🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

Article View: pl.hum.pisarstwo
Article #18613

Re: z serii: konfederackie boje w 1771 roku (cz. II-Zamość)

#18613
From: irena
Date: Sat, 04 Oct 2008 18:54
179 lines
14056 bytes
     Zamość

    Za czasów Króla Stefana Batorego w 1580 roku, Kanclerz Jan Zamojski 
szczycący się również tytułem Hetmana Wielkiego Koronnego, człowiek 
niepospolitego umysłu znający wiele obcych języków i wszechstronnie 
wykształcony przez najlepsze europejskie uczelnie, postanowił wybudować 
miasto-stolicę dla ordynacji Zamojskich. Włoski Architekt Bernardino Morandi 
zrealizował to marzenie, a jego projekt nawiązujący do ideałów renesansowej 
architektury zadziwił pięknem budowli i przestrzenną funkcjonalnością. 
Silnie ufortyfikowane zamkowe miasto z siedmioma bastionami i trzema bramami 
osadzonymi w grubych murach otoczono szerokimi i głębokimi rowami 
napełnionymi wodą. Tajemne podziemne przejścia umożliwiały ucieczkę, ale 
najczęściej służyły obrońcom dla wypadów na tyły atakującego wroga.
    W ciągu kilku lat wybudowano też olbrzymie centrum gospodarcze, które 
zapewniało duże dochody swoim właścicielom. Jan Zamojski poza 
bezpieczeństwem zapewnił miastu różne przywileje i ulgi, szybko więc stało 
się ważnym ośrodkiem handlu, nauki i kultury. Ten potężny ród utrzymywał 
liczne wojsko, miał również własne sądownictwo i wyższą uczelnię. Kształcono 
teologów, filozofów, lekarzy, a także w duchu obywatelskim wychowywano 
młodzież na przyszłych polityków.
    Do tego miasta zmierzali konfederaccy Marszałkowie Pułaski i Książę 
Lubomirski, spodziewali się tu zapasów broni, magazynów żywności i furażu.
    Po niezwykle krwawych i zażartych bojach w Majdanie, całą radość z 
wygranej bitwy przytłumiło zmęczenie. Mimo to żaden wojownik nie sarkał 
kiedy wydano rozkaz przeczesywania pobliskich terenów. Poczucie 
bezpieczeństwa było najważniejsze, a zamysł okazał się trafny, bo z 
północnego kierunku, w stronę miasta zdążała rosyjska chorągiew konnych 
strzelców. Gdyby ich ogniowe wsparcie w porę dotarło do walczących Rosjan, 
losy bitwy mogłyby zupełnie inaczej się potoczyć, teraz ta grupa nie miała 
już żadnych szans aby zaszkodzić konfederackiej armii. W kleszczowym 
uścisku, bez jednego strzału, oddali broń i konie. Życie ratowali dołączając 
do pokaźnego grona jeńców.
   W czasie kiedy rozbrajano Rosjan, książę rozmyślał o noclegu dla ludzi.
   - Darujmy już sobie dalsze wędrówki i wracajmy do miasta. Ludzie muszą 
odpocząć po ciężkiej walce. - Zaproponował Pułaskiemu.
    - Wszyscy jesteśmy zmęczeni, ale armia  Suworowa ciągle depcze nam po 
piętach, powinniśmy jak najszybciej dotrzeć do Zamościa. W twierdzy łatwiej 
się bronić, tutaj będziemy ciągle ponosić straty. -
    - Dzień się kończy, a na zorganizowanie nocnego obozowiska potrzeba 
czasu, konie też nie są z żelaza, osłabione, będą łamać nogi! - Żachnął się 
Lubomirski.
    - Spokojnie przyjacielu, spokojnie., zawsze się porozumiewaliśmy, więc i 
tym razem nie powinno być inaczej. Jeżeli Rosjanie wysłali strzeleckie 
wsparcie, to znaczy że jeszcze  nie dotarły do nich wiadomości o porażce w 
dzisiejszej bitwie. Poza tym, miasto utrzymywało duży garnizon, więc tak 
łatwo z niego nie zrezygnują. Chciałbym ten fakt wykorzystać i utwierdzić 
ich w przekonaniu że po bitwie było tu nasze obozowisko. Proponuję cofnąć do 
Majdanu grupę 200-stu ludzi, niech tam przenocują, a wczesnym rankiem 
zwracając na siebie uwagę, pożegnają mieszkańców.
