być może, od samego początku zona nie była do > końca pewna, > czy ja, jako jej facet, to dobry wybór. > Na pewno mogę powiedzieć, że NIGDY nie okłamałem żony. Jej kłamstwa > dzisiaj są > już pewne, stały się faktem i do większości z nich do dnia > dzisiejszego żona w > żaden sposób się nie odniosła. Chciałem rozmawiać, prosiłem o terapię, > planowałem > czas wolny, aby się nie nudziła, abyśmy mieli kiedyś co wspominać. > Nigdy jej nie zdradziłem, nawet psychicznie, mentalnie. Zresztą, gdy > jakaś > kobita ot w pracy dawała mi wyraźne sygnały, że chciałaby poflirtować, > stawałem > się nagle oschły, tak jak dziecko z rodziny dysfunkcyjnej, któremu > proponuje się > pomoc, a ono ją mechanicznie odrzuca. Jak to jest? Człowiek z niska samooceną daleki od ideału - NIGDY żonie nie kłamie? Myślałem, że spójność wewnętrzną (co w sercu to i na języku) wypracowuje się po wytężonej pracy nad sobą i osiągnięciu znacznej niezależności psychicznej. Ej, czy Ty się przypadkiem za bardzo nie wybielasz? :) > Czy uważasz nadal, że taką sytuację również można ocenić jako "on też > ma winę, > bo zawsze obie strony są winne"? Jeśli tak, to w tym momencie nie > pozostaje mi > nic innego, jak tylko EOT w tym temacie. Nie dajesz mi wyboru odpowiedzi? Założyłeś z góry, że albo odpowiem, że nie, nie zawsze wina leży po obu stronach, albo powiem, że tak... i koniec dyskusji. Więc zdecyduj proszę, czy chcesz znać moje zdanie na ten temat czy nie. :) Zaryzykuję. To jest źle postawione pytanie. Każda odpowiedź będzie subiektywna w zależności od postaw, doświadczeń i przekonań wypowiadającego się. Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że nawet jeżeli obiektywnie nie ponoszę winy, to lepiej jest w każdym przypadku szukać jej u siebie, jeśli może mi to pomóc w rozwiązaniu konfliktu. Albowiem cel, który jest dla mnie ważny, będę miał przede wszystkim na uwadze. A gdy taki cel przestałby być istotny, to za przeproszeniem gówno mnie to obchodzi, po czyjej stronie leży wina. Przechodzę do nastepnego rozdziału dotyczącego przyszłości. Nie jestem do cholery historykiem ;) > Dziwi mnie, że można tak generalizować w tym temacie, bo nawet > odchodząc od mojego > przykładu, mnóstwo osób cierpi z tego powodu, że po prostu ktoś od > nich odszedł, > zostawił, zniszczył ich wspólny związek, który można było ratować. > Fakt, trzeba > wstać z podniesioną głową i iść do przodu, bo czas ucieka, zegar > biologiczny > tyka i nim się obejrzymy, będzie już po nas. Wyciągać wnioski trzeba > jak > najbardziej, ale szacunek do samego siebie nie może stać w > sprzeczności z > nierealną oceną krzywd nam wyrządzonych przez innych. Rozumiem poczucie krzywdy. Rozumiem, że nie możesz jej wybaczyć, iż wbrew jej zapewnieniom zawiodła Twoje zaufanie w najbardziej bolesny sposób. Ale co to ma wspólnego z postawą, którą doradzam? Nie masz takiej postawy, bo nie starałeś sie takiej mieć. Może jednak teraz jest właśnie moment, żeby sposób myślenia zmienić i żebyś przekonał się, że zmiana ta nie jest martyrologią tylko wyższą szkołą jazdy. Jazda nazywa się życie. Twoje życie w relacji z innymi. -- pozdrawiam michał
Re: Czy obie strony zawsze są winne [z tematu: "Co to może być"]
Author: paweł hoffmann
Date: Sun, 12 Jul 2009 23:40
Date: Sun, 12 Jul 2009 23:40
232 lines
11656 bytes
11656 bytes
@ michal: >Istotne jest nie to, co ona chciałaby czy też >mogłaby Tobie przekazać na temat konfliktu, tylko to, jak ona to sobie >naprawdę przedstawia. Najbardziej zbliżona do jej prawdziwego stanowiska >byłaby wypowiedź do jakieś przyjaciółki czy przyjaciela, słowem do >jakiegoś powiernika. Ale to akurat możeny sobie darować, nie będziesz >się chyba poniżał i zabawiał w przebiegłego śledczego czy szpiega. To by >było chore. :) To nie ma już najmniejszego sensu, ale rozumiem co chciałeś przez to napisać. Ja nie potrzebuję usłyszeć jej opini na mój temat. Człowiek, który jest zdolny do kłamstw, do machnięcia ręką na związek, bo pod ręką ma już kogoś innego, taka osoba nie ma już dla mnie żadnego znaczenia, a jestem pewien, że powiernikowi swojej duszy na pewno nie powiedziała by: "och, jak mi przykro, że zostawiłam takiego fajnego faceta, ale był mało męski.. och". To nie ma pewnie żadnego znaczenia, ale różnica wieku między nami to dwa lata. Tzn. ja mam 28, a ona 30 obecnie. Ten facet, z którym jest po dziś dzień, ma lat 35. >Wskazujesz kolejnego winnego, swoją teściową. Jeśli powiem, że to Ty >pozwoliłeś teściowej mieć wpływ na Twoją żonę, to pomyślisz, że >zwariowałem? :) Nie miałem zamiaru tutaj na forum pisać wszystkiego i spowiadać się ze wszystkich swoich mankamentów, ale jeśli już zahaczyliśmy o temat teściowej: nie wiem, jak dzisiaj, bo nie miałem okazji sprawdzić, ale generalnie byłem zawsze mało konsekwentną osobą, jesli chodzi o relacje damsko-męskie, a dokładniej w kwestii spraw rzutujących bezpośrednio na związek. Od początku, gdy poznałem żonę, bałem się, że ją stracę, jeśli np. widziałem, jak bardzo jest związana ze swoją matką i że mógłbym podpaść teściowej z powodu rywalizacji o dostęp do jej córki. Śmiesznie to brzmi, groteskowo, ale tak to wyglądało: teściowa gdy potrzebowała córki, miała ją wręcz na zawołanie. Gdy po czasie mówiłem żonie, że nie podoba mi się, iż teściowa rozwala nasz harmonogram czasu wolnego, żona oznajmiała mi, że nie muszę z nią tam jeździć i że musi pomagać schorowanej matce i nie zrezygnuje nigdy ze swojej rodziny (nie miała tutaj na myśli NAS). Oczywiście jeździłem z żoną, jak potulny piesek... po roku dopiero rezygnowałem z niektórych takich wypadów, co zresztą mogłem uzasadnić "pracą po godzinach", by zarobić na nasze zachcianki. Tak więc brak konsekwencji, zazdrość a z czasem frustracja i stawianie się żonie w mało męski sposób, bo wyłącznie przy pomocy rozmowy a w zasadzie monologu, a w takich momentach żona miała nade mną tę przewagę, że odwracała się na pięcie i jechała do matki (chyba?), a ja po pięciu minutach miękłem i nawet potrafiłem do niej zadzwonić, że przepraszam, że się uniosłem, że w sumie to ma racje, a mi tylko zależy na nas i prosiłem żeby wróciła, bo chętnie pojechałbym z nią. "Uniosłem" może przesadzone, bo podniesiony ton głosu pamiętam u siebie w końcowej fazie tego związku, gdy już powoli wychodziło na jaw, że coś jest nie tak, że żona z kimś się spotyka. Wcześniej usilnie prosiłem o rozmowę, chociaż faktycznie ton głosu mógłbyć