🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

Thread View: pl.hum.pisarstwo
5 messages
5 total messages Started by LeP Wed, 30 Jun 2010 22:51
Wielki Atlas Ptaków (o niebie, cudach i śmierci, która nie dzieli)
#18879
Author: LeP
Date: Wed, 30 Jun 2010 22:51
202 lines
13424 bytes
Na przekór totalnym prognozom wszechobecnego ocieplenia, zima tego roku była
wyjątkowo długa i mroźna. Blu, który niebawem miał obchodzić setne urodziny
marniał z każdym dniem. Stracił apatyt i mocno wychudł, zaczęły mu
dokuczały stawy, więc  nieomal całkowicie musiał zrezygnować ze swoich
ulubionych, codziennych spacerów do pobliskiego parku. Na domiar złego
problemy z prostatą spowodowały paskudne zapalenie pęcherza. Szczerze
mówiąc, to nie potrafił już sam oddać moczu i Kas musiała go trzy razy
dziennie cewnikować. Pocieszała się jedynie, że u mężczyzn w tym wieku to
norma. Najgorsze jednak, że oprócz utraty tężyzny, którą tak się zawsze
chełpił, posłuszeństwa zaczęły jednocześnie odmawiać zmysły. Ślepł, głuchł i
tępiał, pomimo rozpaczliwych wysiłków lekarzy i kobiety, która usiłowała go
utrzymać za wszelką cenę w dobrej formie. Z czasem przestał się więc
wpatrywać się w telewizor, słuchać radia i ulubionej muzyki z płyt.
Dziewczyna nie poddawała się jednak - rozmawiała z nim, wpatrując się w jego
brązowe, zmęczone, ale wciąż żywe oczy, szukając tamtych figlarnych ogników,
które towarzyszyły jej odkąd przyszedł na świat, dawno, dawno temu.
Wieczorami, gładząc czule jego rękę albo siwe włosy, czytała na głos
książki, które oboje tak bardzo kochali.

Mijały dni podobne do siebie jak płatki śniegu, które pokryły cały świat
białym całunem, aż nadszedł w końcu ten, gdy ból stał się nie do zniesienia.
Uniósł głowę z posłania i poprosił ją cicho o to, o co, zdawało mu się,
nigdy niemiałby odwagi poprosić. Patrzył na nią świadomy, jak bardzo ją ta
prośba zraniła
- Nie odchodź synku - wyszeptała bezgłośnie.

Przez chwilę miał wrażenie, że ich ból zrównał się. Była dzielna, nie
pokazała jak cierpi. Schyliła się nad nim, pocałowała czule w policzek,
poczuł jak jej słone krople ściekają mu po szyi. Potem położyła głowę na
jego owłosionej klatce piersiowej, wsłuchując w miarowy oddech. Trwali tak
dłuższą chwilę, napawając się swoja bliskością, aż świadomość cierpienia
bliskiej osoby przytępiła własny ból...


***

Technicznie nie było to nic trudnego. Odpowiednio opłacony lekarz podał mu
narkozę, taką samą jak przy klasycznych operacjach. Nie usnął od razu.
Rozejrzał się po pokoju, po twarzach bliskich mu osób, które otaczały
wianuszkiem jego posłanie. To wielkie szczęcie, że nie zabrali go do
szpitala, ze pozwolili mu umrzeć w domu. Przypomniał sobie wszystkie dobre
chwile jakich doznał od przyjaciół i rodziny, która stawiła się nieomal w
komplecie. Czuł ich milczącą obecność, czuł dotyk jakim go obdarzano, czuł
słony zapach łez, ale nie podzielał ich smutku. Wiedział, że nic lepszego
nie mogło go spotkać ...
Powieki zaczęły ciążyć a pokój pogrążać w mroku, zanim lekarz wpiął w
wenflon drugą strzykawkę.

***

Zwłoki Blu, zawinięte w prześcieradło, kołdrę i koce tężały za progiem w
śniegu, bo firma pogrzebowa miała zabrać ciało dopiero o świcie.

