🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

Thread View: pl.hum.pisarstwo
6 messages
6 total messages Started by irena Sun, 21 Sep 2008 20:41
z serii: konfederackie boje w 1771 roku
#18609
Author: irena
Date: Sun, 21 Sep 2008 20:41
125 lines
9824 bytes
     Kolbuszowa, Majdan

     W Makowieckim obozowisku zawrzało, chorągwie grupowały się na placu, 
ale ciągle kogoś jeszcze brakowało. Konfederaci siodłając konie popędzali 
jeden drugiego. Oficerowie wściekali się i zgrzytali zębami, kilku żołnierzy 
znacząco chichotało, przecież to nie nowość że niektórych przystojniaczków 
trzeba siłą wyciągać z gościnnych chałup, gdzie ładne panny po upojnej nocy 
zawsze rano podają do stołu pełne michy domowych przysmaków. Przy sytym 
żołądku i pełnym pucharze, każdy konfederat to bohater fascynujących 
opowieści. Słuchającym domownikom skóra cierpła i włosy stawały dęba, a 
kobiety trwożliwie piszczały kiedy miały możność zobaczyć blizny, prawdziwe 
dowody męstwa opowiadającego, który bronił się przed szablami kozackich 
siepaczy i chociaż walczył równocześnie aż z pięcioma przeciwnikami - 
zwyciężył, bo za nim stała Święta Maryja. Gospodarze zaciekawieni odważnymi 
czynami mężów którzy po wielkim kraju maszerują, nie zważali na wczesne 
godziny i jeszcze przed śniadaniem częstowali miodowym specjałem, bo ten tak 
pięknie rozwiązywał języki i sprzyjał wzajemnym uprzejmościom.
     Z żalem opuszczano chałupy, a rozkaz wymarszu obie strony zasmucił. U 
niejednej panny oczy zaszkliły się łzami, a i młodzikom radość też gdzieś 
umykała? Marzyli o sławie i lekkim partyzanckim chlebie, ale ojcowie 
wyganiali w pole do orki, dla wojenki żałowali konia, a nawet szabelki którą 
kiedyś dziadek włożył do skrzyni i tam w szmaty zawinięta rdzewiała z 
bezczynności.
     Rozkaz to rozkaz! Myśli oddalały się od ciepłego sianka i miękkich 
poduszek, przywykli do rozstań konfederaci teraz żwawo dosiadali swoich 
koni. Może kiedyś gdy wypadnie im nocleg pod gołym niebem, z rozrzewnieniem 
wspomną gościnną osadę i góralską dobroduszność.
     Marszałkowie Lubomirski i Pułaski ustalili trasę: Kolbuszowa, Majdan, 
Zamość. Obie armie rozdzieliły się i szły odrębnymi drogami. Pierwsze dni 
upłynęły spokojnie, ale przemarsz 3000-tysięcznego wojska trudno jest ukryć 
przed węszącym Suworowem. Tuż przed Kolbuszową zaatakowano pułki księcia. 
Pomimo liczebnej przewagi Lubomirski taktycznie zarządza odwrót w stronę 
Pilzna. Po przegrupowaniu sił zawraca i w Dębicy rozpoczyna się krwawa 
bitwa. Rosjanie zepchnięci w stronę rzeki Wisłoki ponoszą duże straty, 
konfederackie są mniejsze, ale książę nie może pozwolić sobie na pełne 
zwycięstwo, musi oszczędzać siły bo celem jest  Zamość. Powstańcy wycofują 
się z pola bitwy i pozorując marsz na północ, okrężnymi drogami próbują 
zbliżyć się do Majdanu. Po drodze trafiają się mało znaczące potyczki, ale 
te nie dają powodów do radości.
     Wielodniowa wędrówka kiedy za dnia nie można znaleźć bezpiecznego 
schronienia, a nocą leśne poszycie zastępuje łoże i miękką poduszkę, to duży 
wysiłek. Ludzie źle sypiali, a zmęczenie sprzyjało rozdrażnieniu. Widział to 
książę i obiecywał sobie, że zaraz po spotkaniu z Marszałkiem Pułaskim 
urządzą w Majdanie dłuższy postój i wygodniejszy nocleg. Przemieszczano się 
leśnymi drogami, do miasta pozostało zaledwie kilka kilometrów, ale 
odpoczynek na razie musiał pozostać w sferze marzeń, zwiad zasygnalizował 
nowe zagrożenie.
     - Wasza książęca mość, zaraz tu będzie ro..syjska ka..waleria, noszą 
kaski i pancerze. W dużej sile jadą! - Powracający zwiadowca jąkał się, był 
przerażony.
     Lubomirski tylko zdążył uformować szyk, kiedy do lasu wpadła zgraja 
wrzeszczących kirasjerów. Po wymianie strzałów rozgorzała walka na szable. W 
pierwszych minutach konfederaci bez strat odpierali atak, ale szeregi Rosjan 
zmieniały się jak burzliwe fale, rosły, potężniały i były coraz silniejsze. 
Zaczęło się robić ciasno, a wrogów wciąż przybywało.
     Trudno rozstrzygnąć co wywołało panikę. Ciężka kawaleria Suworowa 
świetnie się prezentowała, mógł przerażać widok doborowej armii i jej 
błyszczących kirysów od których kule się odbijały, a szable tępiły. 
Konfederacka wola walki załamała się. Żołnierze księcia porzucając 
artyleryjskie działa w popłochu wycofywali się. Książę jako dowódca nie miał 
wyboru, jedyny zrozumiały rozkaz dla wystraszonych rycerzy Maryi, to odwrót 
do Kolbuszowej, tam były mury obronne i zamek Lubomirskich.