bardziej "przyjacielski", a nie ofensywny (spokojnie, amplituda była w sam raz). >Możesz popaść we frustację czy furię w stanie wzburzenia - to jak >najbardziej ludzkie. Znajdź jednak czas na refleksję i zajrzenie w >siebie zaraz potem, nie po to, żeby się katować, tylko żeby znaleźć w >sobie (no przyajmniej próbować) rozwiązanie korzystne dla trwałości w >związku. >Jeżeli jedyną Twoją nadzieją będzie zmienić postawę partnerki, to stoisz >na pozycji przegranej z punktu widzenia ratowania relacji. W sobie tylko >możesz znaleźć rozwiązanie. Oczywiście że nie zawsze to się udaje. Ale >nie próbując nie dajesz rozwiązaniu szansy. Zgadzam się. Na pewno dałbym sobie radę, gdyby żonie zależało tak, jak mi na niej (tak mi się przynajmniej wydaje). Przysięgłem sobie niedawno, że nie będę się zbyt szybko pakował w nowy związek, tymbardziej jeśli nie będę mieć pewności, że JEJ zależy na mnie. Na pewno mam wine w tym, że zbyt szybko chciałem, aby ona została moją żoną - pewnie zbyt szybko. Jestem prawie pewien, że w tym jest wyłącznie moja wina i z tej perspektywy jestem winien rozwodu, który mógł nie mieć miejsca, gdybyśmy się nie pobrali. Bałem się w ten sposób myśleć, ale to jednak prawda. >Co do kłamstw. Jeśli Twoja żona zdradziła Cię fizycznie i sumienie nie >daje jej spokoju, to myślisz, że to taka prosta rzecz jest przyjśc do >Ciebie i powiedzieć Ci o tym? Chyba żartujesz! Nie wyobrażam sobie, żeby >to mogło być takie łatwe. Nie mam na myśli zdrady fizycznej, bo nie mam na to dowodów, ani nie oglądałem filmu z ich igraszek;) Nie odważę się na forum pisać o szczegółach, ale uwierz mi, że posiadając pewne fakty i informując ją o niektórych z nich, zaczęła się podpierać kłamstwem. Nigdy nie pokazałem jej dowodów - liczyłem na to, że sama się przyzna. >Więcej empatii i zrozumienia może Tobie przydałoby się. Ale czyżby >empatia była dla Ciebie katorgą? Umartwianiem się? Możesz odnieść takie wrażenie, ale nie do końca jest tak jak piszesz. Odpowiem krótko: nie. Tak mi się przynajmniej wydaje:D >Komentuję, a jakże. Ale nie mówiłbym, że wstydzę się, iż jest moją >kuzynką. To godne pruderyjnej członkini armii moherowych beretów. ;) ok, poniosło mnie, przesadziłem. Ludzką rzeczą jest błądzić, ale nie toleruję zdrady i potępiam takie zachowania, czy to byłaby moja kuzynka, czy brat chwalący się podbojami miłosnymi za plecami swojej żony. Może okazja czyni złodzieja, może niebawem zdradzę własne ideały - ale dzisiaj uważam tak, jak napisałem. >Nie spodoba Ci się pewnie to, co teraz napiszę, ale to, że "nie jesteś >ideałem" i "masz niską samoocenę", to na pewno nie jest wina Twojej >byłej żony... >Chciałbyś, żeby partnerka dostosowywała się do Twojego niezmiennego >wizerunku? Nie. Nie pisałem też, że to jej wina. Zresztą, co chcesz dowieść, że jestem winny rozpadowi swojego małżeństwa, bo mam wady? Mankamenty wcześniej nabyte, a nie świadome metody postępowania prowadzące bezpośrednio do destrukcji związku? Uwierz mi, że nie napisałem tutaj za dużo na temat wad mojej byłej żony, nie odniosłem się konkretnie do jej psychiki, jej trudnego dzieciństwa, o którym mi sama opowiadała (jest DDA). Najważniejsze są te fakty, które podalem. Będziesz mi zarzucać wybiórczość, ale nie licz na to, że spiszę tutaj historię mojego zwiazku od A do Z. >Może właśnie trzeba było spytać, kto tu rządzi: my czy mama? O rany:) Wiesz, że miałem na to ochotę, ale to skończyłoby się nazwaniem mnie despotą, podkreśleniem, że nawet o matkę potrafię być zazdrosny. Pamiętam, że kiedyś, gdy jechalismy do teściowej, nie miałem z tego powodu najlepszego humoru i powiedziałem żonie, że niech mi wybaczy, ale nie będę robić dobrej miny do złej gry. Obraziła się mówiąc, że nie chce tego słuchać, a mi tylko zależało, żebyśmy znowu się nie pokłócili o jej matkę <lol> To tak nawiasem mówiąc, że niezła ze mnie męska cipa nieprzystosowana do stworzenia dojrzałej relacji. >Jak to jest? Człowiek z niska samooceną daleki od ideału - NIGDY żonie >nie kłamie? >Myślałem, że spójność wewnętrzną (co w sercu to i na języku) wypracowuje >się po wytężonej pracy nad sobą i osiągnięciu znacznej niezależności >psychicznej. Z tą niską samooceną to być może przesadziłem (to moje zdanie na swój temat, nie poparte analizą psychologa itd.), a pisałem o niej pod kątem tej bojaźni o to, że po kilku wiekszych kłótniach żona się na mnie wypnie na amen. Samospełniająca się przepowiednia zadziałała - ktoś by powiedział:) A to, że coś sobie pomyślałem (poczułem w serduchu), ale nie powiedziałem o tym, nie jest IMHO kłamstwem. >Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że nawet jeżeli obiektywnie nie ponoszę >winy, to lepiej jest w każdym przypadku szukać jej u siebie, jeśli może >mi to pomóc w rozwiązaniu konfliktu. Albowiem cel, który jest dla mnie >ważny, będę miał przede wszystkim na uwadze. A gdy taki cel przestałby >być istotny, to za przeproszeniem gówno mnie to obchodzi, po czyjej >stronie leży wina. Przechodzę do nastepnego rozdziału dotyczącego >przyszłości. Nie jestem do cholery historykiem ;) A co z "twardym trzeba być, nie miętkim"? Ale generalnie zgadzam się z tym co napisałeś, oprócz szczegółu: "lepiej szukać winy u siebie, jeśli to może pomóc w rozwiązaniu konfliktu" (parafraza). Ma to zastosowanie praktyczne imho, ale nie zawsze (pisałem o tym w poprzednim poście). Wiesz do czego może to bardzo często prowadzić? Do prób zażegnania konfliktu, byle tylko zagasić ogień, odnajdując chociażby winę w sobie pt. "nie muszę obstawiać na swoim, liczy się NASZE dobro". Wybacz za uproszczony przykład, ale chyba wiesz o co mi chodzi? >Ale co to ma wspólnego z postawą, którą doradzam? Nie masz takiej >postawy, bo nie starałeś sie takiej mieć. Może jednak teraz jest właśnie >moment, żeby sposób myślenia zmienić i żebyś przekonał się, że zmiana ta >nie jest martyrologią tylko wyższą szkołą jazdy. Jazda nazywa się życie. >Twoje życie w relacji z innymi. Nie do końca. Często stosowałem własnie taką postawę, może zbliżoną, bo na zasadzie: "uspokój się [to do siebie], niech będzie tak jak ona chce, jak zwykle kłócić się chcesz o błahostki". Domyślam się, że spłyciłem Twój wykład na temat rzeczonej postawy. Być może to jest właśnie mój największy problem, że nie jestem konsekwentny, mało asertywny w kontakcie z płcią przeciwną, jeśli mi na jej przedstawicielce zależy. Późno już i czuję, że głupoty piszę...