Kas i Les siedzieli długo w noc, pijąc grzane wino, oglądając stare zdjęcia
i rozmawiając, ale tematem nie był Blu. Świadomie wybrali takie albumy , w
których nie mogło go być, bo oglądanie i wspominanie Blu  byłoby jeszcze
zbyt bolesne.
Oczy mieli suche, bo morze wylanych łez oczyściło ich i uspokoiło, ale
oboje potrzebowali więcej czasu, by emocje przyschły.
W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat wiary.
- Zauważyłem, ze stajesz się z wiekiem coraz bardziej uduchowiony. Czy
dopuszczasz do siebie możliwość reasumpcji swoich kanonów wiary? - zapytała
dziewczyna.
- To przywilej wieku - odparł Les. - I czysta kalkulacja. W końcówce życia
nie mamy już tyle sił na łajdactwa, czas też działa na nasza korzyść, w
każdym razie asceza u starych ludzi nie trwa nazbyt długo - głupotą byłoby
więc nie wierzyć.
Kas popatrzyła na niego uważniej. Naprzeciw siedział szczupły,
pięćdziesięcioletni mężczyzna, ale tylko siwe skronie i sieć zmarszczek
mimicznych przy oczach świadczyły o jego wieku, a przy okazji również o jego
pogodnym usposobieniu. Normalnie zobaczyłaby w jego zielonych oczach wesołe
ogniki, ale ich brak nie zwiódł jej.
- Przecież wiesz,  że zawsze wierzyłem w znaki. Tych, których doświadczyłem
nie można przypisać ślepemu losowi. Choćby tego, że wywinąłem się śmierci
tyle razy.
- Mimo to jednak nie miałeś lekkiego żywota?  - zauważyła.
- Do Hioba też mi daleko.
To dobrze, że przyjechała do mnie z Blu - pomyślał.  Dla niej samej,
delikatnej i wrażliwej, mogło to być doświadczenie traumatyczne. Miał też
nadzieję, że tych kilka dni spędzonych razem, zbliży ich. Od czasu jak
wyprowadziła się, nie mieli zbyt wielu okazji do spotkań.
- A więc to, że nabiłeś sobie jedynie kilka siniaków wyskakując na peron z
pędzącego pociągu, że wyszedłeś z krwawej bójki 'tylko' z wylewem
podpajęczynkowym, że wróciłeś do zdrowia po operacji, po której nikt ci nie
dawał szans na normalne funkcjonowanie, że nie zabił albo okaleczył cię ten
tramwaj, pod którego wskoczyłeś goniąc autobus, że pokonałeś fale przyboju i
udało ci się resztką sił dopłynąć do brzegu, że nie zabiłeś siebie i tej
prostytutki, która biegnąc do zatrzymującego tira otarła się o maskę twojego
pędzącego auta.
- Och, lista jest o wiele dłuższa. Choćby to, że spotkałem twoja matkę.
- A to, że się z nią rozstałeś to też znak?! - fuknęła dziewczyna. Czuł, że
ciągle ma o to do niego pretensję.
- Oczywiście, zaliczam to do cudów. I nie myl faktów. Rozstaliśmy się na jej
wyraźne życzenie. Może to, co mówi do tej pory o tym nie świadczy, ale jej
zachowanie, wtedy gdy próbowaliśmy być razem - tak. Ma to zresztą wymiar
metafizyczny i wieloznaczny, bo gdybym jej nie poznał - nie byłoby ciebie,
gdybym zaś został z nią trochę dłużej - zwariowałbym. Poza tym gdybyśmy się
nie rozstali, nie poznałbym Jo, a to już naprawdę byłby anty-cud.
- I myślisz, ze to wszystko to jakieś znaki? I co one oznaczają niby?
- Nie powiedziałem, że potrafię je interpretować, nie wiem nawet czy
kiedykolwiek mi się to uda, wielkim cudem jest już to tylko, że potrafię  je
dostrzec.
- Ale cóż mają za wartość, skoro nawet nie wiesz, co oznaczają?
- Czasem los doświadcza  boleśnie, zdaje się po to tylko, aby dać nową
nadzieję i siłę. Tak jest gdy masz problemy ze zdrowiem, tracisz pieniądze,
majątek, albo nawet kogoś bliskiego. Modlisz się wtedy i dziękujesz, że nie
dotknęło cię coś jeszcze gorszego. A znaki nie muszą być wizualne. Niekiedy
dopiero po latach dowiadujesz się przypadkiem, że coś, co wydawało się być
klęską, stało się później furtką do szczęścia albo lepszego życia.
Opowiem ci coś:
Gdy byłem młody, moi rodzice przeprowadzali się często, zmieniałem szkoły,
znajomych, było to bardzo stresujące. Kiedyś, w takim nowym miejscu,
mniejsza o to w jaki sposób, podpadłem miejscowemu gangowi i wydawało się,
że nie ma dla mnie ratunku. Nazajutrz musiałem się z nimi skonfrontować, ale
byłem pełen najczarniejszych myśli. Bez nadziei i wiary nie miałbym odwagi,
by stawić im czoła i przegrałbym w walce, albo co gorsza uciekł i być może
uciekał już do końca życia. Nie mogłem usnąć, co jeszcze gorzej wpływało na
moje samopoczucie i odbierało siły. Miałem ochotę się gdzieś ukryć, ale
wiedziałem, że idealnej kryjówki w moim przypadku nie ma.
Była ciepła, gwieździsta, wiosenna noc. Podszedłem do otwartego okna,
odsunąłem firankę, oparłem rozpalonym od emocji czołem o chłodną szybę - i
o mało nie dostałem zawału. Wystrzeliła spod mej piersi i w dzikim tańcu
zataczała kręgi po pokoju, przewracając lampę, zrywając plakaty,
zrzucając z regału papierowe modele, w które włożyłem tyle pracy, po prostu
niszcząc wszystko na swojej drodze. Byłem sto razy większy i silniejszy od
niej, ale bałem się jej, tego, że nie potrafię przewidzieć jej lotu, że nie
potrafię jej schwytać. Nieźle wtedy narozrabiała.


