🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

5 total messages Started by Tomasz Piotrowski Mon, 09 Oct 2000 22:36
Lunatycy
#209
Author: Tomasz Piotrowski
Date: Mon, 09 Oct 2000 22:36
18 lines
2242 bytes
I jak tu napisać krótki post po spędzeniu ośmiu godzin w teatrze? A dlaczego
krótki? Bo sam długich czytać nie lubię ;-) więc po co mam innych zamęczać.
Nie będę więc pisał o spektaklu, ale o ewolucji moich wrażeń podczas jego
oglądania. Po pierwszej odsłonie byłem znudzony. Myślałem sobie jak ja to
wytrzymam? Facet obok szybko zasnął (spał na spławik lub podrywkę - różnie
to ludzie określają :-)). No ale cóż, zobaczymy. W czasie drugiej odsłony
niewiele się działo - ktoś na scenie odgrywał role, facet obok spał, para
dwa miejsca dalej - jak podczas innych spektakli WST - zajmowała się
bardziej sobą niż oglądaniem, ja ciągle byłem w teatrze. W czasie następnej
odsłony facet spał, para kontynuowała, ja jednak zaczynałem zapominać, że
siedzę na widowni. W czasie następnej odsłony facet obok spał, pary już nie
widziałem, mój horyzont zaczął się wyraźnie zawężać. Potem nie widziałem już
nawet faceta, po kolei zaczęły znikać widownia, scena, role... byłem tylko
ja jako niewidzialny obserwator, podglądacz cudzego życia, które rozgrywało
się przede mną. Oderwany od miejsca i czasu żyłem razem z bohaterami
rozgrywanej akcji. Ich życie stało się moim, moje częścią spektaklu...
Z hipnotycznego stanu wyrwały mnie brawa. Nie mogłem uwierzyć, że to już
koniec. Tak szybko?
Re: Lunatycy
#211
Author: dada
Date: Wed, 11 Oct 2000 13:26
55 lines
4622 bytes
Hmmm - czyli wychodzi, ze sporo osob ma podobne odczucia. Ja akurat
"spekalem" i rozbilem sobie przedstawienie na dwa wieczorki - tradycja
antycznych mistrzow tradycja antycznych mistrzow, ale chyba i na mnie
(niestety) ma wplyw estetyka mtv - szybko, krotko, bez wglebiania sie w
temat. Dlatego po prostu balem sie osmiu godzi spedzonych w teatrze.
Dobra - pierwszy dzien. I oto zdarza sie rzecz, ktora nie zdarzyla mi sie
nigdy (i ktora na pewno wiecej sie nie zdarzy). Oto bowiem spokojnym krokiem
zjawiam sie w Dramatycznym o 18:40 i z przerazeniem stwierdzam, ze przed
teatrem nie ma ludzi. Pierwsza mysl (jeszcze na kilkanascie metrow przed
teatrem) - ludzie "spekali". Druga (tu juz przerazenie) - spektakl jest
gdzies indziej, np. w Narodowym. Beda duze problemy z dobiegnieciem w
niecale 20 minut. No i trzecia mysl, niestety tym razem trafna - zagladam na
bilet a tam jak wol - godzina rozpoczecia 18.00.... Po prostu nogi sie
ugiely, ale nic to - ide sie dowiedziec, o ktorej jest przerwa (modlac sie,
zeby w ogole jakakolwiek przerwa byla). Ale oto mila p. bileterka wprowadza
mnie na drugi balkon - okazuje sie, ze nie tylko ja bylem taka "ofiara" - po
moim wejsciu na balkon "dobija" jeszcze kilka, jesli nie kilkanascie osob.