Re: Czy obie strony zawsze są winne [z tematu: "Co to może być"]
Author: michał
Date: Mon, 13 Jul 2009 22:52
Date: Mon, 13 Jul 2009 22:52
359 lines
18708 bytes
18708 bytes
Użytkownik "paweł hoffmann" napisał w
wiadomości:
>> Istotne jest nie to, co ona chciałaby czy też
>> mogłaby Tobie przekazać na temat konfliktu, tylko to, jak ona to
>> sobie naprawdę przedstawia. Najbardziej zbliżona do jej prawdziwego
>> stanowiska byłaby wypowiedź do jakieś przyjaciółki czy przyjaciela,
>> słowem do jakiegoś powiernika. Ale to akurat możeny sobie darować,
>> nie będziesz się chyba poniżał i zabawiał w przebiegłego śledczego
>> czy szpiega. To by było chore. :)
> To nie ma już najmniejszego sensu, ale rozumiem co chciałeś przez to
> napisać.
> Ja nie potrzebuję usłyszeć jej opini na mój temat. Człowiek, który
> jest zdolny
> do kłamstw, do machnięcia ręką na związek, bo pod ręką ma już kogoś
> innego, taka
> osoba nie ma już dla mnie żadnego znaczenia, a jestem pewien, że
> powiernikowi
> swojej duszy na pewno nie powiedziała by: "och, jak mi przykro, że
> zostawiłam
> takiego fajnego faceta, ale był mało męski.. och".
> To nie ma pewnie żadnego znaczenia, ale różnica wieku między nami to
> dwa lata.
> Tzn. ja mam 28, a ona 30 obecnie. Ten facet, z którym jest po dziś
> dzień, ma
> lat 35.
To jest zdrowa reakcja. Co było i nie jest... itd
>> Wskazujesz kolejnego winnego, swoją teściową. Jeśli powiem, że to Ty
>> pozwoliłeś teściowej mieć wpływ na Twoją żonę, to pomyślisz, że
>> zwariowałem? :)
> Nie miałem zamiaru tutaj na forum pisać wszystkiego i spowiadać się ze
> wszystkich
> swoich mankamentów, ale jeśli już zahaczyliśmy o temat teściowej: nie
> wiem, jak
> dzisiaj, bo nie miałem okazji sprawdzić, ale generalnie byłem zawsze
> mało konsekwentną
> osobą, jesli chodzi o relacje damsko-męskie, a dokładniej w kwestii
> spraw rzutujących
> bezpośrednio na związek. Od początku, gdy poznałem żonę, bałem się, że
> ją stracę, jeśli
> np. widziałem, jak bardzo jest związana ze swoją matką i że mógłbym
> podpaść teściowej z
> powodu rywalizacji o dostęp do jej córki. Śmiesznie to brzmi,
> groteskowo, ale tak
> to wyglądało: teściowa gdy potrzebowała córki, miała ją wręcz na
> zawołanie. Gdy
> po czasie mówiłem żonie, że nie podoba mi się, iż teściowa rozwala
> nasz harmonogram czasu
> wolnego, żona oznajmiała mi, że nie muszę z nią tam jeździć i że musi
> pomagać schorowanej
> matce i nie zrezygnuje nigdy ze swojej rodziny (nie miała tutaj na
> myśli NAS).
> Oczywiście jeździłem z żoną, jak potulny piesek... po roku dopiero
> rezygnowałem z
> niektórych takich wypadów, co zresztą mogłem uzasadnić "pracą po
> godzinach", by zarobić
> na nasze zachcianki.
> Tak więc brak konsekwencji, zazdrość a z czasem frustracja i stawianie
> się żonie
> w mało męski sposób, bo wyłącznie przy pomocy rozmowy a w zasadzie
> monologu, a w takich
> momentach żona miała nade mną tę przewagę, że odwracała się na pięcie
> i jechała do
> matki (chyba?), a ja po pięciu minutach miękłem i nawet potrafiłem do
> niej zadzwonić,
> że przepraszam, że się uniosłem, że w sumie to ma racje, a mi tylko
> zależy na nas i
> prosiłem żeby wróciła, bo chętnie pojechałbym z nią. "Uniosłem" może
> przesadzone,
> bo podniesiony ton głosu pamiętam u siebie w końcowej fazie tego
> związku, gdy
> już powoli wychodziło na jaw, że coś jest nie tak, że żona z kimś się
> spotyka.
> Wcześniej usilnie prosiłem o rozmowę, chociaż faktycznie ton głosu
> mógłbyć
> bardziej "przyjacielski", a nie ofensywny (spokojnie, amplituda była w
> sam raz).
Zawsze są dwa wyjścia pod tym względem, kiedy "zabiera się" się ukochane
dziecko rodzicom. Albo stawiasz czoła wiecznemu konfliktowi z rodzicami
współmałżonka/ki, albo próbujesz ich pokochać (w domyśle w pełni
szanować).
Ja swoją teściową pokochałem, bo na przekór obyczajom chciałem być
dobrym zięciem. Obojętne
czy wtrącała się w nasze małżeństwo czy nie - mówiłem jej, że szanuję ją
za to, że się nie wtrąca. W ten sposób teściowa wtrącała się coraz
mniej. Teraz mówi wszystkim, że jestem jej najlepszym zięciem. A jest
nas dwóch plus jej synowa. Jest już w poważnym wieku i samotna. Sam
bardzo chętnie ją odwiedzam, rozmawiam i jak umiem, staram się jej pomóc
w bieżących sprawach. Naprawdę ją lubię. :)
Na pewno "sposób" na teściową zależy od wielu parametrów indywidualnego
przypadku, ale nie jest tak, że jest się bez wpływu. Konflikt z teściową
zawsze szkodzi związkowi. Stawia się współmałżonka w trudnej sytacji
rozdarcia uczuć.
A odnośnie Twoich rozmów z żoną.