                                    * * *
     Rosyjski pułkownik Suworow wysyłając pościg za Marszałkiem Pułaskim, 
ostrzegał kirasjerów przed walecznością polskiej armii, lecz po dzisiejszej 
bitwie podobne strachy uznano za wymyślone bajki.
     Zdobyczna broń artyleryjska poprawiła Rosjanom humor,  chętnie 
rzuciliby się w pościg za uciekającymi, ale konie były zmęczone i z żalem 
odstąpiono od tego pomysłu. Pościg za konfederatami trwał już dziesięć dni, 
a zaczął się od Krakowa. Pierwszą bitwę i wspaniale zwycięstwo powinno się 
uczcić i omówić w szczegółach. Wyciągano z zapasów mocniejsze napoje, męskie 
dyskusje w temacie wojenki zawsze są żywiołowe i trwają bardzo długo, aby im 
podołać trzeba zwilżać gardło.
     Śmiechy i pijackie okrzyki niosły się po całym lesie. Po godzinie 
zabawy blaszane kubki okazały się zbyt małe aby ugasić pragnienie, jedni 
zamienili je na kaski, inni prosto z beczki popijali.ognistą wodę! Oj, 
przelewała się ta gorzałka ponad miarę. Chłopy jak dęby, każdy rozrosły i 
silny, było gdzie wlewać, a potem zwyczajowo już demonstracja siły, kto 
więcej wypije, kto szybciej opróżni i niekończące się toasty za kirasjerską 
szarżę!
     Według zapachów można by sądzić że lada moment obozowisko utonie w 
alkoholowej mgle. Duchota i lejący się z nieba żar powaliły słabszych na 
miękkie leśne poszycie i w głębokim śnie dawali popis głośnego chrapania.
     Byli też i tacy co gorzałki za kołnierz nie wylewali, ale głowę nadal 
nosili na karku, a nogi nie odmawiały im posłuszeństwa.  Ci rozprawiając o 
wojence, wspominali też stare dobre czasy kiedy monarchowie dbali o tężyznę 
żołnierza i zapewniali mu lepsze zakąski, bo teraz w zapasach mieli tylko 
rosyjską brukiew.
     Wielkie zamieszanie wywołał narastający hałas  dochodzący gdzieś od 
strony Kolbuszowej. Dudniące odgłosy przypominały tętent końskich kopyt. 
Oliwy dolano do ognia, kiedy ktoś krzyknął:
    - Pułaski, Pułaski się zbliża! - To nazwisko zadziałało jak magia, 
otrzeźwiała większość obozowiczów. Wśród gradu rzucanych przekleństw 
pospiesznie kulbaczono konie,  ze śpiącymi nikt już się nie pieścił, 
opornych przywoływano do życia silnymi kopniakami.  W ciągu kilku minut 
wszyscy kawalerzyści siedzieli na grzbietach swoich wierzchowców i dowódca 
mógł zacząć formować bojowy szyk.
     Kirasjerów poczęstowano najpierw artyleryjskimi salwami, waliły działa 
i pistolety, potem błyskawicznie i z impetem nastąpił atak kawalerii 
Pułaskiego. Szala zwycięstw przechylała się na stronę tych, którzy szybciej 
i zręczniej podchodzili przeciwnika. Rosyjskie kirysy osłaniały część 
ludzkiego ciała, ale też bardzo ograniczały swobodę ruchu, tę niedogodność 
szybko zauważono i umiejętnie wykorzystywano. Walka była ciężka i 
wyczerpująca, przypominała bojowy taniec koni i ludzi, więcej było uników 
przed ciosem niż cięć szablą, ale kiedy walczący poczuł już ostrze 
przeciwnika, życie jego wisiało na włosku, tak straszne były to rany.
    Kirasjerzy stawiali silny opór, ognista woda szumiąc w głowach dodawała 
animuszu, walczyli brawurowo i umierali bohatersko, ale ich szeregi coraz 
bardziej topniały. Rosyjski dowódca Pułkownik Poliwanow zarządził odwrót 
lecz na przeszkodzie stanęły mu chorągwie Lubomirskiego, odzyskały już swoją 
bojowość i powróciły na pole walki. W bitwie atakowały prawą flankę 
przeciwnika.
    W kolejnej próbie udało się Rosjanom opuścić pole bitwy, ale w 
pośpiesznie zorganizowanej ucieczce nie wszystkim dopisało szczęście, 
niektórzy dotarli tylko do przedmieścia Majdanu i tu ich dopadła bośniacka 
gwardia Pułaskiego. W tej krwawej bitwie zginęło 150 konfederatów, 
dwukrotnie więcej Rosjan, ale zwycięstwem cieszyli się Polacy. Utraconą 
artylerię w całości odzyskano, wzbogacono się o nowe rosyjskie działa, 
przybyło też 200 koni i duże ilości oręża. Łupy wojenne były wyjątkowo 
bogate, kłopot był tylko z wziętymi do niewoli jeńcami.
     Droga na Zamość teraz stała otworem.
--

pozdrawiam Irena
Re: z serii: konfederackie boje w 1771 roku
#18610
Author: Les Pe
Date: Sat, 04 Oct 2008 13:35
47 lines
3161 bytes
Użytkownik "irena"

>  przecież to nie nowość że niektórych przystojniaczków
> trzeba siłą wyciągać z gościnnych chałup, gdzie ładne panny po upojnej
> nocy [...]