To była młodziutka, malutka jaskółka. Być może zgubiła drogę do gniazda, a
być może schowała się tu umyślnie? Kto wie?

W każdym razie kiedy w końcu ochłonąłem, ona też przestała się miotać.
Zrozumiałem, że to było przesłanie, znak. Że to stało się po coś. Ze większy
i silniejszy nie zawsze ma przewagę. Że nawet gdyby w tym pokoju było
dziesięciu ludzi, nie daliby rady jej złapać. Nad ranem, gdy spałem,
wyfrunęła  przez otwarte okno a mi pozostała nadzieja. Mniejsza o to jak,
ale dałem sobie radę i nikt mnie potem już nie gnębił...

- Och tato! To był przypadek. Co innego gdyby to był orzeł bielik, ale po
niebie lata tysiące jaskółek, a tę po prostu zaskoczyła noc. Nie przekonałeś
mnie. Nie nawrócisz mnie, bo nie wierzę w żadne znaki. Przez ciebie odeszła
mama a dziś odszedł mój najlepszy przyjaciel i to ja musiałam podjąć decyzję
o jego uśpieniu - w oczach dziewczyny znów pojawiły się łzy. - Och, nigdy
się nie dowiem czy podjęłam właściwą.  Dałabym wszystko za informację, że
jest już bezpieczny, tam po drugiej stronie, ale oczywiście tym razem na
żaden znak nie można liczyć.  Chyba, że będziesz starał się mnie przekonać,
że brak znaku to też znak...
Wstał z zamiarem przytulania jej, ale nie dała mu tej szansy.
- Nie, proszę... Chcę zostać sama - dodała szybko, widząc, że sprawiła mu 
tym
wielką przykrość.
- Dobranoc - powiedział cicho i ocierając wilgotne oczy wierzchem dłoni 
wyszedł
do drugiego pokoju.