Nic to - trwa spektakl. Ni cholery nie wiem, o co chodzi (a raczej stoi, bo
chodzenia to zbyt duzo nie ma). A na dodatek jeszcze mi sie trzesa nogi na
skutek tego spoznienia. Nic to - po kilkunastu minutach przerwa. Z
podsluchanych rozmow (jak jestem w teatrze sam, to b. lubie podsluchiwac
wrazenia innych w trakcie przerwy i po spektaklu) widac, ze inni tez sa
przerazeni, a przynajmniej znudzeni.
Drugi akt - juz na parterze. KOSZMAR. Ciagle nie wiem, o co chodzi a
najgorzej, ze dostaje prawie szalu - az chce sie wbiec na scene, pchnac
jednego czy drugiego z okrzykiem "czlowieku! troche zycia! blaaagam! ruszaj
sie przynajmniej odrobinke szybciej!!!!! ile mozna jesc ta zupe!!!!". No i
nieublagane postanowienie - jeszcze trzeci akt wytrzymam (w koncu wydalem 50
zl), ale jutrzejszy bilet zwracam, przynajmniej strace tylko 50 zl a nie
cala stowe. No i obejrze mecz Polska-Bialorus.
Ale w miedzyczasie nastepuje akt trzeci. I oto staje sie cud, ktorego
zwiastunem bylo wprowadzenie na scene magii w postaci Mai Ostaszewskiej w
akcie drugim. Totalnie odplywam - jedyna rzecza ktora mi przeszkadza to
tkwiace ciagle na wierzchu pytanie - co ja robilem przez dwa pierwsze akty?
No a w miedzyczasie  nastepuje final pierwszego wieczoru - scena zabawy,
gdzie nagle akcja wykracza momentami poza scene. W trakcie dialogu na scenie
zolnierz podrywa sanitariuszke tuz przy moim fotelu. I pewien jestem, ze
procz mnie moze z 5 osob moze to jeszcze uslyszec. I w ogole nagle zaczyna
sie dziac tyle, ze momentami ciezko ogarnac... A tu pstryk - konczy sie
zabawa, jeszcze krotki dialog pozabawowy i koniec pierwszego wieczoru.

Wieczor drugi (teraz juz bedzie krocej - obiecuje). Przychodze
przygotowany - wiem juz, co mnie czeka, az nie moge sie doczekac
podniesienia kurtyny i "odplyniecia". W miedzyczasie okazuje sie, ze multum
osob potraktowalo oba wieczory jak osobne przedstawienia - jest ogromna
ilosc ludzi, ktorych na 100% nie bylo wczoraj. W tym pelno "nazwisk". Ale
nic to - ja juz po chwili "odplywam". I jedyne, co przeszkadza, to te tak
czeste (hehehe - co godzina) przerwy. W przerwach ci, ktorzy sa pierwszy raz
wyraznie sa zagubieni - nie wiedza, o co chodzi (hehe - skad ja to znam). A
ja sobie chodze i patrze na nich z gory. :)  Siedzacy obok mnie Marek Konrad
"wymieka" po drugim akcie. Inni tez - podobnie jak dzien wczesniej do konca
pozostaje jakies 60% poczatkowego skladu. A ja wychodzac zaluje, ze to bylo
takie krotkie....
Darek
Re: Lunatycy
#212
Author: dada
Date: Wed, 11 Oct 2000 13:29
14 lines
1483 bytes
Użytkownik "dada" <dareka6@polbox.com> napisał w wiadomości
news:8s1poc$7gu$1@news.ipartners.pl...

<ciach>
Ufff - troche sie rozpisalem. I chyba troche za bardzo subiektywnie. A nawet
nie tyle, ze subiektywnie, ale ze tylko o sobie, malo o przedstawieniu. Ale
inaczej sie chyba nie da...
Ale do tych, ktorzy widzieli mam drobne pytanie odnosnie interpretacji
jednej ze scen. Mianowie chodzi o to, o sie stalo z mezem, z tym, ktory
przyjechal do domu na urlop z Wiednia (nomen omen nie wiem czy nie
najciekawszy watek calego przedstawienia)?'
Pozdrawiam
Darek
Re: Lunatycy
#210
Author: Marzena Wendołowska
Date: Wed, 11 Oct 2000 13:30
53 lines
3401 bytes

Tomasz Piotrowski wrote:

>
> Nie będę więc pisał o spektaklu, ale o ewolucji moich wrażeń podczas jego
> oglądania.

Ponizej pozwalam sobie  zalaczyc moje wrazenia z tego samego spektaklu.

14.00. - Lupa na konferencji przed spektaklem mówi o czasie. Przywołuje
tradycję antycznych misteriów - przedstawien trwających od rana do nocy i
stanowczo twierdzi - ze mialo to rozciagniecie w czasie swoj cel. Przyjmuje,
notuje, wierze ale nie rozumiem.