Pisałaś niedawno (chociaż patrząc z drugiej strony, to jednak dość dawno,
jeśli spojrzeć na historię najnowszą grupy) że przyjaźń (w naprawdę wielkim
skrócie) polega często na tym, że jak ja coś tobie, to ty coś mi...
Może źle zrozumiałem tamtąTwoją myśl przewodnią, w końcu strasznie mierziły
mnie zawsze grupy działające na zasadzie: ja tobie wystawię pochlebną
opinię, ale potem liczę na rewanż.
Tak funkcjonują różne takie poezje i zdecydowana większość forum
fotograficznych.
To nie przyjaźń jest, ale klasyczna sitwa! Litościwie nie wspomnę tu o
ohydnych szajkach, gdzie znajomi, rodzina czy partnerzy słodzili sobie
wszędzie onegdaj aż tak, za ech, że ich
struposzczały oddech powalał bogu ducha winnych na kolana (osobiście do dziś
nie mogę się podnieść i kulam tak po dzielnicy, a że krwi, która mnie wtedy 
zalała, jeszcze starannie nie starłem, wyglądam jak poznaczony stygmatami. 
Na domiar złego podczas
cowieczornych i porannych (heh, nie chwalę się, ot niektórzy tak z
przyrodzenia mają) miłosnych uniesień, moja partnerka zawsze donośnie wzywa 
imiennie
różnych świętych (i ich matki) - sąsiedzi zaczynają szeptać, żeśmy nagle
tacy religijni się zrobili i poważanie w parafii wśród m.beretów coraz to 
większe mamy!

Nie ma więc tego złego, co na dobre nie wyjdzie...

A my co? Cóż, zdaje się, że zostaliśmy tu (ze starej gwardii) sami jak palec
(ofkoz serdeczny, nie fakulec) i nikt już nie może nam zarzucić,
żeśmy po jednej stronie muru są!

Bo czym różni się pisanie do szuflady, od pisania dla nikogo?

Z tym większą przyjemnością odnotowuję, że Twoje story nabierają coraz to
większych rumieńców.
Ciężko wystawić ostateczną ocenę, bo to przeca tylko fragment większej
całości, ale sądząc po pikanterii początku opowiadania, już z jakąś chorą
niecierpliwością czekam na domniemane... te... no... heh... rozbiory;)

Pozdrawiam

-- 
P.Lep's
Re: z serii: konfederackie boje w 1771 roku
#18611
Author: irena
Date: Sat, 04 Oct 2008 18:34
16 lines
1874 bytes
Les Pe napisał:
>Ciężko wystawić ostateczną ocenę, bo to przeca tylko fragment większej
całości, ale sądząc po pikanterii początku opowiadania, już z jakąś chorą
niecierpliwością czekam na domniemane... te... no... heh... rozbiory;)

   Mając tak wiernego Czytelnika, trudno oprzeć się pokusie wysyłania 
newsów. Masz rację, urywki mogą pobudzać ciekawość, ale też irytują jeżeli 
nie mają zakończenia. Wyślę dalszy ciąg rozdziału, ale z uwagi na 
obszerność, podzielę go na dwa odcinki.
   Mam też pytanie, dlaczego zarzuciłeś pisanie? To żeśmy sobie kilka 
kuksańców posłali, nie powinno mieć znaczenia w kontynuowaniu zabawy w 
Kamiennym Kręgu. Jako człowiek o wolnych poglądach, krytykowałam Twoje 
niektóre "literackie pomysły", uznałeś to za przejaw wrogości? - 
Niepotrzebnie!

pozdrawiam Irena 
Re: z serii: konfederackie boje w 1771 roku (cz. II-Zamość)
#18613
Author: irena
Date: Sat, 04 Oct 2008 18:54
179 lines
14056 bytes
     Zamość