Wydaje mi się, iż chcesz mnie przekonać, że charakter tych rozmów, ton
Twojego głosu, czy monolgi zamiast dyskusji były jak najbardziej w
normie i jeśli w ich przebiegu było coś nie tak, to usprawiedliwiasz to
zachowaniem żony lub teściowej.
Nie przekona mnie żaden opisany Twój przykład, bo znowu nie o to chodzi.
Jeżeli rozmowy z żoną są szczere, a wg Ciebie takie były, to cokolwiek
jej przekazujesz werbalnie i gestem, jest odzwierciedleniem Twojej
postawy do omawianej kwestii. Przekazując treści przekazujesz także
swoje emocje i osądy. W tym celu używasz świadomie i nieświadomie
wszystkich narzędzi, jakimi dysponujesz. Od sposobu dobierania słów,
poprzez natężenie głosu, akcentowanie ich części, składność wypowiedzi,
mowę ciała, długości perrorwania aż do wsłuchiwania się w bezpośrednie
odpowiedzi i automatyczne reakcje na nie.
Na to nałożyć trzeba jej nastrój przy odbiorze tego, co chcesz jej
przekazać. Nastrój który u niej w dużym stopniu determinuje znaczenie i
sens
Twojego stanowiska w sprawie.
Pamiętać trzeba, że jesteśmy jako ludzie istotami emocjonalnymi i nie
jesteśmy w stanie ocenić własnych zachowań obiektywnie. Twoja świadomość
i jej świadomośc wokół tej samej sprawy, to dwa różne zestawy. Im
głębszy konflikt - tym wieksza różnica. Nie da się tego w prosty sposób
okiełznać, bo wszystko to jest zmienne w czasie.
Sposób rozmawiania jest więc sprawą wtórną, jest odzwierciedleniem
Twojej postawy. Jeśli postawa Twoja jest niewłaściwa, rozmowa to
odwzoruje.
Jeśli jest inaczej, to rozmowa nie jest szczera. A wtedy to wiesz:
udawanie czegoś (np innych emocji, niż rzeczywitych w danym momencie),
kłamstwo zamierzone albo niezamierzone, niedopowiedzenia itd.
Dlatego podoba mi się podejście do życia, jakie reprezentuje Covey.
Proponuje on fundamentalne zasady, które wdrożone jako nawyki, zawsze
torują optymalną
drogę w każdej sytuacji. Ale większość ludzi ulega złudzeniu, że spontan
i elastyczność zachowań w pojawiających się sytuacjach życiowych (takie
punktowe widzimisię) uczy i przygotowuje na spotkanie każdych warunków i
każdych problemów. Moim zdaniem nie są to szczęśliwe rozwiązania.
>> Możesz popaść we frustację czy furię w stanie wzburzenia - to jak
>> najbardziej ludzkie. Znajdź jednak czas na refleksję i zajrzenie w
>> siebie zaraz potem, nie po to, żeby się katować, tylko żeby znaleźć w
>> sobie (no przyajmniej próbować) rozwiązanie korzystne dla trwałości w
>> związku.
>> Jeżeli jedyną Twoją nadzieją będzie zmienić postawę partnerki, to
>> stoisz na pozycji przegranej z punktu widzenia ratowania relacji. W
>> sobie tylko możesz znaleźć rozwiązanie. Oczywiście że nie zawsze to
>> się udaje. Ale nie próbując nie dajesz rozwiązaniu szansy.
> Zgadzam się. Na pewno dałbym sobie radę, gdyby żonie zależało tak, jak
> mi
> na niej (tak mi się przynajmniej wydaje). Przysięgłem sobie niedawno,
> że
> nie będę się zbyt szybko pakował w nowy związek, tymbardziej jeśli nie
> będę mieć pewności, że JEJ zależy na mnie.
Nikt takiej pewności mieć nie może. Możesz być o tym przekonany i nie
mieć racji, a jeżeli będziesz miał rację, to i tak w czasie moze się to
zmienić. Ja zalecam wysiłek na rzecz zwiąkszenia własnej atrakcyjności w
znaczeniu bardzo ogólnym i ludzkim. Być najlepszym sobą, na jakiego Cię
stać. To IMO najlepsza recepta.
> Na pewno mam wine w tym, że
> zbyt
> szybko chciałem, aby ona została moją żoną - pewnie zbyt szybko.
> Jestem
> prawie pewien, że w tym jest wyłącznie moja wina i z tej perspektywy
> jestem
> winien rozwodu, który mógł nie mieć miejsca, gdybyśmy się nie pobrali.
> Bałem się w ten sposób myśleć, ale to jednak prawda.
To brzmi zbyt formalnie. Myślę, że to nie papierek zmienia relacje
między partnerami, tylko wewnętrzne przekonanie o rozpoczęciu nowego
odpowiedzialnego etapu. Jaka to różnica właściwie, czy rozpadło się
małżeństwo czy konkubinat. Boli tak samo i kończy jakiś kolejny etap.
>> Co do kłamstw. Jeśli Twoja żona zdradziła Cię fizycznie i sumienie
>> nie daje jej spokoju, to myślisz, że to taka prosta rzecz jest
>> przyjśc do Ciebie i powiedzieć Ci o tym? Chyba żartujesz! Nie
>> wyobrażam sobie, żeby to mogło być takie łatwe.
> Nie mam na myśli zdrady fizycznej, bo nie mam na to dowodów, ani nie
> oglądałem
> filmu z ich igraszek;) Nie odważę się na forum pisać o szczegółach,
> ale uwierz
> mi, że posiadając pewne fakty i informując ją o niektórych z nich,
> zaczęła
> się podpierać kłamstwem. Nigdy nie pokazałem jej dowodów - liczyłem na
> to, że
> sama się przyzna.
Nigdy jej o tym nie mów! Ale też nie mów o tym wspólnym znajomym!
Szkoda, że w ogóle nie powstrzymałeś się od sięgania do tej - prawdy.
Według mojego sposobu myślenia, który nabyłem, trzeba pozwolić ludziom
kłamać. Każde kłamstwo ma swój powód i należy do spraw intymnych osoby,
która do tego się posuwa.
Taka drobna uwaga: To nie jej kłamstwa były główną i bezpośrednią
przyczyną rozkładu. Kłamstwa były konsekwencją czegoś, co stało się
wcześniej.
Nie raz zdarzyło się, że odkryłem czyjeś kłamstwo lub nieszczerość i
nigdy tą wiedzą się nie pochwaliłem.
Nie jestem przecież święty i też kłamię. Czasem nawet bez potrzeby, ale
to okazuje się dopiero później. :)
>> Więcej empatii i zrozumienia może Tobie przydałoby się. Ale czyżby
>> empatia była dla Ciebie katorgą? Umartwianiem się?
> Możesz odnieść takie wrażenie, ale nie do końca jest tak jak piszesz.
> Odpowiem krótko: nie. Tak mi się przynajmniej wydaje:D
>> Komentuję, a jakże. Ale nie mówiłbym, że wstydzę się, iż jest moją
>> kuzynką. To godne pruderyjnej członkini armii moherowych beretów. ;)
> ok, poniosło mnie, przesadziłem. Ludzką rzeczą jest błądzić, ale nie
> toleruję
> zdrady i potępiam takie zachowania, czy to byłaby moja kuzynka, czy
> brat chwalący
> się podbojami miłosnymi za plecami swojej żony.