***

Sny otuliły go jak mroczny, duszny kokon. Był w labiryncie bez wyjścia
a ściany pokrywały dziwne runiczne znaki, symbole i hieroglify.
Próbował napierać na kamienne bloki, ale sprężynowały odpychając go. Biegł,
a właściwie płynął w powietrzu tak ciężkim jak woda. Krzyczał z całych sił,
ale z gardła nie wydostawał się żaden dźwięk. Siły opuściły go, upadł
bezwładnie na wznak na mokrą i śliską podłogę, a myśli jak kruki spłynęły z
czarnego sufitu i zataczały coraz ciaśniejsze kręgi nad jego głową.
To zły znak - pomyślał i wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki,
zaczęło się robić jaśniej.
Zastanawiał się przez małą chwilę, czy różdżka powinna tylko dotykać, czy
może też potrząsać i jaka cześć ciała jest najodpowiedniejsza, aby stała się
absolutna jasność - i w tym momencie  poczuł, że to bez wątpienia powinno
być ramię.
 - Tato! - dobiegł go cichy, dziewczęcy głos.
 - Córeczko, co robisz w moim śnie?  - chciał zapytać, ale było to tak
nierealne, że bezwiednie otworzył oczy. Było już zupełnie jasno.
- Tato, proszę, wstań i chodź do kuchni. Muszę ci coś pokazać!  - Dziewczyna
puściła jego ramię, ale w jej głosie czuć było takie napięcie, że nie
ociągał się dłużej. Był na granicy jawy i snu i przez chwile przyszło mu
nawet na myśl, że może Blu zmartwychwstał.  Nie, to przecież bez sensu...
- Tylko zachowuj się cicho - poprosiła i pociągnęła go za rękę.

W kuchni, na parapecie okna siedziała najprawdziwsza sowa uszata i
wykręcając nienaturalnie głowę wpatrywała się  swoimi dużymi oczami w dwójkę
przytulonych do siebie ludzi.

http://picasaweb.google.pl/lespe.picasa/Uszatka?authkey=Gv1sRgCOuj6rugyZjCZQ&feat=directlink


LeP

Dla Blu, pełnoprawnego członka naszej rodziny, mojego serdecznego kompana,
towarzysza wielu dalekich wypraw, spowiednika, nauczyciela, obrońcy przed
całym złem świata. Byliśmy obaj świadkami wielu cudów, ale największym było
to, że los postawił nas na swojej drodze. Żegnaj drogi przyjacielu!

BLUES - owczarek rasy niemieckiej (26.06.1997 - 8.02.2010) wszechstronnie
wyszkolony i wykształcony, w młodości aktor telewizyjny (TVP), mający w
swoim życiorysie epizod pracy w organach porządku publicznego, dwukrotnie
poważnie ranny na służbie, miłośnik kotów, ptaków i niektórych ludzi.
Pustki po tobie nie da się niczym wypełnić.