    Za czasów Króla Stefana Batorego w 1580 roku, Kanclerz Jan Zamojski 
szczycący się również tytułem Hetmana Wielkiego Koronnego, człowiek 
niepospolitego umysłu znający wiele obcych języków i wszechstronnie 
wykształcony przez najlepsze europejskie uczelnie, postanowił wybudować 
miasto-stolicę dla ordynacji Zamojskich. Włoski Architekt Bernardino Morandi 
zrealizował to marzenie, a jego projekt nawiązujący do ideałów renesansowej 
architektury zadziwił pięknem budowli i przestrzenną funkcjonalnością. 
Silnie ufortyfikowane zamkowe miasto z siedmioma bastionami i trzema bramami 
osadzonymi w grubych murach otoczono szerokimi i głębokimi rowami 
napełnionymi wodą. Tajemne podziemne przejścia umożliwiały ucieczkę, ale 
najczęściej służyły obrońcom dla wypadów na tyły atakującego wroga.
    W ciągu kilku lat wybudowano też olbrzymie centrum gospodarcze, które 
zapewniało duże dochody swoim właścicielom. Jan Zamojski poza 
bezpieczeństwem zapewnił miastu różne przywileje i ulgi, szybko więc stało 
się ważnym ośrodkiem handlu, nauki i kultury. Ten potężny ród utrzymywał 
liczne wojsko, miał również własne sądownictwo i wyższą uczelnię. Kształcono 
teologów, filozofów, lekarzy, a także w duchu obywatelskim wychowywano 
młodzież na przyszłych polityków.
    Do tego miasta zmierzali konfederaccy Marszałkowie Pułaski i Książę 
Lubomirski, spodziewali się tu zapasów broni, magazynów żywności i furażu.
    Po niezwykle krwawych i zażartych bojach w Majdanie, całą radość z 
wygranej bitwy przytłumiło zmęczenie. Mimo to żaden wojownik nie sarkał 
kiedy wydano rozkaz przeczesywania pobliskich terenów. Poczucie 
bezpieczeństwa było najważniejsze, a zamysł okazał się trafny, bo z 
północnego kierunku, w stronę miasta zdążała rosyjska chorągiew konnych 
strzelców. Gdyby ich ogniowe wsparcie w porę dotarło do walczących Rosjan, 
losy bitwy mogłyby zupełnie inaczej się potoczyć, teraz ta grupa nie miała 
już żadnych szans aby zaszkodzić konfederackiej armii. W kleszczowym 
uścisku, bez jednego strzału, oddali broń i konie. Życie ratowali dołączając 
do pokaźnego grona jeńców.
   W czasie kiedy rozbrajano Rosjan, książę rozmyślał o noclegu dla ludzi.
   - Darujmy już sobie dalsze wędrówki i wracajmy do miasta. Ludzie muszą 
odpocząć po ciężkiej walce. - Zaproponował Pułaskiemu.
    - Wszyscy jesteśmy zmęczeni, ale armia  Suworowa ciągle depcze nam po 
piętach, powinniśmy jak najszybciej dotrzeć do Zamościa. W twierdzy łatwiej 
się bronić, tutaj będziemy ciągle ponosić straty. -
    - Dzień się kończy, a na zorganizowanie nocnego obozowiska potrzeba 
czasu, konie też nie są z żelaza, osłabione, będą łamać nogi! - Żachnął się 
Lubomirski.
    - Spokojnie przyjacielu, spokojnie., zawsze się porozumiewaliśmy, więc i 
tym razem nie powinno być inaczej. Jeżeli Rosjanie wysłali strzeleckie 
wsparcie, to znaczy że jeszcze  nie dotarły do nich wiadomości o porażce w 
dzisiejszej bitwie. Poza tym, miasto utrzymywało duży garnizon, więc tak 
łatwo z niego nie zrezygnują. Chciałbym ten fakt wykorzystać i utwierdzić 
ich w przekonaniu że po bitwie było tu nasze obozowisko. Proponuję cofnąć do 
Majdanu grupę 200-stu ludzi, niech tam przenocują, a wczesnym rankiem 
zwracając na siebie uwagę, pożegnają mieszkańców.
    Ludzie boją się Kozaków, więc gładko wyśpiewają, że konfederacka 
kawaleria rano pocwałowała na północny-wschód. Tymczasem nasze pułki jeszcze 
dzisiaj z całą artylerią i zaopatrzeniem przemieścimy około 30-ści 
kilometrów, to jest do miejsca jutrzejszej porannej przeprawy. W ten sposób 
uzyskamy przewagę kilku godzin. Kiedy  oni dotrą do rzeki, my będziemy już 
po drugiej stronie Sanu. Przeprawiać powinniśmy się w pobliżu flisackiej 
przystani w okolicy Ulanowa, są tam spokojne wody, konie i ludzie pokonają 
rzekę wpław, a na którymś z brzegów zawsze dyżuruje jakaś tratwa lub łódź, 
która przetransportuje nasze działa i wozy. -
    - Znam to miejsce, a pomysł nawet przypadł mi do gustu. Tylko której 
chorągwi powierzyć tak trudne zadanie? - Lubomirski już się rozchmurzył.
   - Mogą być moi Bośniacy, są czujni i sprytni, w ariergardzie nigdy nie 
zawiedli. - Pułaski odetchnął z ulgą, nie miał pewności czy przedstawiony 
plan spodoba się księciu.
   - W moim pułku też znajdą się tacy, którzy chętnie dołączą do waszych 
Bośniaków. - Książę Marcin przywołał wojownika o imieniu Tibor. W średnim 
wieku, postawny Węgier był nie tylko mistrzem krzywej szabli, ale potrafił 
też walczyć na odległość celnie rzucając nożami. Przed laty porzucił służbę 
w węgierskim wojsku, jako uciekinier znalazł schronienie na polskiej ziemi. 
Aby z czegoś żyć, zaciągnął się do konfederackiej kompanii księcia i bardzo 
chwalił ją sobie. Usposobieniem różnił się od rodaków, niewiele mówił, ale 
nie przeszkadzało mu gadulstwo kamratów, oni zaś cenili go za waleczność i 
pomysłowość w walce. Liczyła się jego szabla i zbójeckie sztuczki które 
czyniły wielkie spustoszenia w szeregach wroga.
   - Tiborze, podobno świetnie porozumiewacie się z Bośniakami? -
   - Ten język od czasu kołyski nie jest mi obcy, moja matka pochodzi z 
Bośni. -
   - To dobrze się składa, bo chcę was wyznaczyć na dowódcę wybranej 
dwudziestki zuchów, którzy przyłączą się do bośniackiej chorągwi Marszałka 
Pułaskiego. Razem będziecie osłaniać naszą przeprawę przez rzekę. - Książę 
wtajemniczył nowo mianowanego dowódcę w szczegóły zaplanowanej strategii.
    - Damy sobie radę, tylko., czy waszmość książę nie miałby nic naprzeciw, 