> Może okazja czyni złodzieja, może niebawem zdradzę własne ideały - ale
> dzisiaj
> uważam tak, jak napisałem.
Mógłbyś być ostrożniejszy w potępianiu. Weź pod uwagę, że w moim
małżeństwie przez wiele lat to ja byłem tym złym. To ja zdradzałem żonę
i to mnie wybaczano grzechy, a doceniłem to nie tak od razu. :)
>> Nie spodoba Ci się pewnie to, co teraz napiszę, ale to, że "nie
>> jesteś ideałem" i "masz niską samoocenę", to na pewno nie jest wina
>> Twojej byłej żony...
>> Chciałbyś, żeby partnerka dostosowywała się do Twojego niezmiennego
>> wizerunku?
> Nie. Nie pisałem też, że to jej wina. Zresztą, co chcesz dowieść, że
> jestem
> winny rozpadowi swojego małżeństwa, bo mam wady? Mankamenty wcześniej
> nabyte,
> a nie świadome metody postępowania prowadzące bezpośrednio do
> destrukcji
> związku? Uwierz mi, że nie napisałem tutaj za dużo na temat wad mojej
> byłej
> żony, nie odniosłem się konkretnie do jej psychiki, jej trudnego
> dzieciństwa,
> o którym mi sama opowiadała (jest DDA).
Nie wierz ślepo Freudowi, że jak ktoś ma trudne dzieciństwo, to musi być
trudnym partnerem. To po pierwsze. Po drugie, jeśli wiesz o jej
psychicznych urazach z dzieciństwa, to powinieneś jako mąż stosować
daleko idącą tolerancję. Być może nawet tę tolerancję miałeś, ale faktem
jest, że nie poradziłeś sobie z utrzymaniem jej przy sobie.
Wady masz pewnie, jak każdy, lecz nie są one stałymi elementami Twojej
tożsamości. Wady, które rażą partnera trzeba starać się eliminować. Ja
nie wiem, którą swoją wadą zapoczątkowałeś proces rozpadu, jeżeli w
ogóle taką masz. Ja tylko zalecam poszukanie jej wśród wszystkich
innych, jakie Cię cechują.
> Najważniejsze są te fakty, które podalem. Będziesz mi zarzucać
> wybiórczość, ale
> nie licz na to, że spiszę tutaj historię mojego zwiazku od A do Z.
Naprawdę tego nie chcę i niewiele Twój subiektywizm wniósłby do
dyskusji.
>> Może właśnie trzeba było spytać, kto tu rządzi: my czy mama?
> O rany:) Wiesz, że miałem na to ochotę, ale to skończyłoby się
> nazwaniem mnie
> despotą, podkreśleniem, że nawet o matkę potrafię być zazdrosny.
> Pamiętam, że
> kiedyś, gdy jechalismy do teściowej, nie miałem z tego powodu
> najlepszego
> humoru i powiedziałem żonie, że niech mi wybaczy, ale nie będę robić
> dobrej
> miny do złej gry. Obraziła się mówiąc, że nie chce tego słuchać, a mi
> tylko
> zależało, żebyśmy znowu się nie pokłócili o jej matkę <lol>
> To tak nawiasem mówiąc, że niezła ze mnie męska cipa nieprzystosowana
> do
> stworzenia dojrzałej relacji.
Trafna samokrytyka do połowa sukcesu. No cóż, to życie nas szlifuje i
dramatyczne w nim zwroty. Kiedy człowiek ma za mało doświadczeń, często
wylewa dziecko z kąpielą. :)
>> Jak to jest? Człowiek z niska samooceną daleki od ideału - NIGDY
>> żonie nie kłamie?
>> Myślałem, że spójność wewnętrzną (co w sercu to i na języku)
>> wypracowuje się po wytężonej pracy nad sobą i osiągnięciu znacznej
>> niezależności psychicznej.
> Z tą niską samooceną to być może przesadziłem (to moje zdanie na swój
> temat,
> nie poparte analizą psychologa itd.), a pisałem o niej pod kątem tej
> bojaźni o
> to, że po kilku wiekszych kłótniach żona się na mnie wypnie na amen.
> Samospełniająca się przepowiednia zadziałała - ktoś by powiedział:)
> A to, że coś sobie pomyślałem (poczułem w serduchu), ale nie
> powiedziałem o tym,
> nie jest IMHO kłamstwem.
Dla własnych przemilczeń nie, ale dla kogoś może być. Jest to w końcu
rodzaj nieszczerości.
>> Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że nawet jeżeli obiektywnie nie
>> ponoszę winy, to lepiej jest w każdym przypadku szukać jej u siebie,
>> jeśli może mi to pomóc w rozwiązaniu konfliktu. Albowiem cel, który
>> jest dla mnie ważny, będę miał przede wszystkim na uwadze. A gdy
>> taki cel przestałby być istotny, to za przeproszeniem gówno mnie to
>> obchodzi, po czyjej stronie leży wina. Przechodzę do nastepnego
>> rozdziału dotyczącego przyszłości. Nie jestem do cholery historykiem
>> ;)
>
> A co z "twardym trzeba być, nie miętkim"?
> Ale generalnie zgadzam się z tym co napisałeś, oprócz szczegółu:
> "lepiej
> szukać winy u siebie, jeśli to może pomóc w rozwiązaniu
> konfliktu" (parafraza).
> Ma to zastosowanie praktyczne imho, ale nie zawsze (pisałem o tym w
> poprzednim poście).
> Wiesz do czego może to bardzo często prowadzić? Do prób zażegnania
> konfliktu,
> byle tylko zagasić ogień, odnajdując chociażby winę w sobie pt. "nie
> muszę
> obstawiać na swoim, liczy się NASZE dobro". Wybacz za uproszczony
> przykład,
> ale chyba wiesz o co mi chodzi?
Ale o tym już mówiliśmy. Jeżeli wiesz, co jest dla Ciebie ważniejsze:
relacja z partnerem (utrzymanie związku w kondycji do sensownego
przetrwania) czy moje indywidualne szczęście ("W końcu nie mogę
ograniczać siebie z powodu nieudanego związku!" "Ja też mam prawo do
szczęścia!") - to sprawa jest bezsporna.
Każda z tych dwu opcji jest moralnie w porządku, uważam. Ale pytanie
zadaj sobie takie: Czy żal mi związku, którego już nie ma, czy żal mi
siebie, bo czuję sie osobą zawiedzioną, skrzywdzoną? To pomoże Ci
ustalić, co właściwie straciłeś.
Jeżeli to drugie, to nic nie straciłeś. Zyskałeś doświadczenie. Cenne.
>> Ale co to ma wspólnego z postawą, którą doradzam? Nie masz takiej
>> postawy, bo nie starałeś sie takiej mieć. Może jednak teraz jest
>> właśnie moment, żeby sposób myślenia zmienić i żebyś przekonał się,
>> że zmiana ta nie jest martyrologią tylko wyższą szkołą jazdy. Jazda
>> nazywa się życie. Twoje życie w relacji z innymi.