http://picasaweb.google.pl/lespe.picasa/BLUES02?authkey=Gv1sRgCImczuXt_5GJ-QE&feat=directlink 
Re: Wielki Atlas Ptaków (o niebie, cudach i śmierci, która nie dzieli)
#18880
Author: jacek
Date: Thu, 15 Jul 2010 04:26
205 lines
14309 bytes
On 1 Lip, 00:51, "LeP" <l...@onet.pl> wrote:
> Na przekór totalnym prognozom wszechobecnego ocieplenia, zima tego roku była
> wyjątkowo dumna i mroźna. Blu, który niebawem miał obchodzić setne urodziny
> marniał z każdym dniem. Stracił apetyt, wychudł, zaczęły mu
> dokuczać stawy, więc niemal całkowicie musiał (ew. więc nieomal chciał)  zrezygnować ze swoich
> ulubionych, codziennych spacerów do pobliskiego parku. Na domiar złego
> problemy z prostatą spowodowały paskudne zapalenie pęcherza. Szczerze
> mówiąc, nawet nie bardzo mógł sam oddać mocz i Kas musiała go trzy razy
> dziennie cewnikować. Pocieszała się jedynie, że u mężczyzn w tym wieku to
> norma. Najgorsze jednak, że oprócz utraty tężyzny, którą tak się zawsze
> chełpił, posłuszeństwa zaczęły jednocześnie odmawiać zmysły. Ślepł, głuchł i
> tępiał, pomimo rozpaczliwych wysiłków lekarzy i kobiety, która usiłowała go
> utrzymać za wszelką cenę w dobrej formie. Z czasem przestał się więc
> wpatrywać się w telewizor, słuchać radia i ulubionej muzyki z płyt.
> Dziewczyna nie poddawała się jednak - rozmawiała z nim, wpatrując się w jego
> brązowe, zmęczone, ale wciąż żywe oczy, szukając tamtych figlarnych ogników,
> które towarzyszyły jej odkąd przyszedł na świat, dawno, dawno temu.
> Wieczorami, gładząc czule jego rękę albo siwe włosy, czytała na głos
> książki, które oboje tak bardzo kochali.
>
> Mijały dni podobne do siebie jak płatki śniegu, które pokryły cały świat
> całunem, aż nadszedł w końcu ten, gdy ból stał się nie do zniesienia.
> Uniósł głowę z posłania i poprosił ją cicho o to, o co, zdawało mu się,
> nigdy niemiałby odwagi poprosić. Patrzył na nią świadomy, jak bardzo ją ta
> prośba zraniła
> - Nie odchodź synku - wyszeptała bezgłośnie.
>
> Przez chwilę miał wrażenie, że ich ból się zrównał. Była dzielna; nie
> pokazała jak cierpi. Schyliła się nad nim, pocałowała czule w policzek,
> poczuł jak jej słone krople ściekają mu po szyi. Potem położyła głowę na
> jego owłosionej klatce piersiowej, wsłuchując się w miarowy oddech. Trwali tak
> dłuższą chwilę, napawając się swoja bliskością, aż świadomość cierpienia
> bliskiej osoby przytępiła własny ból...
>
> ***
>
> Technicznie nie było to nic trudnego. Odpowiednio opłacony lekarz podał mu
> narkozę, taką samą jak przy klasycznych operacjach. Nie usnął od razu.
> Rozejrzał się po pokoju, po twarzach bliskich mu osób, które otaczały
> wianuszkiem jego posłanie. To wielkie szczęcie, że nie zabrali go do
> szpitala, ze pozwolili mu umrzeć w domu. Przypomniał sobie wszystkie dobre
> chwile jakich doznał od przyjaciół i rodziny, która stawiła się niemal (tak raczej wynika z kontekstu) w
> komplecie. Czuł ich milczącą obecność, czuł dotyk jakim go obdarzano, czuł
> słony zapach łez, ale nie podzielał ich smutku. Wiedział, że nic lepszego
> nie mogło go spotkać ...
> Powieki zaczęły ciążyć a pokój pogrążać w mroku, zanim lekarz wpiął w
> wenflon drugą strzykawkę.
>
> ***
>
> Zwłoki Blu, zawinięte w prześcieradło, kołdrę i koce tężały za progiem w
> śniegu, bo firma pogrzebowa miała zabrać ciało dopiero o świcie.
>
> Kas i Les siedzieli długo w noc, pijąc grzane wino, oglądając stare zdjęcia
> i rozmawiając, ale tematem nie był Blu. Świadomie wybrali takie albumy , w
> których nie mogło go być, bo oglądanie i wspominanie Blu  byłoby jeszcze
> zbyt bolesne.
> Oczy mieli suche, bo morze wylanych łez oczyściło ich i uspokoiło, ale
> oboje potrzebowali więcej czasu, by emocje przyschły.
> W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat wiary.
> - Zauważyłem, ze stajesz się z wiekiem coraz bardziej uduchowiony. Czy
> dopuszczasz do siebie możliwość reasumpcji swoich kanonów wiary? - zapytała
> dziewczyna.
> - To przywilej wieku - odparł Les. - I czysta kalkulacja. W końcówce życia
> nie mamy już tyle sił na łajdactwa, czas też działa na nasza korzyść, w