gdybym to ja wybrał tych ludzi do walki? - Zapytał Tibor.
   - Niech tak będzie, tylko pospieszcie się bo czas ruszać w drogę! -
   Szybkie przemieszczanie się po Puszczy Sandomierskiej nie należało do 
łatwych. Jazda nie byłaby tak uciążliwa, gdyby nie utrudniał jej gęsty 
mieszany drzewostan. Gałęzie rozrośniętych drzew nie przepuszczały 
słonecznych promieni i sprawiały że późne popołudnie objawiało się 
nieprzyjemną szarówką. W tych warunkach właściwa ocena leśnego poszycia 
wymagała dużej wprawy i koncentracji, szybko się o tym przekonano, kiedy 
czołówka wypatrzyła pierwsze grzęzawisko. Wyglądało niewinnie jak płytkie, 
zarośnięte chwastami rozlewisko, jednak koń parskał, a jeźdźcy uznali to za 
przestrogę.
    - Czasami lepiej zawierzyć końskim ślepiom, bo o zmierzchu  są mniej 
zawodne niż najlepszy wzrok człowieka. - Powiedział książę chwaląc 
adiutanta, który jadąc w przedzie kazał zatrzymać konie. Mimo wszystkich 
przeszkód, marszałkowie szczęśliwie doprowadzili pułki do wzgórza za którym 
już płynęła rzeka San. Znaleziono też małą kotlinkę, ciche, przytulne 
miejsce gdzie sprawnie zorganizowano obozowisko. Okolice wydawały się oazą 
spokoju, jednak nad bezpieczeństwem czuwali również uzbrojeni strażnicy.
    Noc była spokojna i ciepła, a poranek objawił się bezchmurnym niebem. 
Konfederaci świadomi dzisiejszych trudów, starannie przygotowywali się do 
wodnej przeprawy. Krótka przejażdżka na płyciźnie oswajała konie z zimnymi 
wodami Sanu, potem w miarę zanurzenia, kiedy ich kopyta traciły kontakt z 
gruntem, jeździec zsuwał się z końskiego grzbietu i płynął obok, trzymając 
też pas założony na końskiej szyi. Aby zmienić kierunek, delikatnie ręką 
uderzał policzek zwierzęcia, prawy by skręcić w lewo, lewy w stronę 
przeciwną.
    Dla tego typu przeprawy pomocnym ekwipunkiem kawalerzysty był kołnierz 
zakładany na szyję, do jego tylnej części mocowano tobołek, a w nim 
umieszczano pistolet i kilka drobiazgów które chroniono przed zamoczeniem. 
Pływano małymi grupami, ale i w takich wyłaniał się koń przewodnik, który 
wyprzedzając inne prowadził stado do brzegu. Pułaski i jego chorągwie 
pierwsi pokonali wpław rzekę, jeszcze ociekający wodą, ale już z szablą u 
boku, nerwowo ponaglali flisaków aby szybciej organizowali przeprawę 
galarami. Retman zarządzający łodziami i ludźmi miał już do czynienia z 
wojskiem, bez żadnych targów wykonywał polecenia marszałka. Z doświadczenia 
wiedział że zapłata od tych ludzi, chociaż w złocie niewielka była bardziej 
uczciwą niż podziękowanie batogami rosyjskiego najeźdźcy, który łodzie 
traktował jak własne, a flisaków miał za niewolników.
   - Waszmość zrozumcie, z wodą nie ma żartów, a galary musimy sprawdzić, 
dawno nie pływały. - Próbował uspakajać Pułaskiego, ale pośpiech, jemu też 
był na rękę. Wyczuwał dla siebie duże kłopoty, ostatnio Rosjanie często 
odwiedzali miasto i ludzi przepytywali o konfederackie wojska. Co będzie jak 
wrócą!?
     Płaskodenne łodzie dość szybko uwinęły się z przewozem zdobycznych koni 
i zaplecza konfederackiej armii, ale kiedy na brzeg zaczęli schodzić 
rosyjscy jeńcy.retman załamał się.
   - Waćpan wydałeś na mnie wyrok śmierci, kiedy żołnierze carycy dowiedzą 
się że wam pomagałem, spalą moje łodzie i puszczą mnie z torbami. - Trząsł 
się i płakał jak dziecko.
   - Jeńców wam nie zostawimy, a miastowych tu nie było, więc kto widział 
żeście nam pomagali? Nie ma czym się martwić. Być może za jakiś czas, te 
drogi będą kontrolowane przez konfederackie straże. - Pocieszał go Pułaski, 
ale stary flisak tylko machnął lekceważąco ręką.
   - Ludzie różnie mówią o waszych zwycięstwach i wielkich klęskach, 
widziałem też barskich zesłańców, ich plecy były czarne od zakrzepłej 
krwi. -
   - Człowieku weźcie się w garść, bo wystraszycie własnych kamratów, a za 
przeprawę płacę polską monetą, teraz jest lepsza niż kiedyś i nie 
fałszywa! - Marszałek uregulował należność i odprawił retmana, irytował go 
biadolący flisak.
   Kiedy armie obu wodzów uporały się z przeprawą, do rzeki dotarła 
ariergarda, oczywiście Tibor przewodził Bośniakom! Pod jego dyktando, w 
krótkich odstępach czasu kolejna grupa zanurzała się w błękitnych wodach 
Sanu. Jeszcze nie wszyscy osiągnęli drugi brzeg, kiedy od strony 
południowego zakola, woda zaczęła przenosić melodyjne dźwięki harmonii. 
Niespodziewane pojawienie się pływającej jednostki to duże zagrożenie, 
bowiem w  wodzie trudno jest kierować koniem, a jeszcze trudniej przewidzieć 
jego reakcję. Muzyka stawała się głośniejsza, ale płynący bardziej obawiali 
się odwetu ze strony Rosjan po niedawnej walce w bliskim sąsiedztwie rzeki. 
Ten zażarty bój Bośniaków wprawdzie zakończył się ucieczką wroga, jednak 
nikt nie wątpił, że rosyjski dowódca Poliwanow już zorganizował pościg. 
Teraz liczył się tylko czas dotarcia na drugi brzeg, im krótszy, tym większa 
była szansa na uratowanie życia.
   Szczęśliwcy, którzy przepłynęli rzekę natychmiast dosiadali koni i 
grupowali się za niewielkim wzniesieniem porośniętym lasem i gęstymi 
krzewami. Zielony gąszcz był dobrą kryjówką dla koni i ludzi, kilku z nich 
podczołgało się bliżej wodnego koryta, aby obserwować przeprawę Tibora i 
jego grupy.
   Środkiem rzeki płynąca tratwa okazała się spławem drewna. Grube bale i 
pnie zbite poprzecznymi żerdziami tworzyły taflę. Dzisiejszy transport miał 
ich wiele, ciągnęły się szerokim pasem na długości aż sześćdziesięciu 
metrów. Muzyka ucichła, ale flisacy zachowywali się biernie, ciężar 