> Nie do końca. Często stosowałem własnie taką postawę, może zbliżoną,
> bo na
> zasadzie: "uspokój się [to do siebie], niech będzie tak jak ona chce,
> jak
> zwykle kłócić się chcesz o błahostki". Domyślam się, że spłyciłem Twój
> wykład na temat rzeczonej postawy. Być może to jest właśnie mój
> największy
> problem, że nie jestem konsekwentny, mało asertywny w kontakcie z
> płcią
> przeciwną, jeśli mi na jej przedstawicielce zależy.
> Późno już i czuję, że głupoty piszę...
Dobrze się z Toba rozmawia. :)
--
pozdrawiam
michał
Nie poddawaj się Chłopaku :)
Author: Magda
Date: Thu, 16 Jul 2009 23:34
Date: Thu, 16 Jul 2009 23:34
197 lines
9389 bytes
9389 bytes
Użytkownik "paweł hoffmann" <kamolsky.pl@gmail.com> napisał w wiadomości news:ee338495-cce1-496d-b8b0-f0f49e1da286@l35g2000pra.googlegroups.com... Pozwoliłem sobie założyć nowy temat, a problem dotyczy odpowiedzi na pytanie: "czy zawsze obie strony są winne rozpadowi małżeństwa", bo takie powiedzenie utarło się w naszym społeczeństwie, przynajmniej tak się mówi politycznie poprawnie, a za plecami zainteresowanych i tak obrabia się im dupę na cztery strony świata, oceniając ich przy okazji i wartościowując na zasadzie: "ona ok dziewucha, a ten to zawsze draniem był". @michał: >Pytanie (do) żony, "czy coś źle robię", nie jest równoznaczne z rzetelną >autoweryfikacją. W rozmowie z żoną ważny jest kontekst i intencja >zadawanych pytań. Nietrudno przecież sobie wyobrazić sytuację, kiedy w >słowach: "No co? No co ja ci zrobiłem!?" - kryje się informacja, ze >czuję się niewinny. :) Musimy założyć, że albo wierzysz mi na słowo, albo nie. W innym wypadku nie ma sensu prosić tutaj o jakąkolwiek poradę, bo musiałbym do rozmowy zaprosić żonę. Zresztą, kiedyś proponowałem jej terapię małżeńską, argumentując to tym, że będzie mógł doradzić nam ktoś "z boku", nie związany emocjonalnie z żadnym z nas. Nie pisałem tego chyba prędzej, ale żona od samego początku była pod znacznym wpływem swojej matki. Widać to było chociazby po codziennych kilkunastominutowych rozmowach przez telefon, sprawozdaniach pt. "jak spędziłam dzień". Od początku wydawało mi się to dziwne, że dorosła osoba, która ma swoją rodzinę, co tydzień musi jechać do mamy na całe dwa dni (ja rozumiem, odwiedzić na kilka godzin). Tak więc reasumując: zadając żonie pytanie "czy coś nie tak?" nie było w tym żadnej ironii. To prawda, że z czasem, po serii takich pytań i wymijających odpowiedziach pojawia się u pytającego nuta frustracji, a gdy dodać do tego nowe informacje, które dopóki "oczy nie widzą, sercu nie żal" i pomnożyć przez kłamstwa żony, perfidne, podłe kłamstwa, to ja po prostu zacząłem mieć problemy z sobą samym. Pozwól, że nie będę cytować dalszej części Twojego posta, bo główny problem jaki omawialismy to moje uparte stanie na stanowisku, że powiedzenie "zawsze dwie strony są winne" jest na wyrost. Jeśli chodzi o Coveya i podejście typu: "naprawiać świat zaczynam od siebie samego" to przekonałeś mnie. Nie znaczy to, że nie byłem zwolennikiem takiego podejścia, tylko uważam, że nie zawsze da się to zastosować. Analogię, jaką mogę w tym momencie wskazać, to standardowy "katol" (używam z premedytacją tego pejoratywnego tworu), który jest nauczyony, że każde cierpienie to dar od Boga i trzeba je przyjmować z dumą, nie poddawać się, cokolwiek by się miało stać. Wszystko w ten sposób sobie tłumaczy. Taki fanatyk nie pomyśli, że Bóg dał też mu wolną wolę i że jest w stanie w dużym stopniu decydować o swoim życiu. A nie, że trafia się kobiecie np. mąż pijaczyna, a ona latami przy nim trwa aż do zasranej śmierci, co noc odmawiając różaniec i dziękując Bogu, że ma gdzie mieszkać i że dzielnie będzie znosić wszelkie upokorzenia, bo jest to dla niej wyróżnienie, w postaci misji na podobieństwo drogi krzyżowej. Piszesz, że nieetyczne z Twojego punktu widzenia jest to, że oceniam kuzynkę, nie mając pełnego obrazu ich sytuacji. To jest awykonalne być w posiadaniu takiej wiedzy. Nawet, mając kontakt z tymi dwiema osobami i do tego nikt z nas nie musi nikogo przekonywać. Po prostu przedstawiłem tutaj przykład, mając wstępne założenia typu: ona się puściła, ale po miesiącu się rozmyśliła. Jeśli na tym etapie nie mógłbym ocenić jej jako bezczelnej pindy, to byłaby to jakaś paranoja. Co dzień takich ocen mamy "okazję" przeprowadzić dziesiątki: chyba, że faktycznie jesteś "z innej planety" i nigdy czegoś takiego nie komentujesz. Swoją drogą ciekawie piszesz i teraz rozumiem, że kryje się za tym konkretny bagaż doświadczeń. Zmyliło mnie imię "Michał", które kojarzy mi się z nastolatkiem, a nie facetem pięć... dziesięć... o-letnim ;) Wracając do problemu, który spędza mi sen z powiem: czy obie strony są zawsze winne w przypadku rozwodu? Tak jak pisałem na początku, mam nadzieję, że moment, kiedy to wszystko piszę jest odpowiedni dla mojego stanu umysłu i nie ześwirowałem najnormalniej (ciekawe zestawienie swoją drogą hehe). Kolejna nadzieja to fakt, że przekazuję te informacje nie dokonując żadnych przekłamań, bo zależy mi na informacji zwrotnej w najczystszej postaci. Pewnie, że to co piszę to subiektywizm, ale staram się pisać obiektywnie. Pisałem już, że nie jestem ideałem: inaczej - nie jestem wymarzonym facetem dla kobiety, bo do końca nie nauczyłem się jeszcze żyć sam ze sobą. Mam (chociaż jest już lepiej) niską samoocenę i potrzebuję przy sobie osoby, która nie będzie mi dawać powodów do obaw o to, że jest nielojalna wobec mnie. U nas w małżeństwie były tygodnie bajeczne (wypowiedzi i odczucia mojej żony). To prawda, że często dusiłem w sobie coś, co miałem na końcu języka (ot te rozmowy telefoniczne żony z matką i cotygodniowe wyjazdy, nagłe zmiany planów [nasze], bo teściowa potrzebuje córcię na weekend!), ale nie dawałem po sobie tego poznać. Dopiero, gdy żona nadwyrężyła moje zaufanie (nie