🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

Article View: alt.pl.garfield
Article #2942

Re: nowy temat

#2942
From: Arnold Ziffel
Date: Fri, 25 Aug 2023 02:10
441 lines
23262 bytes
Puck <puck@dx.one.pl> wrote:

>> Albo by się tam nie odnaleźli. Z jakiegoś powodu siedzieli właśnie tam.
> 
> Może przez zupełny przypadek? Ja siedziałem na GGG przez przypadek, nie?

Z jednej strony tak, z drugiej strony pewnie wiele ludzi zajrzało na GGG i 
po chwili odeszło. Tak jak z innymi miejscami. Też zaglądam w różne 
miejsca, ale większość się "nie przykleja".

> Były jakieś tam mikroczynniki, które się zbiegły, ale pewnie mogłem
> wylądować w zupełnie innym miejscu. I czy to, czego doświadczałem było
> świadomie wybrane? Czy wiedziałem, że mogę zmienić środowisko?

Nie mówię, że świadomie :)

> Nah, pierwsze doświadczenia, niebardzo myślałem o tym w kategoriach, że 
> jest jakiś wybór.

Wtedy w ogóle ten wybór nie był za duży. Bo co tak naprawdę było oprócz 
grup... czaty, IRC? To było, ale dla kogoś na modemie w zasadzie 
niedostępne. Forów też jeszcze nie było. Usenet (i ten globalny, i różne 
prywatne hierarchie, jak GG czy cavern) idealnie się w to wpasował.

> I mówię to dlatego, że trochę nadal tak mam. W robocie te ostatnie osiem
> lat spędziłem w bardzo podobnym środowisku. W dużej mierze przez przypadek,
> bo równie dobrze mogłem trafić w zupełnie inne miejsce.

Ja w tej branży też pracuję przez przypadek. Jakby się jedna firma, do 
której aplikowałem, odezwała wcześniej, to pewnie projektowałbym teraz 
nawigacje samochodowe (albo coś zupełnie innego, bo pewnie Google Maps 
mocno ten rynek przekosiło).

> I przez cały ten czas myślałem, że bez trudu znajdę nowy zespół z 
> podobnymi zasadami. Nic bardziej mylnego :)

Czasem nie doceniamy tego, co mamy, dopóki tego nie stracimy...

> Chyba dążę do tego, że pierwsze doświadczenia mnie jakoś nastawiły.
> Gdybym za pierwszym razem trafił do korpo, pewnie po dziś bym się
> tam wypalał :)

Ja za pierwszym razem trafiłem do januszeksu (isildura nie liczę, bo to 
była taka zabawa, wypłata była dodatkowym bonusem). Potem do małej firmy o 
dużych aspiracjach (czyli niby nie korpo, ale zachowywała się jak korpo). 
Teraz typowe korpo. Długo się wypalałem, samoocena nie pozwalała mi 
zmienić pracy. Ale w końcu zmieniłem zespół i znowu jest dobrze.

>>> Ja po fazie w moim życiu, którą można nazwać GiMP ;)
>> W sumie ciekawe, jak można byłoby ją scharakteryzować ;) Ciekawi mnie, jak
>> mnie wtedy widziałeś. Chyba nie było tak źle, skoro nadal ze mną gadasz :D
> 
> Krindżowo, oczywiście. Ale to tylko dlatego, że to było 20 lat temu,
> więc to kwestia dojrzałości, którą wtedy miałem / mieliśmy ;)

Ja nie pamiętam na tyle wielu szczegółów, żeby móc mówić o krindżu :) 
Pamiętam spotkania w Rybitwie, nie było w nich nic krindżowego. Chyba że 
mówisz o aktywności online? No to tak, nie lubię siebie z wtedy ;)

> Poza tym bez względu na plusy i minusy, to pozytywnie. Widzę, że silnie 
> na mnie niektóre rzeczy wtedy wpłynęły.

Co dokładnie na ciebie wpłynęło?

> Jednak, co ciekawe, to był wyraźnie odmienny okres od wszystkiego co
> było i wcześniej i później. Niektórych elementów już nigdy nie powtórzyłem.
> Nie wartościuję, nie mowię, że bym chciał, albo że się z tego ciesze.
> Tylko obserwuję.

Może też dlatego, że i wcześniej, i później, byłeś już inną osobą, niż 
wtedy? Ale cały czas mam wrażenie, że ten okres był dla ciebie w jakiś 
sposób magiczny. Pytanie czy przez nas (Madi, ja), czy przez ogół tego, 
co się wtedy u Ciebie (w życiu i w środku) działo.