przewożonego drewna ograniczał wszelkie manewry. Pomimo strachu który 
wszystkim zaciskał gardła, konie i pływający ludzie szczęśliwie dotarli do 
płycizny drugiego brzegu. Niestety, w tym samym czasie z przeciwległego 
wzgórza ujawniły się artyleryjskie działa Rosjan. Pierwszy ostrzał był za 
krótki i nie trafił powstańców, ale.nie ominął tratwy. Wyrzucony w powietrze 
słup wody tylko na moment zasłonił koszmarny widok, kiedy połamane i 
rozsypane bale miażdżyły ciała ludzi obsługujących tratwę. Zginął retman, 
sternik i kilku flisaków, uratowali się tylko ci którzy przebywali na 
ostatnich  trzech taflach, uwolnione od liny ocalały razem z drygawkami  i 
tylko dzięki nim zdołano odpłynąć od miejsca tragedii.
   Przeprawa na rzece trwała ponad trzy godziny, w tym samym czasie przy 
rozpalonych ogniskach suszono mokrą odzież. Załadowane na wozach zapasy 
ubrań były kroplą w morzu potrzeb. Przydzielono je ostatniej grupie 
wychodzącej z wody.
    Dochodziła ósma rano,  połączone armie w dobrej kondycji wyruszyły w 
stronę Zamościa. 
Re: z serii: konfederackie boje w 1771 roku (cz.II a-Zamość)
#18614
Author: irena
Date: Sat, 04 Oct 2008 19:11
149 lines
11528 bytes
 c.d. Zamość
                                                                        *
   Po dwóch dniach jazdy konfederackie wojsko nareszcie dotarło do jednej z 
bram zamojskiej twierdzy. Nie było łatwo! Rosyjskie hieny Suworowa niezwykle 
czujnie śledziły polską jazdę, ich pojedyncze chorągwie pokazywały się w 
różnych miejscach, kilka razy doszło do zbrojnych utarczek, ale już na 
przedpolach miasta niespodziewanie wszystkie połączyły się, zaskakując 
powstańców siłą uderzenia. Był to krwawy i niezwykle zażarty bój. Chociaż 
straty w ludziach były ogromne, to jednak odwaga walczących dowódców i 
żołnierskie morale zdecydowały o zwycięstwie Polaków. Szczytny też był cel - 
powstańcy przybyli uwolnić miasto od zaborcy i roztoczyć opiekę nad 
przyległymi okolicami.
   - Wygraliśmy! Wygraliśmy!? - Konfederacka brać wznosząc  w górę 
zaciśnięte pięści, gromkim okrzykiem obwieszczała niebu swoją radość. Te 
słowa tak miłe dla ucha dodawały sił, nawet u ciężko rannych wywoływały 
radosną euforię.
   - Zwyciężyliśmy! Zamość jest nasz! - Z dumą i wielkim wzruszeniem 
wykrzyknął Pułaski. Innego zdania był Lubomirski.
   - To pobojowisko ma być naszym zwycięstwem?! Rozwalili nam artylerię, 
mamy setki zabitych, a połowa armii broczy we krwi! Zamościa też nie 
zdobyliśmy, a po dzisiejszej bitwie raczej trudno będzie pokonać twierdzę. - 
Jego chmurne spojrzenia przesuwały się po miejscach, gdzie jeszcze trwała 
bitewna rzeź, tym razem szablami  dobijano ranne konie, aby skrócić ich 
cierpienia. Potem odzyskiwano uprząż i zbierano wojenne łupy.
     - Hm,...atak twierdzy chwilowo nie wchodzi w rachubę, może to i lepiej 
że ominie nas bratobójcza walka. Spróbujemy pertraktować aby garnizon 
przyłączył się do konfederacji. Poza tym  przyszedł rozkaz od Generalności, 
abym natychmiast powrócił do Częstochowy. Dumouriez przegrał bitwę w 
Lanckoronie, padły Oświęcim i Bobrek, trzeba odzyskać utracone twierdze. - 
Odpowiedział Pułaski.
   - W takim razie ruszajmy, może chociaż wynegocjujemy bandaże dla 
rannych. - Cierpkie słowa Lubomirskiego przerwały dyskusję.
     Pesymizm księcia wkrótce udzielił się Pułaskiemu, kiedy obrońcy 
Zamościa już na wstępie oświadczyli, że bez względu na wynik rozmów, bramy 
miasta nie zostaną otworzone dla konfederackiej armii.
     - Ten garnizon troszczy się nie tylko o dobra Kanclerza Zamoyskiego, 
ale również wspomaga wojsko koronne, a oficerowie złożyli uroczystą 
przysięgę zobowiązując się do obrony miasta również przed konfederatami. - 
Tłumaczył dyżurny oficer straży miejskiej. Młody rotmistrz stojący na 
uboczu,  skinieniem głowy potwierdził informację.
   - Nie oznacza to, że jesteśmy wam niechętni, ale musicie zrozumieć że 
Zamość rządzi się własnymi prawami i nie ma tu miejsca dla dwóch armii. A 
wam Marszałku Pułaski, ktoś dostarczył fałszywych informacji, miasto nie 
jest zapleczem rosyjskiej armii, nie ma tu magazynów broni, ani zapasów 
żywności. Przeciwnie, nam również marzą się nowocześniejsze działa i lepsza 
amunicja, a paszę  dla koni kupujemy od chłopów z okolicznych wiosek, więc 
nie znajduję powodów dla których mielibyśmy otwierać bramy miasta dla 
waszego wojska. - Do rozmowy włączył się dowódca garnizonu.
   - Mamy dużo rannych, ludzie są wyczerpani po ciężkiej walce, potrzebujemy 
lekarzy, a przede wszystkim spokojnego miejsca na wypoczynek. - Marszałek 
Pułaski jeszcze miał nadzieję na zmianę decyzji.
   - W pobliżu nie brakuje lasów, tam zorganizujcie swoje obozowisko. W 
mieście możecie tylko porozmawiać z lekarzem, ale czy was odwiedzi, czy 
tylko odsprzeda lekarstwa, to już jego decyzja. -  Po takiej wypowiedzi 
trudno było negocjować o jakiekolwiek ustępstwa. Dalsze przekonywanie nie 
miało sensu. Ci ludzie w innych okolicznościach chętnie by rozmawiali, nawet 
o ostatniej bitwie, ale teraz konfederacka armia nie była tu mile widziana, 
obrońcy Zamościa nie mieli ochoty zadzierać z Suworowem.
   - Cóż, myślałem że wszyscy Polacy wyczuwają chwilę, kiedy należy połączyć 
siły w obronie ojczyzny.-Westchnął Pułaski.
   - Drogi marszałku, nie posądzajcie nas o bezduszność! Wojny nie wygrywa 
się otwarciem bramy, a do walki trzeba się dobrze przygotować! Czy wiecie, 
że Prusacy sprzedali Rosjanom bomby które  burzą mury?! -