> każdym razie asceza u starych ludzi nie trwa nazbyt długo - głupotą byłoby
> więc nie wierzyć.
> Kas popatrzyła na niego uważniej. Naprzeciw siedział szczupły,
> pięćdziesięcioletni mężczyzna, ale tylko siwe skronie i sieć zmarszczek
> mimicznych przy oczach świadczyły o jego wieku, a przy okazji również o jego
> pogodnym usposobieniu. Normalnie zobaczyłaby w jego zielonych oczach wesołe
> ogniki, ale ich brak nie zwiódł jej.
> - Przecież wiesz,  że zawsze wierzyłem we znaki. Tych, których doświadczyłem
> nie można przypisać ślepemu losowi. Choćby tego, że wywinąłem się śmierci
> tyle razy.
> - Mimo to jednak nie miałeś lekkiego żywota?  - zauważyła.
> - Do Hioba też mi daleko.
> To dobrze, że przyjechała do mnie z Blu - pomyślał.  Dla niej samej,
> delikatnej i wrażliwej, mogło to być doświadczenie traumatyczne. Miał też
> nadzieję, że tych kilka dni spędzonych razem, zbliży ich. Od czasu jak
> wyprowadziła się, nie mieli zbyt wielu okazji do spotkań.
> - A więc to, że nabiłeś sobie jedynie kilka siniaków wyskakując na peron z
> pędzącego pociągu, że wyszedłeś z krwawej bójki 'tylko' z wylewem
> podpajęczynkowym, że wróciłeś do zdrowia po operacji, po której nikt ci nie
> dawał szans na normalne funkcjonowanie, że nie zabił albo okaleczył cię ten
> tramwaj, pod którego wskoczyłeś goniąc autobus, że pokonałeś fale przyboju i
> udało ci się resztką sił dopłynąć do brzegu, że nie zabiłeś siebie i tej
> prostytutki, która biegnąc do zatrzymującego tira otarła się o maskę twojego
> pędzącego auta.
> - Och, lista jest o wiele dłuższa. Choćby to, że spotkałem twoja matkę.
> - A to, że się z nią rozstałeś to też znak?! - fuknęła dziewczyna. Czuł, że
> ciągle ma o to do niego pretensję.
> - Oczywiście, zaliczam to do cudów. I nie myl faktów. Rozstaliśmy się na jej
> wyraźne życzenie. Może to, co mówi do tej pory o tym nie świadczy, ale jej
> zachowanie, wtedy gdy próbowaliśmy być razem - tak. Ma to zresztą wymiar
> metafizyczny i wieloznaczny, bo gdybym jej nie poznał - nie byłoby ciebie,
> gdybym zaś został z nią trochę dłużej - zwariowałbym. Poza tym gdybyśmy się
> nie rozstali, nie poznałbym Jo, a to już naprawdę byłby anty-cud.
> - I myślisz, ze to wszystko to jakieś znaki? I co one oznaczają niby?
> - Nie powiedziałem, że potrafię je interpretować, nie wiem nawet czy
> kiedykolwiek mi się to uda, wielkim cudem jest już to tylko, że potrafię  je
> dostrzec.
> - Ale cóż mają za wartość, skoro nawet nie wiesz, co oznaczają?
> - Czasem los doświadcza  boleśnie, zdaje się po to tylko, aby dać nową
> nadzieję i siłę. Tak jest gdy masz problemy ze zdrowiem, tracisz pieniądze,
> majątek, albo nawet kogoś bliskiego. Modlisz się wtedy i dziękujesz, że nie
> dotknęło cię coś jeszcze gorszego. A znaki nie muszą być wizualne. Niekiedy
> dopiero po latach dowiadujesz się przypadkiem, że coś, co wydawało się być
> klęską, stało się później furtką do szczęścia albo lepszego życia.
> Opowiem ci coś:
> Gdy byłem młody, moi rodzice przeprowadzali się często, zmieniałem szkoły,
> znajomych, było to bardzo stresujące. Kiedyś, w takim nowym miejscu,
> mniejsza o to w jaki sposób, podpadłem miejscowemu gangowi i wydawało się,
> że nie ma dla mnie ratunku. Nazajutrz musiałem się z nimi skonfrontować, ale
> byłem pełen najczarniejszych myśli. Bez nadziei i wiary nie miałbym odwagi,
> by stawić im czoła i przegrałbym w walce, albo co gorsza uciekł i być może
> uciekał już do końca życia. Nie mogłem usnąć, co jeszcze gorzej wpływało na
> moje samopoczucie i odbierało siły. Miałem ochotę się gdzieś ukryć, ale
> wiedziałem, że idealnej kryjówki w moim przypadku nie ma.
> Była ciepła, gwieździsta, wiosenna noc. Podszedłem do otwartego okna,
> odsunąłem firankę, oparłem rozpalonym od emocji czołem o chłodną szybę - i
> o mało nie dostałem zawału. Wystrzeliła spod mej piersi i w dzikim tańcu
> zataczała kręgi po pokoju, przewracając lampę, zrywając plakaty,
> zrzucając z regału papierowe modele, w które włożyłem tyle pracy, po prostu
> niszcząc wszystko na swojej drodze. Byłem sto razy większy i silniejszy od