Pierwsza odslona. Miejsca niewygodne - schody na balkonie (czy ten schodek obok
pani jest wolny pyta elegantka w bialej garsonce. usmiecham sie na to
poswiecenie dla sztuki). Ogladamy. Nudno. Twardo. Tłoczno. Maja O. zasnela na
scenie wlasnie wtedy gdy padlo kilka mysli, ktore warto zanotowac. Nie moge
znalezc olowka w torbie - nie chce halasowac. Cisza wielka az do czasu kiedy
Jerzy F. stanowczo uderza biblia w stol. Kilka osób podnosi głowy
charakterystycznym odruchem obudzonych.

Odsłona druga. Nudniej. Na schodach zostaliśmy sami. Cwiczymy najwygodniejsze
ulozenie cial. Chyba nie wroce po przerwie - mysle. Lepiej pojsc w jakies mile
miejsce, zapalic cos dla odprezenia, posluchac muzyki. Reka mojego przyjaciela
zaczyna bladzic niebezpiecznie blisko zakonczenia mojej bluzki. To jest juz
jakas alternatywa. Pani ze sceny krzyczy, ze "jest zakochana ale nie wie w
kim." Chyba nie wroce po przerwie. Wystarczy.

Godzinna przerwa. Po jedzeniu jednak wracamy. Moze doznamy jednak olsnienia
poprzez umeczenie? Ustalamy, ze obejrzelibysmy druga czesc moze nawet
tesknilibysmy do niej gdyby byla jutro - ale teraz, zaraz --? Boli glowa, cos
sie wkrada pod skore, duszno.

Odslona po przerwie. Ludzi duzo mniej, prawie wszyscy przesiedli sie na parter.
Zajmujemy troche wygodniejsze fotele. Po ktorej stronie? Nie pamietam. Historie
sie mieszaja, wybrzuszaja. Twarze aktorów coraz blizsze, ruchy, slowa
(trojwymiarowe?) Obrazy stanowczo fosforyzuja. Cholera - fiksuje?
Po rozjasnieniu musze pozostac w fotelu. Nie rozumiem przerwy. po chwili
wychodze zaczerpnac powietrza. Spotykam znajomego w towarzystwie dwoch
nieznajomych, mowie do nich cytatami ze spektaklu - cos o obowiazku samotnosci,
jednoznacznosci. Czuje ze robie z siebie idiotke. Nieznajomy usmiecha sie z
przekasem - no tak, ten Lupa to wali po glowie. Wszyscy tu sfiksujemy.

Ostatnia odslona. Juz na parterze. Ocaleli nieliczni. Siadam blisko wyjscia bo
boje sie, ze bedzie za bardzo bolalo. Ale wyjscia nie ma. Historie daza do
czegos i znowu sie cofaja. Wiemy juz wszystko i nic.
Poczatek polyka koniec. Koniec? Juz koniec?

No i zgadnijcie jakie sie potem ma sny ---

ma
Re: Lunatycy
#213
Author: dada
Date: Mon, 16 Oct 2000 07:17
18 lines
1907 bytes
Mysle sobie ciagle o fenomenie odbioru Lunatykow, o tej totalnej zmianie
podejscia od znudzenia do fascynacji, co, jak widze, nie dotyczy tylko mnie.
I trafilem sobie na wywiad z Lupa, gdzie troche o tym mowi:
"- Trudno mówić o jakiejkolwiek komercji, skoro żada Pan od widza
wyjątkowego skupienia i zmusza do całkowitego podporzadkowania się Pańskiej
wizji. Czasem przedstawienia trwaja nawet kilka wieczorów, a przecież
współczesny widz już po dwóch godzinach jest zmęczony.
* Widz zawsze jest zmęczony po dwóch godzinach. Ale nie jest już zmęczony po
czterech, bo kryzys mija. Po przekroczeniu progu zmęczenia widz staje się
bardziej otwarty na to, co się dzieje na scenie. I na tym to polega.
Widzowie, którzy przetrwali ten próg, zapominają o nim. Są jednak i tacy,
którzy tak strasznie histeryzują, że sa zmęczeni, tak się zajmują sobą, że
zostaje im tylko histeria. Czują się obrażeni, zlekceważeni... "

Caly wywiad jest na
http://gazeta.pl/Iso/Plus/Kultura/Teatr/Teatr-Lud/100lud.html
Pozdrawiam
Darek
Thread Navigation

This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.

Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.

Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.

Back to All Threads