   - A więc?! Czyż nie jest to czas, abyśmy zaczęli wspólnie działać! - 
Odparował Pułaski.
   - W przyszłości może będzie taka potrzeba, ale dzisiaj nie jest to 
możliwe! - Dowódca nie podjął tematu.
   Konfederaccy marszałkowie w nienajlepszych humorach opuścili niegościnny 
posterunek. Pułaski był tak rozdrażniony, że nie mógł dosiąść konia, dopiero 
przy drugiej próbie jego noga trafiła w strzemię. Widząc niezręczność, 
książę uśmiechnął się, wbrew wszystkiemu nie zamierzał poddać się złym 
nastrojom, próbował też rozbawić przyjaciela.
   - Zdziwiłbym się, gdyby ten zamojski oficer zdecydował się otworzyć bramy 
miasta, nasz wygląd musiał go przerazić. Brudne, poszarpane mundury, w 
dodatku cuchnące stęchlizną i szuwarami Sanu, to niezbyt zachęcający widok. 
Jeżeli tak się prezentują dowódcy, to Boże uchowaj nas przed ich armią?! - 
Chichotał rozbawiony.
   - Książę, daj spokój żartom, pół godziny temu obaj byliśmy w ogniu walki, 
a ubrania zawsze cuchną kiedy rzeki pokonuje się wpław.- Zaprotestował 
Pułaski.
   - Oczywiście, że żartuję! Tak naprawdę, to stary kanclerz Zamojski jest 
ostrożnym człowiekiem, a ludzi trzyma w karbach aby nie dopuścić do otwartej 
wojny z królem, w zamian uzyskuje przywileje dla swoich miast. Ma też 
poparcie u mieszczan i chłopów za wprowadzenie humanitarnych reform, a 
szlachtę też intryguje jego nowy sposób zarządzania włościami, pańszczyzna 
niedługo stanie się przeżytkiem. Teraz chłop sprzedaje owies, a im lepszą 
cenę uzyska, tym więcej go wyprodukuje. - Zaśmiał się Lubomirski.
   - Przypomniałeś mi książę o nowym problemie, wyczerpują się nasze zapasy 
furażu, a gotówki niewiele pozostało. - Pułaski z uczuciem niepokoju 
przeglądał zawartość skórzanego mieszka.
   -  Moje zasoby też się skurczyły, należałoby powrócić do miejsc, gdzie 
ludzie życzliwiej nas traktują. Cały problem w tym, że za plecami mamy pułk 
Suworowa, a ja nie mam chęci na drugą bitwę. -
   - Hm, też bym sobie życzył by nas nie dopadli. Może znowu zmylimy 
zwiadowców jakimś fałszywym tropem?
Tak się zastanawiam.jeżeli w Zamościu nie ma rosyjskich magazynów i twierdza 
też nie była przez konfederatów atakowana, więc Rosjanie nadal nie znają 
celu naszej wyprawy? Wobec tego, wybierzmy kierunek na Lublin, początkowo 
ruszymy całą armią, potem pchniemy tylko ariergardę, a reszta. - Głośno 
rozważał Pułaski.
   - . ruchem flankowym obejdzie armię Suworowa, a kiedy już znajdziemy się 
na jego tyłach, galopem do sprawdzonego miejsca w Ulanowie,  potem tylko 
kąpiel w Sanie i już jesteśmy w puszczy. - Dokończył Lubomirski.
   - Czyżbym miał to wypisane na czole? Ale skoro już uzgodniliśmy, więc 
ruszajmy w drogę. - Z żalem rozstawano się z Zamościem, a rozkaz 
natychmiastowego wymarszu, zwycięscy konfederaci przyjęli nawet ze 
zdziwieniem. Zadziałała wyobraźnia kiedy Pułaski podał do wiadomości, że do 
miasta zbliżają się nowe posiłki Rosjan, aby wzmocnić wojsko koronne które 
już stacjonuje w mieście.
   Szybka jazda była potwornie męcząca, ale radość zapanowała kiedy 
powrócili zwiadowcy, ariergardzie z całą pewnością udało się skierować 
pościg w kierunku Lublina. Suworow dopiero po kilku godzinach zorientował 
się i zawrócił, jednak zanim jego jednostki dotarły na właściwy szlak, 
konfederaci bez większego stresu przeprawili się przez San. Natomiast 
Puszcza Sandomierska była już miejscem częstych potyczek, w jednej z nich w 
końcowej fazie bitwy upozorowano ucieczkę, celem była próba rozdzielenia 
rosyjskiej armii. Książę Lubomirski udał się w rodzinne strony do 
Kolbuszowej i Rzemienia, a Marszałek Pułaski klucząc różnymi drogami poprzez 
Rzeszów, Tarnów doprowadził swoją armię do Lanckorony. Suworow odebrał ten 
manewr jako sprytny fortel, w rzeczywistości było to wcześniej uzgodnione 
rozstanie obu przyjaciół.
   Obrońcy lanckorońskiej twierdzy niezwykle radośnie przyjęli marszałka i 
jego armię.
   - Nareszcie, ktoś się o nas zatroszczy! - Pułkownik Szyc pierwszy 
podbiegł aby powitać Pułaskiego.
   - Odkąd Dumouriez porzucił twierdzę, wszyscy o nas zapomnieli. Walewski 
pilnuje Tyńca, a z Cieszyna od Generalności rzadko przychodzą wieści. 
Łaskawie tylko poinformowali, że francuski pułkownik już tu nie wróci, ale o 
wsparciu wojska ani jednego słowa. Mamy tu zdechnąć z głodu, albo czekać aż 
Rosjanie nas wytłuką?! Brakuje nam koni, a amunicji wystarczy tylko na jedną 
bitwę. - Tłumaczył dowódca Radzymiński.
   - Czasy są trudne, u mnie też nie najlepiej z gotówką. Zdobyłem trochę 
wojennych łupów, jeśli chcecie, możemy dokonać wymiany. Za paszę mogę wam 
oddać trochę koni, sami zdecydujcie co z nimi zrobić. Oczywiście, doraźna 
pomoc nie rozwiąże problemy, ale chwilowo muszą wystarczyć fundusze którymi 
zasila was Lanckorońskie miasto. - Pułaski wskazał rosyjskie konie, które i 
tak zamierzał sprzedać.
     - Weźmiemy je chętnie, bo akurat furażu mamy pod dostatkiem. Każę też 
przygotować wygodną izbę, bo widać mości Marszałku, żeście umęczeni długą 
jazdą. - Pułkownik Szyc polecił również kucharzom zorganizowanie szybkiego 
posiłku dla dowódcy i przybyłej armii.
     - Pojutrze wyruszę dalej, bo Suworow podobno kieruje się na 
Częstochowę. Ale dwa dni wypoczynku muszę ludziom przyznać, w tym czasie 
rozstawimy kilka patroli i uruchomimy posterunki dla poczty, zapewnią nam 
świeże informacje i szybki kontakt. - Jeszcze tego wieczoru rozprawiano o 
lanckorońskiej bitwie. Pułaski też nie ukrywał wieści z Zamościa. Ze 
smutkiem stwierdził że w narodzie wygasa miłość do ojczyzny.