> niej, ale bałem się jej, tego, że nie potrafię przewidzieć jej lotu, że nie
> potrafię jej schwytać. Nieźle wtedy narozrabiała.
>
> To była młodziutka, malutka jaskółka. Być może zgubiła drogę do gniazda, a
> być może schowała się tu umyślnie? Kto wie?
>
> W każdym razie kiedy w końcu ochłonąłem, ona też przestała się miotać.
> Zrozumiałem, że to było przesłanie, znak. Że to stało się po coś. Ze większy
> i silniejszy nie zawsze ma przewagę. Że nawet gdyby w tym pokoju było
> dziesięciu ludzi, nie daliby rady jej złapać. Nad ranem, gdy spałem,
> wyfrunęła  przez otwarte okno a mi pozostała nadzieja. Mniejsza o to jak,
> ale dałem sobie radę i nikt mnie potem już nie gnębił...
>
> - Och tato! To był przypadek. Co innego gdyby to był orzeł bielik, ale po
> niebie lata tysiące jaskółek, a tę po prostu zaskoczyła noc. Nie przekonałeś
> mnie. Nie nawrócisz mnie, bo nie wierzę w żadne znaki. Przez ciebie odeszła
> mama a dziś odszedł mój najlepszy przyjaciel i to ja musiałam podjąć decyzję
> o jego uśpieniu - w oczach dziewczyny znów pojawiły się łzy. - Och, nigdy
> się nie dowiem czy podjęłam właściwą.  Dałabym wszystko za informację, że
> jest już bezpieczny, tam po drugiej stronie, ale oczywiście tym razem na
> żaden znak nie można liczyć.  Chyba, że będziesz starał się mnie przekonać,
> że brak znaku to też znak...
> Wstał z zamiarem przytulania jej, ale nie dała mu tej szansy.
> - Nie, proszę... Chcę zostać sama - dodała szybko, widząc, że sprawiła mu
> tym
> wielką przykrość.
> - Dobranoc - powiedział cicho i ocierając wilgotne oczy wierzchem dłoni
> wyszedł
> do drugiego pokoju.
>
> ***
>
> Sny otuliły go jak mroczny, duszny kokon. Był w labiryncie bez wyjścia
> a ściany pokrywały dziwne runiczne znaki, symbole i hieroglify.
> Próbował napierać na kamienne bloki, ale sprężynowały odpychając go. Biegł,
> a właściwie płynął w powietrzu tak ciężkim jak woda. Krzyczał z całych sił,
> ale z gardła nie wydostawał się żaden dźwięk. Siły opuściły go, upadł
> bezwładnie na wznak na mokrą i śliską podłogę, a myśli jak kruki spłynęły z
> czarnego sufitu i zataczały coraz ciaśniejsze kręgi nad jego głową.
> To zły znak - pomyślał i wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki,
> zaczęło się robić jaśniej.
> Zastanawiał się przez małą chwilę, czy różdżka powinna tylko dotykać, czy
> może też potrząsać i jaka cześć ciała jest najodpowiedniejsza, aby stała się
> absolutna jasność - i w tym momencie  poczuł, że to bez wątpienia powinno
> być ramię.
>  - Tato! - dobiegł go cichy, dziewczęcy głos.
>  - Córeczko, co robisz w moim śnie?  - chciał zapytać, ale było to tak
> nierealne, że bezwiednie otworzył oczy. Było już zupełnie jasno.
> - Tato, proszę, wstań i chodź do kuchni. Muszę ci coś pokazać!  - Dziewczyna
> puściła jego ramię, ale w jej głosie czuć było takie napięcie, że nie
> ociągał się dłużej. Był na granicy jawy i snu i przez chwile przyszło mu
> nawet na myśl, że może Blu zmartwychwstał.  Nie, to przecież bez sensu...
> - Tylko zachowuj się cicho - poprosiła i pociągnęła go za rękę.
>
> W kuchni, na parapecie okna siedziała najprawdziwsza sowa uszata i
> wykręcając nienaturalnie głowę wpatrywała się  swoimi dużymi oczami w dwójkę
> przytulonych do siebie ludzi.
>
> http://picasaweb.google.pl/lespe.picasa/Uszatka?authkey=Gv1sRgCOuj6ru...
>
> LeP
>
> Dla Blu, pełnoprawnego członka naszej rodziny, mojego serdecznego kompana,
> towarzysza wielu dalekich wypraw, spowiednika, nauczyciela, obrońcy przed
> całym złem świata. Byliśmy obaj świadkami wielu cudów, ale największym było
> to, że los postawił nas na swojej drodze. Żegnaj drogi przyjacielu!
>
> BLUES - owczarek rasy niemieckiej (26.06.1997 - 8.02.2010) wszechstronnie
> wyszkolony i wykształcony, w młodości aktor telewizyjny (TVP), mający w
> swoim życiorysie epizod pracy w organach porządku publicznego, dwukrotnie
> poważnie ranny na służbie, miłośnik kotów, ptaków i niektórych ludzi.
> Pustki po tobie nie da się niczym wypełnić.
>
> http://picasaweb.google.pl/lespe.picasa/BLUES02?authkey=Gv1sRgCImczuX...