będę podawać konkretów w tym momencie), zaczynały się z mojej strony pretensje, o co tutaj chodzi, dlaczego mnie okłamała itp. Po takich spięciach przeważnie na drugi dzień było ok, chociaż przeprosin się nie doczekałem nigdy. Być może, od samego początku zona nie była do końca pewna, czy ja, jako jej facet, to dobry wybór. Na pewno mogę powiedzieć, że NIGDY nie okłamałem żony. Jej kłamstwa dzisiaj są już pewne, stały się faktem i do większości z nich do dnia dzisiejszego żona w żaden sposób się nie odniosła. Chciałem rozmawiać, prosiłem o terapię, planowałem czas wolny, aby się nie nudziła, abyśmy mieli kiedyś co wspominać. Nigdy jej nie zdradziłem, nawet psychicznie, mentalnie. Zresztą, gdy jakaś kobita ot w pracy dawała mi wyraźne sygnały, że chciałaby poflirtować, stawałem się nagle oschły, tak jak dziecko z rodziny dysfunkcyjnej, któremu proponuje się pomoc, a ono ją mechanicznie odrzuca. Czy uważasz nadal, że taką sytuację również można ocenić jako "on też ma winę, bo zawsze obie strony są winne"? Jeśli tak, to w tym momencie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko EOT w tym temacie. Dziwi mnie, że można tak generalizować w tym temacie, bo nawet odchodząc od mojego przykładu, mnóstwo osób cierpi z tego powodu, że po prostu ktoś od nich odszedł, zostawił, zniszczył ich wspólny związek, który można było ratować. Fakt, trzeba wstać z podniesioną głową i iść do przodu, bo czas ucieka, zegar biologiczny tyka i nim się obejrzymy, będzie już po nas. Wyciągać wnioski trzeba jak najbardziej, ale szacunek do samego siebie nie może stać w sprzeczności z nierealną oceną krzywd nam wyrządzonych przez innych. Paweł. Pawle, Nie zastanawiaj się już nad tym, czyja to wina i kto bardziej jest winny. To już nie ma sensu - nie masz już wpływu na to, co się stało. Przeszłości nie zmenisz - nie warto płakać nad rozlanym mlekiem. Wiem, że Cię serducho boli - to zrozumiałe. Nie rozdrapuj ran, nie dręcz się, nie wspominaj, bo to Cię tylko wyniszcza. Zapomnieć - nie da rady, ale staraj się skupic uwagę na czymś nowym, miłym. Wyciągnij wnioski, zachowaj je dla siebie, by popełniać w przyszłości błędów i zacznij żyć od nowa - nie dla kogoś, ale dla samego siebie. Z czasem będzie lepiej. Może to potrwa rok, a może 3 lata - tego nie wiem. Ale chłopaku, sam siebie nie dręcz. Głowa do góry - teraz może być już tylko lepiej. Uwierz w swoje siły. POWODZENIA!!! Pozdrawiam serdecznie Magda
Re: Nie poddawaj się Chłopaku :)
Author: paweł hoffmann
Date: Fri, 17 Jul 2009 22:26
Date: Fri, 17 Jul 2009 22:26
156 lines
7857 bytes
7857 bytes
Odzywam się dopiero teraz (to głównie do Michała), ponieważ w końcu zrobiło się tak, jak przystało na polskie lato i wybyłem tam, gdzie net nie sięga ;) @michal: >Jeżeli rozmowy z żoną są szczere, a wg Ciebie takie były, to cokolwiek >jej przekazujesz werbalnie i gestem, jest odzwierciedleniem Twojej >postawy do omawianej kwestii. Przekazując treści przekazujesz także >swoje emocje i osądy. Ja już pisałem, ze nie byłem nigdy bez winy: w sensie, że jestem tylko człowiekiem. Nie usprawiedliwiam w tym momencie jakichś swoich niecnych czynów, tylko wyraźnie zaznaczam, że i ja miewałem nieraz fochy, albo przenosiłem nerwową sytuację z pracy do domu (baaardzo rzadko, ale jednak), albo byłem przesadnie zazdrosny. Nie mam zaprogramowanego serca i układu emocji wg książkowych schematów. Czemu o tym piszę? Bo mam wrażenie, że chcesz mi dać do zrozumienia, że cokolwiek tutaj nie napiszę, nie ma to znaczenia, bo... bo jestem tylko człowiekiem i zawsze, każda sytuacja ma gdzieś swoją przyczynę i nie powinienem się dziwić, że każdy kij ma dwa końce (zastosowanie przysłowia do każdej sytuacji). Będe się upierać, że rzadko coś jest białe albo czarne, albo jedakowo: czarno-białe. Popatrz sam na swoje życie i odpowiedz sobie, czy każda sytuacja pomiędzy Tobą a np żoną, kolegą z pracy itd. to sytuacja, w której nie ma czegoś takiego jak "racja po mojej stronie", tylko liczy się wspólnie wypracowany konsensus. Nie można każdego zdarzenia sprowadzać do takiego myślenia. >Sposób rozmawiania jest więc sprawą wtórną, jest odzwierciedleniem >Twojej postawy. Jeśli postawa Twoja jest niewłaściwa, rozmowa to >odwzoruje. ok, już nie będę poruszać kwestii stylu rozmów pomiędzy mną, a byłą żoną. Napisałem o tym tylko dlatego, aby ktoś za chwilę nie zarzucił mi czegoś, czego nie zrobiłem, na zasadzie: "odeszła od Ciebie, bo byłeś nie do zniesienia. Gdybyś był ok, nie odeszłaby - to chyba proste?". No własnie, to nie jest takie proste. Wczoraj dowiedziałem się np. że jeden z moich znajomych wiedział (jeszcze zanim się nie rozstałem z żoną), że ma ona romans!!!! Wczoraj kumpel powiedział mi, że nie miał 100% pewności, ale dochodziły do niego takie słuchy, a nie chciał mi niczego sugerować, bo nie chciał mieszać nam w małżeństwie. Tak czy inaczej patrząc na to z perspektywy czasu oceniam, że byłem w fatalnym położeniu i mało mogłem zrobić. Tak jak to napisałeś: było już po ptakach. Ja wiem, że aby mnie uspokoić, aby wytłumaczyć to co zaszło z psychologicznego punktu widzenia ktoś zaraz napisze, że powinienem spojrzeć na to, co było PRZED. Czyli na co, na pierwszy rok małżeństwa, w którym zrobiłem coś nie tak, bo inaczej ona by nie oddała się innemu? Takie oceny wg mnie to pieprzenie politycznie-poprawne i najczęściej mówią tak wszelkie "autorytety", które (bo tak modnie) nie zajmują żadnego stanowiska poza ferowaniem wyroków _sprawiedliwych_, czyli nikt nie jest zły, oboje macie wine, bo to, bo tamto, bo spójrz na siebie itd. >Czy żal mi związku, którego już nie ma, czy żal mi >siebie, bo czuję sie osobą zawiedzioną, skrzywdzoną? To pomoże Ci >ustalić, co właściwie straciłeś. >Jeżeli to drugie, to nic nie straciłeś. Zyskałeś doświadczenie. Cenne. Eureka! To właśnie próbujesz mi usilnie wytłumaczyć, a ja z uporem