pozdrawiam Irena
Re: z serii: konfederackie boje w 1771 roku
#18612
Author: Les Pe
Date: Sun, 05 Oct 2008 09:06
31 lines
2545 bytes
Użytkownik "irena"

>   Mając tak wiernego Czytelnika, trudno oprzeć się pokusie wysyłania 
> newsów [...]
>   Mam też pytanie, dlaczego zarzuciłeś pisanie? To żeśmy sobie kilka 
> kuksańców posłali, nie powinno mieć znaczenia w kontynuowaniu zabawy w 
> Kamiennym Kręgu.

Dla mnie to zawsze była zabawa i właśnie tej zabawy już tu nie czuję.
Ale może kiedyś przestanie ciążyć jeden z tych kamieni? Kto wie?
Mimo wszystko nie popadam w bezczynność - jako człek renesansu realizuję się 
na innych niwach.

> Jako człowiek o wolnych poglądach, krytykowałam Twoje niektóre "literackie 
> pomysły", uznałeś to za przejaw wrogości? - Niepotrzebnie!

Nie, skąd! Przyznaję się do impulsywności i w związku z tym irytowały mnie 
niektóre Twoje wypowiedzi, ale o wrogości nigdy mowy być nie mogło. Zawsze 
żywiłem do Ciebie dość ciepłe uczucia, dlatego ani sroga krytyka, ani tym 
bardziej słodzenie, z mojej strony Ci nie groziło.
Nigdy też nie padły z Twojej klawiatury słowa, "których mocą żadną cofnąć 
nie można" co jest dla mnie najważniejszym wyznacznikiem osobistej kultury.
Zostańmy przy tem więc, żem jest najwierniejszym czytelnikiem Twem ;)

Co do samego tekstu: w zdumienie wprawia mnie postęp jakiego dokonałaś w 
szeroko rozumianych zagadnieniach militarnych. Niedawno myliłaś szablę z 
mieczem, a teraz lekko operujesz pojęciami z zakresu taktyki. Brawo!

-- 
P.Lep's 
Thread Navigation

This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.

Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.

Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.

Back to All Threads