🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

3 total messages Started by margotka Thu, 14 Dec 2000 14:21
Kto lubi Waldemara Smigasiewicza?:-)
#547
Author: margotka
Date: Thu, 14 Dec 2000 14:21
24 lines
1972 bytes
Dzis w Narodowym na goscinnych wystepach bedzie mozna obejrzec "Slub".
Jestem ciekawa, co sadzicie o tym spektaklu i o innych przedstawieniach
Waldemara Smigasiewicza. Ja widzialam "Slub" w gdanskim "Wybrzezu" i moje
wrazenia nie byly zbyt dobre. Majac w pamieci owe przedstawienie, celowo
ominelam je pozniej na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych ...a tu: siup -
zespolowe wyroznienie aktorskie. Przemek Kozlowski powiedzial potem, ze
faktycznie moze i byl troche zmeczony wtedy w Gdansku...  Coz.
Niestety nie moge wybrac sie dzis do teatru, by ewentualnie zweryfikowac
swoje "gdańskie" wrazenie z tegoz. Jestem wiec bardzo ciekawa Waszego
zdania.

Widzial ktos jakies inne spektakle Smigasiewicza? Ja przypominam sobie np.
premierowe wystawienie "Operetki" w Miejskim w Gdyni <Milo ze strony Rity
Gombrowicz, ze przyjechala wtedy do Trojmiasta>. Pamietam, ze sie niezle na
nim wynudzilam. "Iwony..." - przyznam sie bez bicia - nie widzialam. Opinie
moich znajomych z tej inscenizacji byly jednak nieco wywazone i raczej
sklaniajace sie do krytyki niz aplauzu. Moze nie odpowiada mi po prostu
Smigasiewicz, jako Gombrowiczolog?
Pomysly na spektakle ma jednak naprawde ciekawe - to trzeba mu przyznac.

<Uraczylam Was dzis nieco goloslowiem, ale nie chce sugerowac niczego przed
obejrzeniem>
pozdr.
m.
Re: Kto lubi Waldemara Smigasiewicza?:-)
#548
Author: Tomasz Piotrowski
Date: Thu, 14 Dec 2000 23:35
35 lines
3304 bytes
Ja, od dzisiaj. Ale po kolei...
Usiadłem jak zwykle w pierwszym rzędzie, tuż przy końcu wystającego spod
kurtyny pomostu. Obok leżał wielki kamień. Ze szczeliny pod kurtyną
wydobywał się leniwie biały dym. Zgasły światła i powoli zaczął się
odsłaniać ciąg dalszy scenografii, której początek miałem na wyciągnięcie
ręki. Pomost wił się zakosami i lekko wznosząc ginął gdzieś w
nieskończoności. Sprawiał wrażenie górskiej ścieżki niknącej we mgle.
Pośrodku sceny rozszerzał się w niewielką platformę, która jak się później
okazało, stała się głównym miejscem wydarzeń. Wszystko spowite było mgłą i
oświetlone z góry mrocznym, stonowanym światłem kilku reflektorów. Czuć było
chłód. Henryk spotkał już Władzia i gdy zastanawiali się gdzie są, z góry po
pomoście stoczył się z łoskotem kamień. Sen to czy jawa? Niezwykle szybko,
jak na mnie, dałem się wciągnąć w psychodeliczny nastrój spektaklu. Byłem
świadkiem jak ojciec zostaje przemieniony w króla po to, by syn mógł go
obalić. Widziałem jak z początku zagubiony Henryk staje się tyranem by potem
znowu się zagubić drżąc o swoją władzę. I ten wielki kamień na pierwszym
planie. Kiczowate? Może, ale nie w momencie gdy Henryk tyran kładzie na nim
nóż dla Władzia, a ten z kolei ociągając się podnosi go szorując ostrzem.
Dreszcze. Czy naprawdę jest zimno, czy to tylko teatr? Pijaczyna zmienia się
w diabolicznego filozofa. Podnosi w górę palec, wielki palec symbol
namaszczenia, władzy, wiedzy, stworzenia. Palec Gombrowicza. Czy palec ten
może z dziwki zrobić niewiastę? Czy chodzi tu tylko o kobietę, czy może o
symbol utraconego domu, ojczyzny? Czy odbędzie się ślub z dziewczyną, której
niewinny obraz wynieśliśmy z wczesnej młodości? Czy naprawę, jak mówią
języki, się zeszmaciła? Kto jest temu winien? Władzio? Władzio! Ale przecież
sam złożył się w ofierze. To nie nasza wina, że miast ślubu będzie pogrzeb.
A może to tylko pretekst?