    Ludzie boją się Kozaków, więc gładko wyśpiewają, że konfederacka 
kawaleria rano pocwałowała na północny-wschód. Tymczasem nasze pułki jeszcze 
dzisiaj z całą artylerią i zaopatrzeniem przemieścimy około 30-ści 
kilometrów, to jest do miejsca jutrzejszej porannej przeprawy. W ten sposób 
uzyskamy przewagę kilku godzin. Kiedy  oni dotrą do rzeki, my będziemy już 
po drugiej stronie Sanu. Przeprawiać powinniśmy się w pobliżu flisackiej 
przystani w okolicy Ulanowa, są tam spokojne wody, konie i ludzie pokonają 
rzekę wpław, a na którymś z brzegów zawsze dyżuruje jakaś tratwa lub łódź, 
która przetransportuje nasze działa i wozy. -
    - Znam to miejsce, a pomysł nawet przypadł mi do gustu. Tylko której 
chorągwi powierzyć tak trudne zadanie? - Lubomirski już się rozchmurzył.
   - Mogą być moi Bośniacy, są czujni i sprytni, w ariergardzie nigdy nie 
zawiedli. - Pułaski odetchnął z ulgą, nie miał pewności czy przedstawiony 
plan spodoba się księciu.
   - W moim pułku też znajdą się tacy, którzy chętnie dołączą do waszych 
Bośniaków. - Książę Marcin przywołał wojownika o imieniu Tibor. W średnim 
wieku, postawny Węgier był nie tylko mistrzem krzywej szabli, ale potrafił 
też walczyć na odległość celnie rzucając nożami. Przed laty porzucił służbę 
w węgierskim wojsku, jako uciekinier znalazł schronienie na polskiej ziemi. 
Aby z czegoś żyć, zaciągnął się do konfederackiej kompanii księcia i bardzo 
chwalił ją sobie. Usposobieniem różnił się od rodaków, niewiele mówił, ale 
nie przeszkadzało mu gadulstwo kamratów, oni zaś cenili go za waleczność i 
pomysłowość w walce. Liczyła się jego szabla i zbójeckie sztuczki które 
czyniły wielkie spustoszenia w szeregach wroga.
   - Tiborze, podobno świetnie porozumiewacie się z Bośniakami? -
   - Ten język od czasu kołyski nie jest mi obcy, moja matka pochodzi z 
Bośni. -
   - To dobrze się składa, bo chcę was wyznaczyć na dowódcę wybranej 
dwudziestki zuchów, którzy przyłączą się do bośniackiej chorągwi Marszałka 
Pułaskiego. Razem będziecie osłaniać naszą przeprawę przez rzekę. - Książę 
wtajemniczył nowo mianowanego dowódcę w szczegóły zaplanowanej strategii.
    - Damy sobie radę, tylko., czy waszmość książę nie miałby nic naprzeciw, 
gdybym to ja wybrał tych ludzi do walki? - Zapytał Tibor.
   - Niech tak będzie, tylko pospieszcie się bo czas ruszać w drogę! -
   Szybkie przemieszczanie się po Puszczy Sandomierskiej nie należało do 
łatwych. Jazda nie byłaby tak uciążliwa, gdyby nie utrudniał jej gęsty 
mieszany drzewostan. Gałęzie rozrośniętych drzew nie przepuszczały 
słonecznych promieni i sprawiały że późne popołudnie objawiało się 
nieprzyjemną szarówką. W tych warunkach właściwa ocena leśnego poszycia 
wymagała dużej wprawy i koncentracji, szybko się o tym przekonano, kiedy 
czołówka wypatrzyła pierwsze grzęzawisko. Wyglądało niewinnie jak płytkie, 
zarośnięte chwastami rozlewisko, jednak koń parskał, a jeźdźcy uznali to za 
przestrogę.
    - Czasami lepiej zawierzyć końskim ślepiom, bo o zmierzchu  są mniej 
zawodne niż najlepszy wzrok człowieka. - Powiedział książę chwaląc 
adiutanta, który jadąc w przedzie kazał zatrzymać konie. Mimo wszystkich 
przeszkód, marszałkowie szczęśliwie doprowadzili pułki do wzgórza za którym 
już płynęła rzeka San. Znaleziono też małą kotlinkę, ciche, przytulne 
miejsce gdzie sprawnie zorganizowano obozowisko. Okolice wydawały się oazą 
spokoju, jednak nad bezpieczeństwem czuwali również uzbrojeni strażnicy.