>> Narkotyki? Czy raczej patologia emocjonalna?
> 
> Emocjonalna. Echo jakichś wcześniejszych problemów, z domu, ze
> swojego środowiska w szkole (już na studiach wtedy byliśmy).
> Again, myślałem, że tak musi być. Nie odróżniałem normalnych,
> wspierających relacji od toksycznych, szantażu emocjonalnego, etc.
> Druga strona pewnie też nie, nie mam pretensji ;)

A to tak, wiem coś o tym. Akurat nie z ludźmi ze studiów (ci byli bardzo 
spoko, szkoda w sumie że kontakt się urwał), ale ogólnie. Pourywałem 
większość takich relacji. W sumie to wszystkie oprócz jednej, bo ta jedna 
ma jednak więcej plusów, niż minusów, i bilans jest dodatni. Ale resztę 
uzbędniłem. Szkoda życia.

Sporo uświadomiła mi obecna dziewczyna. Ona jest dobrym obserwatorem. 
Widzi moje relacje z ludźmi, mówi, co widzi. No i przede wszystkim oboje 
pokazaliśmy sobie, że można traktować się wzajemnie z szacunkiem. Taki 
inny wzorzec niż to, co oboje do tej pory znaliśmy.

Nie żebym sam nie miał w sobie toksycznych wzorców, które czasem wychodzą. 
Ale staram się nad tym panować, przynajmniej w tych bliskich relacjach.

>> Ja sobie próbuję radzić, ale u mnie to jest głębszy temat. Raczej po
>> prostu pewne rzeczy wypieram, ile tylko mogę.
> 
> Może warto się zastanowić nad profesjonalnym wsparciem, żeby sobie
> przeprocesować te wszystkie lata? Ja nigdy nie sprobowałem, ale
> myślalem sobie o tym, jak mi w robocie dawali jakieś darmowe godziny
> z terapeutami.

18 lat nieskutecznej terapii już mi wystarczy :) 4 terapeutów, każdy się 
po paru latach poddawał.

Przedostatni poddał się, podając powód ("niestety nie potrafię panu pomóc, 
sam pan widzi, że nic nie działa; życzę panu, żeby znalazł pan kogoś, kto 
będzie potrafił panu pomóc").

Ostatnia terapeutka zachowała się tak, że zastanawiałem się nad 
zawiadomieniem komisji etyki PTP -- z dnia na dzień stwierdziła, że 
"rozmawiałam z moim supervisorem i nie mogę kontynuować z panem terapii". 
Takie wtf. Na pytanie, o co chodzi, powiedziała tylko, że "niestety nie 
mogę podać panu powodu".

Wtedy już na dobre dałem sobie spokój. To i tak nigdy nie działało i w 
sumie oprócz możliwości wygadania się, jakiejś psychoedukacji (na tym 
poznawczym poziomie) i jakiegoś samopoznania nic mi nie dawało, nic nie 
zmieniało w moim życiu, w moich emocjach. Przyszedłem z konkretnymi 
problemami z emocjami, z którymi przez te 18 lat nie zostało zrobione nic, 
a niektóre podejścia terapeutyczne (np. CBT) tylko wszystko pogarszały i 
zaostrzały.

Są ludzie, którym terapia pomaga. W moim przypadku to była strata czasu, 
strata pieniędzy, strata energii.

> Obie. Ja mam tak, że stawiam sobie wysokie oczekiwania, ale równocześnie
> innym.

Same. Perfekcjonizm.

> Ale to pewien paradoks, bo ja mam 15-20 lat doświadczenia w tych 
> obszarach, a ludzie z którymi pracuje często mniej niż połowę tego.

To niech się uczą :)

> Więc gdybym się tak zastanowił gdzie ja byłem 5-8 lat temu, to to była 
> zupełnie inna historia :) Dlatego uczę się odpuszczać. Bardzo wybierać 
> walki, w których uczestniczę, a reszte ignorować.

Jeśli chodzi o kod, to ja zawsze staram się podejść merytorycznie, o ile 
tylko widzę, że ktoś ma objawy myślenia, tylko brak mu doświadczenia. 
Gorzej jak widzę, że po prostu nie łapie i nie ma takiej siły, "nie ma 
takiego bicia", które sprawiłoby, że załapie. Nie załapie i koniec. I 
musisz z taką osobą pracować. To dopiero jest trudne.