maniaka nie potrafię tego pojąć :) To nie jest ironia, tylko uśmiecham się do siebie, bo pisałem już o czymś podobnym wcześniej. Coś na zasadzie "traktuj każdą porażkę jako sukces, doświadczenie". Wcześniej powoływałem się na przykład mocno wierzącej kobiety, nad którą znęca się mąż, a ona dziękuje Bogu w modlitwie za możliwość uczestniczenia w swojej własnej drodze krzyżowej;) Przejaskrawione, ale coś w tym jest. Ale skończę już to moje mędrkowanie i przynam Ci rację, że to co proponujesz to najrozsądniejsze, co może człowieka spotkać. Umiejętność spojrzenia na krzywdy wyrządzone przez innych jako na pierwiastek dodany do naszego bagażu doświadczeń. Nie wiem tylko, czy z każdą taka sytuacją poradzę sobie w przyszłości, czy nie będzie to destrykcyjne dla własnej samooceny. Bo - jeśli tak jest faktycznie - to chcę poczuć się osobą skrzywdzoną, chcę aby moja partnerka potrafiła mnie przeprosić, a nie na wszystko machać ręką, jeśli na horyzoncie jest szansa na ratowanie związku. Ratowanie z czego, z uniknięcia odpowiedzialności za zło, które faktycznie ktoś nam wyrządza? Patrzeć w jednym kierunku można, jeśli tak do tego podchodzą dwie osoby. Jeśli którejś nie zależy (i nie jest to chwilowy kaprys), to postawa którą proponujesz zakrawa mi o samobiczowanie. Zresztą, ja tak sobie gadam jak baba, żeby się wygadać, a niekoniecznie aby dostać rozwiązanie "na tacy" ;-)) Ale też mi się z Tobą dobrze dysutuje. Szkoda tylko, że tak mało osób tutaj pisze. @magda: >Pawle, >Nie zastanawiaj się już nad tym, czyja to wina i kto bardziej jest winny. To >już nie ma sensu - nie masz już wpływu na to, co się stało. Przeszłości nie >zmenisz - nie warto płakać nad rozlanym mlekiem. >Wiem, że Cię serducho boli - to zrozumiałe. ta rozmowa ma bardziej charakter filozoficzny, niż praktyczne szukanie pomocy na grupie. >Wyciągnij wnioski, zachowaj je dla siebie, by popełniać w przyszłości błędów >i zacznij żyć od nowa - nie dla kogoś, ale dla samego siebie. >Z czasem będzie lepiej. Może to potrwa rok, a może 3 lata - tego nie wiem. >Ale chłopaku, sam siebie nie dręcz. >Głowa do góry - teraz może być już tylko lepiej. tak, tylko wiesz co jest najgorsze? Ta skaza bycia 'rozwodnikiem'. Ludzie nie wnikają właśnie, czy masz wine czy nie: po prostu jesteś rozwodnikiem, a to określenie samo w sobie jest postrzegane pejoratywnie. Boli mnie to, że osoby które mnie znają, "umywają ręce" od dojścia do prawdy, do przejrzenia na oczy. Znają już w miarę obiektywnie sytuację, widzą moją byłą zonę z nowym kolesiem, którego znała dużo wcześniej, jeszcze zanim się rozeszliśmy. Wkurza mnie, że zależy mi na opinii innych, a nie powinno to mieć dla mnie większego znaczenia.
Re: Nie poddawaj się Chłopaku :)
Author: paweł hoffmann
Date: Fri, 17 Jul 2009 22:46
Date: Fri, 17 Jul 2009 22:46
27 lines
2516 bytes
2516 bytes
Jeszcze zapomniałem o czymś napisać: ciężko mi utrzymywać "normalne" stosunki z byłą żoną na zasadzie kumplostwa itd. chociaż tak mi doradza dużo osób, że nie powinienem traktować jej jak nieznajomej - w końcu łączyło coś nas. Ciężko dlatego, że ona nigdy mnie nie przeprosiła, nie przyznała się chociażby do zdrady, do planowanego odejścia i rozpieprzenia związku. Musiałbym w tym momencie spojrzeć na to co się stało jak na doświadczenie, które czegoś mnie nauczyło. Tylko czego? :))) Że nie powininem już ufać kobietom i nie podejmować zbyt pochopnie decyzji o wspólnym zamieszkaniu? Jedyne, co wydaje mi się sensowne w aspekcie wniosków wysnutych po dyskusji tutaj na grupie, to optymistyczne spojrzenie w przyszłość i stwierdzenie, że tamta kobieta po prostu nie była mi pisana. Mam teraz okazję "podreperować" w sobie to, co JESTEM W STANIE zmienić lub NAD CZYM JESTEM W STANIE popracować i być może uda mi się trafić na kobietę, która będzie patrzeć w tym samym kierunku co ja. A jeśli nie - takie życie. O, jakie to proste. :)
Re: Nie poddawaj się Chłopaku :)
Author: Magda
Date: Fri, 17 Jul 2009 23:29
Date: Fri, 17 Jul 2009 23:29
41 lines
3095 bytes
3095 bytes
Użytkownik "paweł hoffmann" <kamolsky.pl@gmail.com> napisał w wiadomości news:1abbab83-660e-49b9-b8a0-b5a251f78985@t11g2000prh.googlegroups.com... Jeszcze zapomniałem o czymś napisać: ciężko mi utrzymywać "normalne" stosunki z byłą żoną na zasadzie kumplostwa itd. chociaż tak mi doradza dużo osób, że nie powinienem traktować jej jak nieznajomej - w końcu łączyło coś nas. Ciężko dlatego, że ona nigdy mnie nie przeprosiła, nie przyznała się chociażby do zdrady, do planowanego odejścia i rozpieprzenia związku. Musiałbym w tym momencie spojrzeć na to co się stało jak na doświadczenie, które czegoś mnie nauczyło. Tylko czego? :))) Że nie powininem już ufać kobietom i nie podejmować zbyt pochopnie decyzji o wspólnym zamieszkaniu? Jedyne, co wydaje mi się sensowne w aspekcie wniosków wysnutych po dyskusji tutaj na grupie, to optymistyczne spojrzenie w przyszłość i stwierdzenie, że tamta kobieta po prostu nie była mi pisana. Mam teraz okazję "podreperować" w sobie to, co JESTEM W STANIE zmienić lub NAD CZYM JESTEM W STANIE popracować i być może uda mi się trafić na kobietę, która będzie patrzeć w tym samym kierunku co ja. A jeśli nie - takie życie. O, jakie to proste. :) Pawle, teraz daj sobie spokój z kobietami i sam z sobą dojdź do ładu - tzn. odnaleź wsobie spokój. Prawdziwa miłość sama zapuka do Twoich drzwi, a wtedy nie pozwolisz jej odejść, czego Ci z całego serca życzę. A opinia ludzi...... miej ją w pupie - i tak nikt z nich Ci nie pomoże. A niech gadają - jeszcze tyle trawy nie narosło, żeby wszystkim gęby pozatykać. Masz prawo żyć. Żyj i daj żyć innym. Kochaj i bądź kochany.
Thread Navigation
This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.
Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.
Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.
Back to All Threads