pięknie opowiedziane, Lep.

pozdrawiam,
jacek
Re: Wielki Atlas Ptaków (o niebie, cudach i śmierci, która nie dzieli)
#18882
Author: Gromek
Date: Thu, 15 Jul 2010 20:33
4 lines
1399 bytes
Ech, jak zaczynałem czytać, domyślałem się, że Blu to Blues. Przykro
mi LesPe.

Gromek
Re: Wielki Atlas Ptaków (o niebie, cudach i śmierci, która nie dzieli)
#18881
Author: LeP
Date: Fri, 16 Jul 2010 13:49
10 lines
1227 bytes
Użytkownik "jacek"
On 1 Lip, 00:51, "LeP" <l...@onet.pl> wrote:

> pięknie opowiedziane, Lep.

Pięknie dziękuję, Jacku.

-- 
LeP
Re: Wielki Atlas Ptaków (o niebie, cudach i śmierci, która nie dzieli)
#18883
Author: LeP
Date: Fri, 16 Jul 2010 13:57
12 lines
1353 bytes
Użytkownik "Gromek"
> Ech, jak zaczynałem czytać, domyślałem się, że Blu to Blues. Przykro
> mi LesPe.

Bardzo dziękuję, Gromku.
Nigdy nie sądziłem, że będę, przez tego rodzaju okoliczności, zmuszony do 
parania się literaturą faktu :'-(


-- 
LeP
Thread Navigation

This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.

Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.

Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.

Back to All Threads