Pomimo, że spektakl trwał tylko 2.5 godziny, poczułem namiastkę tego
specyficznego nastroju jaki miałem po obejrzeniu "Lunatyków" Lupy. Uwielbiam
te chwile, gdy zapominam o Bożym świecie i staję się cząstką akcji
odgrywanej przede mną, takim małym myślącym ziarenkiem kurzu walającym się
gdzieś po scenie życia bohaterów sztuki.

T.
Re: Kto lubi Waldemara Smigasiewicza?:-)
#549
Author: margotka
Date: Mon, 18 Dec 2000 08:48
91 lines
5774 bytes
Pozwolisz Tomku, ze opisujac swoje wrazenia wespre sie swoimi notatkami ze
spektaklu, gdyz widzialam to przedstawienie dosyc dawno.

Tomasz Piotrowski napisał(a) w wiadomości: <91ble2$9ko$1@news.tpi.pl>...

>Usiadłem jak zwykle w pierwszym rzędzie, tuż przy końcu wystającego spod
>kurtyny pomostu. Obok leżał wielki kamień. Ze szczeliny pod kurtyną
>wydobywał się leniwie biały dym.

W gdanskim przedstawieniu dym wydobywal sie z "otchlani" intensywnie;-)  -
gesto i wonnie opasajacy cala sale teatralna, byl swietnym wstepem do
wprowadzenia widzow w konwencje oniryczna "Slubu", gdyz przez lzy, wywolane
podraznieniem oczu, swiat rzeczywiscie zdawal sie byc nierzeczywistym;-)

Kamien. Z tego, co pamietam, tylko raz, na poczatku dramatu, wspomnial o nim
(i to w dosyc enigmatyczy sposob) Gombrowicz. Zapowiadalo sie naprawde
interesujaco. (Szczegolnie pamietajac o Smigasiewiczowym pomysle na
spektakl - patrzenie na "Slub" przez pryzmat "Boskiej Komedii" Dantego.)

>Zgasły światła i powoli zaczął się
>odsłaniać ciąg dalszy scenografii, której początek miałem na wyciągnięcie
>ręki. Pomost wił się zakosami i lekko wznosząc ginął gdzieś w
>nieskończoności. Sprawiał wrażenie górskiej ścieżki niknącej we mgle.

Mi to wysuniecie sceny jakos nieodparcie kojarzylo sie z krakowskimi
"Dziadami" Swinarskiego.

>Henryk spotkał już Władzia

No tak.. Obaj pojawili sie od strony widowni - wlasnie w ten sposob trafiamy
do snu Henryka (wydawaloby sie - dosyc udany, gdyby nie spleciony z krotka
pogadanka z "zaswiatow"-glosnikow;-P) Tu pojawily sie moje pierwsze
watpliwosci - gdzie Witoldowa masza ludzko-ludzka?
I znowu "Dziady" - Mania (Katarzyna Strojna) w bialej sukni z duzymi
rozcieciami, z czarnymi, opadajacymi na ramiona wlosami i nagimi stopami
byla dla mnie remakiem Zosi (Anna Dymna). Tyle ze nie zostalo w niej nic ze
"swietej grzesznicy". Przywodzila na mysl raczej Kantorowska kukle,
wydobywajaca z siebie nieartykulowane, ciche i piskliwe dzwieki.
"Manekinowala" soba na prawo i lewo i nijak nie moglam zobaczyc w niej
karczemnej sluzacej i "dziwki do sluzenia zwyczajnego".... Podobne
zastrzezenia mialabym do postaci Matki - z wysokimi rozporkami eksponujacymi
nogi nie byla dla mnie "zmatczala" Matka - Karczmarka. A gdy Ojciec
powiedzial do Henryka "Mama nie mama, a lepi z daleka" - no to sugestia
kaziroctwa az mnie zniesmaczyla. Ale moze to tylko moje odczucia...