    Noc była spokojna i ciepła, a poranek objawił się bezchmurnym niebem. 
Konfederaci świadomi dzisiejszych trudów, starannie przygotowywali się do 
wodnej przeprawy. Krótka przejażdżka na płyciźnie oswajała konie z zimnymi 
wodami Sanu, potem w miarę zanurzenia, kiedy ich kopyta traciły kontakt z 
gruntem, jeździec zsuwał się z końskiego grzbietu i płynął obok, trzymając 
też pas założony na końskiej szyi. Aby zmienić kierunek, delikatnie ręką 
uderzał policzek zwierzęcia, prawy by skręcić w lewo, lewy w stronę 
przeciwną.
    Dla tego typu przeprawy pomocnym ekwipunkiem kawalerzysty był kołnierz 
zakładany na szyję, do jego tylnej części mocowano tobołek, a w nim 
umieszczano pistolet i kilka drobiazgów które chroniono przed zamoczeniem. 
Pływano małymi grupami, ale i w takich wyłaniał się koń przewodnik, który 
wyprzedzając inne prowadził stado do brzegu. Pułaski i jego chorągwie 
pierwsi pokonali wpław rzekę, jeszcze ociekający wodą, ale już z szablą u 
boku, nerwowo ponaglali flisaków aby szybciej organizowali przeprawę 
galarami. Retman zarządzający łodziami i ludźmi miał już do czynienia z 
wojskiem, bez żadnych targów wykonywał polecenia marszałka. Z doświadczenia 
wiedział że zapłata od tych ludzi, chociaż w złocie niewielka była bardziej 
uczciwą niż podziękowanie batogami rosyjskiego najeźdźcy, który łodzie 
traktował jak własne, a flisaków miał za niewolników.
   - Waszmość zrozumcie, z wodą nie ma żartów, a galary musimy sprawdzić, 
dawno nie pływały. - Próbował uspakajać Pułaskiego, ale pośpiech, jemu też 
był na rękę. Wyczuwał dla siebie duże kłopoty, ostatnio Rosjanie często 
odwiedzali miasto i ludzi przepytywali o konfederackie wojska. Co będzie jak 
wrócą!?
     Płaskodenne łodzie dość szybko uwinęły się z przewozem zdobycznych koni 
i zaplecza konfederackiej armii, ale kiedy na brzeg zaczęli schodzić 
rosyjscy jeńcy.retman załamał się.
   - Waćpan wydałeś na mnie wyrok śmierci, kiedy żołnierze carycy dowiedzą 
się że wam pomagałem, spalą moje łodzie i puszczą mnie z torbami. - Trząsł 
się i płakał jak dziecko.
   - Jeńców wam nie zostawimy, a miastowych tu nie było, więc kto widział 
żeście nam pomagali? Nie ma czym się martwić. Być może za jakiś czas, te 
drogi będą kontrolowane przez konfederackie straże. - Pocieszał go Pułaski, 
ale stary flisak tylko machnął lekceważąco ręką.
   - Ludzie różnie mówią o waszych zwycięstwach i wielkich klęskach, 
widziałem też barskich zesłańców, ich plecy były czarne od zakrzepłej 
krwi. -
   - Człowieku weźcie się w garść, bo wystraszycie własnych kamratów, a za 
przeprawę płacę polską monetą, teraz jest lepsza niż kiedyś i nie 
fałszywa! - Marszałek uregulował należność i odprawił retmana, irytował go 
biadolący flisak.
   Kiedy armie obu wodzów uporały się z przeprawą, do rzeki dotarła 
ariergarda, oczywiście Tibor przewodził Bośniakom! Pod jego dyktando, w 
krótkich odstępach czasu kolejna grupa zanurzała się w błękitnych wodach 
Sanu. Jeszcze nie wszyscy osiągnęli drugi brzeg, kiedy od strony 
południowego zakola, woda zaczęła przenosić melodyjne dźwięki harmonii. 
Niespodziewane pojawienie się pływającej jednostki to duże zagrożenie, 
bowiem w  wodzie trudno jest kierować koniem, a jeszcze trudniej przewidzieć 
jego reakcję. Muzyka stawała się głośniejsza, ale płynący bardziej obawiali 
się odwetu ze strony Rosjan po niedawnej walce w bliskim sąsiedztwie rzeki. 
Ten zażarty bój Bośniaków wprawdzie zakończył się ucieczką wroga, jednak 
nikt nie wątpił, że rosyjski dowódca Poliwanow już zorganizował pościg. 
Teraz liczył się tylko czas dotarcia na drugi brzeg, im krótszy, tym większa 
była szansa na uratowanie życia.
   Szczęśliwcy, którzy przepłynęli rzekę natychmiast dosiadali koni i 
grupowali się za niewielkim wzniesieniem porośniętym lasem i gęstymi 
krzewami. Zielony gąszcz był dobrą kryjówką dla koni i ludzi, kilku z nich 
podczołgało się bliżej wodnego koryta, aby obserwować przeprawę Tibora i 
jego grupy.
   Środkiem rzeki płynąca tratwa okazała się spławem drewna. Grube bale i 
pnie zbite poprzecznymi żerdziami tworzyły taflę. Dzisiejszy transport miał 
ich wiele, ciągnęły się szerokim pasem na długości aż sześćdziesięciu 
metrów. Muzyka ucichła, ale flisacy zachowywali się biernie, ciężar 
przewożonego drewna ograniczał wszelkie manewry. Pomimo strachu który 
wszystkim zaciskał gardła, konie i pływający ludzie szczęśliwie dotarli do 
płycizny drugiego brzegu. Niestety, w tym samym czasie z przeciwległego 
wzgórza ujawniły się artyleryjskie działa Rosjan. Pierwszy ostrzał był za 
krótki i nie trafił powstańców, ale.nie ominął tratwy. Wyrzucony w powietrze 
słup wody tylko na moment zasłonił koszmarny widok, kiedy połamane i 
rozsypane bale miażdżyły ciała ludzi obsługujących tratwę. Zginął retman, 
sternik i kilku flisaków, uratowali się tylko ci którzy przebywali na 
ostatnich  trzech taflach, uwolnione od liny ocalały razem z drygawkami  i 
tylko dzięki nim zdołano odpłynąć od miejsca tragedii.
   Przeprawa na rzece trwała ponad trzy godziny, w tym samym czasie przy 
rozpalonych ogniskach suszono mokrą odzież. Załadowane na wozach zapasy 
ubrań były kroplą w morzu potrzeb. Przydzielono je ostatniej grupie 
wychodzącej z wody.
    Dochodziła ósma rano,  połączone armie w dobrej kondycji wyruszyły w 
stronę Zamościa. 
Technical Details
Message-ID: <gc8ej7$efk$1@nemesis.news.neostrada.pl>
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.gazeta.pl!newsfeed.pionier.net.pl!news.internetia.pl!news.intelink.pl!newsfeed.neostrada.pl!atlantis.news.neostrada.pl!news.neostrada.pl!not-for-mail
References: <gb6bkk$ea4$1@atlantis.news.neostrada.pl>

Show Full Headers
Complete Article Headers
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.gazeta.pl!newsfeed.pionier.net.pl!news.internetia.pl!news.intelink.pl!newsfeed.neostrada.pl!atlantis.news.neostrada.pl!news.neostrada.pl!not-for-mail
From: "irena" <irausun32@neostrada.pl>
Newsgroups: pl.hum.pisarstwo
Subject: Re: z serii: konfederackie boje w 1771 roku (cz.
 II-Zamość)
Date: Sat, 4 Oct 2008 20:54:01 +0200
Organization: TP - http://www.tp.pl/
Lines: 180
Message-ID: <gc8ej7$efk$1@nemesis.news.neostrada.pl>
References: <gb6bkk$ea4$1@atlantis.news.neostrada.pl>
NNTP-Posting-Host: aarx129.neoplus.adsl.tpnet.pl
Mime-Version: 1.0
X-Trace: nemesis.news.neostrada.pl 1223146920 14836 83.5.209.129 (4 Oct 2008 19:02:00 GMT)
X-Complaints-To: usenet@news.neostrada.pl
NNTP-Posting-Date: Sat, 4 Oct 2008 19:02:00 +0000 (UTC)
X-Priority: 3
X-MSMail-Priority: Normal
X-Newsreader: Microsoft Outlook Express 6.00.2900.3138
X-MimeOLE: Produced By Microsoft MimeOLE V6.00.2900.3350
Content-Type: text/plain; charset=UTF-8
Content-Transfer-Encoding: 8bit