>Czy naprawdę jest zimno, czy to tylko teatr? Pijaczyna zmienia się
>w diabolicznego filozofa.
Podnosi w górę palec, wielki palec symbol
>namaszczenia, władzy, wiedzy, stworzenia.

Dantejskie pieklo ozywa. Zwykly palec Pijaka rownowazy sie z palcem bozym,
przez co sam Pijak nabiera mocy i emanuje ta, narzucona przez forme
boskoscia. Boskosc Pijaka jest bluzniercza - palec Pijaka potrafi osmieszyc,
skalac, zabic.. Jak pisal Gombrowicz - "taki ta palic chlopski... w sam raz
do dlubania w nosie". Dzieki relacji Ja-Ty w tym, co miedzyludzkie, ujawnia
sie ponadludzkie. Sobowtorowa relacja Pijak - Bog przywolala dla mnie echa
romantycznego wyobrazenia sobowtora, ukazujacego drugie Ja w postaci
szatana.
Od momentu, gdy wypelzl on (Pijak) z mrocznych czelusci - wszyscy mu sie
podpozadkowali - swiadomie badz nie. Jego zmiannosc i niekonsekwentna,
zdawaloby sie postawa (pod wzgledem aktorskim), nie byly niedopatrzeniem.
Maciej Orlowski wcielil sie bowiem - genialnie! - nie tylko w zwyklego
Pijaka, ale samego Diabla, ktory jako doskonaly intrygant doklejal sie jakby
do zbanalizowanej maski, narzuconej mu przez "miedzyludzkie". Pod nia dalej
pozostajac Zlem...
Pijak u Smigasiewicza to wg mnie naprawde przemyslana i naprawde dobrze
zagrana postac.

Po drugim podniesieniu kurtyny scenografia radykalnie sie zmienia, gdyz
pomostowate sciezki znikaja pod czarnym materialem. I to wlasnie czern jest
wtedy dominujacym kolorem... Do jadra ciemnosci juz chyba bardzo blisko. Dla
Smigasiewicza to dno niemocy i "rozpaczy, w ktorej wszystko sie topi".To w
tej infernalnej scenie Wladzio popelnia za namowa Henryka samobojstwo
 tylko dlaczego duzym nozem kuchennym?;-))
U Smigasiewicza Henryk odmawia przyjecia na siebie odpowiedzialnosci za
smierc i nie kaze, jak to sie dzieje w macierzystym tekscie dramatu, uwiezic
sie. Przez to bohaterowie tego jadra ciemnosci nigdy nie beda mogli dotknac.
Pozostawieni beda w zawieszeniu miedzy msza ludzko-ludzka, a ludzko -
boskim, choc moze i diabelskim oltarzem. Bo to wlasnie znaczenie oltarza
mial dla mnie eksponowany na pierwszym planie kamien. Czyzby to axis mundi,
laczacy absolut z czlowiekiem? Dodatkowego wymiaru nabiera on, gdy pomniec
inne kamienie, wytaczane ze sceny przed pojawieniem sie kazdej , nowej
postaci.. i kilka sekund pozniej, spadajace w mroczna otchlan.

I na koniec maly cytacik z "Boskiej..": "Ogromne glazy przeciw sobie tocza.
(...) Z obu stron daza na kres przeciwlegly, srod ciaglych obelg i glazow
postuku(...) zgiete ksztalty cieni."

pozdr.
m.
Thread Navigation

This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.

Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.

Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.

Back to All Threads