>> Ja miewam i tak i tak. I dni lepsze, i dni gorsze, w taki zwykły, normalny
>> sposób, ale bywają też kryzysy. Tylko one nie są bez powodu. Niestety.
> 
> A jak w drugą stronę? Masz coś, co by Ci to równoważyło (albo starało się)?

Koty, działka, książki... ostatnio nauka telegrafii... ale takich 
euforycznych wzlotów nie mam. Nigdy nie miałem. Pamiętam jak w podstawówce 
dzieciaki cieszyły się z dobrej oceny, jak skakały z radości. Ja tego 
nigdy nie rozumiałem. Nigdy nie czułem takiego uskrzydlenia, żeby aż mnie 
rozpierało ze szczęścia i chciałbym np. skakać. Czułem po prostu... 
normalne szczęście :D

> I to się objawia niedobrym przyjmowaniem krytyki / sugestii?

Hmm. Ja mu daje sugestie, jak jestem w 100% pewien swojego. Czy raczej 
odbijam jego sugestie w moją stronę (komentarze w PR-ach, itd.) jak jestem 
w 100% pewien, że coś przeoczył i że to ja mam rację. Sam raczej nic mu 
nie sugeruję, nigdy nie było potrzeby. Jeśli już, to razem pracujemy nad 
jakimś problemem.

> Masz ,,benefity wellbeingowe" w pracy? Ktoś z HR-u pewnie po latach skumał
> (a może ma to dopiero przed sobą, a może dopiero dowie się o tych sprawach
> z jakiegoś szkolenia), że takie osoby, mówiąc łagodnie, nie czują się
> najlepiej. Wiec wymyśli jakieś owocowe czwartki, syrop waniliowy do
> kawy w biurze i podobne głupoty. No i załatwione!

Benefitem jest to, że nie chodzę do pracy, a HRy tylko kręcą na to nosem i 
jeszcze nie postawiły sprawy na ostrzu noża :) Owocowe czwartki nam 
zabrali, ale mnie to nigdy nie obchodziło. Jak będę chciał jabłko, to 
sobie pójdę do sklepu i kupię, stać mnie :)

> Namyślą się kwartał nad tym, które bezglutenowe ciastka zaproponować i 
> to ma być odpowiedzą na problem, że Mariuszek nie czuje się doceniany, 
> ma na sobie zbyt wysoką presję, a do tego szef go kąsa lub otwarcie 
> mobbinguje.

Nasze HRy są ślepe na takie rzeczy jak kury. Zresztą ja dopiero po zmianie 
zespołu zobaczyłem, że może być inaczej. Albo po prostu chodzi o to, że ja 
w tym zespole mam inną, mniej wymagającą, pozycję.

> Ja bym chciał, żeby to trochę inaczej wyglądało. Żeby w zespole można było
> pracować zespołowo i żeby nigdy wina -- jeśli już o niej musimy mówić --
> nigdy nie była na jednej osobie.

Ja w programowaniu nigdy nie używałem pojęcia winy. Wtopy się zdarzają, 
taka branża. To w zasadzie normalne i nieuniknione. Ważne, żeby mieć 
procesy, które wychwycą możliwie najwięcej wtop (choćby peer review, dobre 
testy, itd). Sam nigdy nie czułem się winny, jak przez jakiś mój błąd coś 
się posypało. Zastanawiałem się po prostu, co można zrobić, żeby drugi raz 
czegoś podobnego nie przeoczyć.

Inna sprawa, że ja nigdy nie ukrywałem swoich błędów. Jak wiedziałem, że 
zawaliłem, to ujawniałem to, poprawiałem, a nie siedziałem z nadzieją, że 
może nikt nie znajdzie.

Jeśli w zespole programistów obwinia się kogoś za błędy, to coś jest moim 
zdaniem bardzo mocno nie tak z managementem.

Z drugiej strony, ostatnio zaliczyłem piękną wtopę. Dostałem dwa 
urządzenia. Prototypy, kilkadziesiąt takich jest wyprodukowanych. Do tego 
dwa zasilacze, dwa kable developerskie, z jednej strony zakończone USB-C 
a z drugiej różnymi innymi portami, wejściem na zasilacz, itd.

Biorę urządzenie, włączam, działa z baterii. Biorę kabel. Podłączam 
zasilacz (jeden pasował do jednego kabla, drugi pasował do drugiego 
kabla). Podpinam. Dwie sekundy minęły, urządzenie się wyłączyło. Trup. 
Kaputt. Nie wstało już.

Co się okazało... jedno z urządzeń spodziewało się na USB-C 5 V, a drugie 
12 V. Jeden zasilacz dawał 5 V, drugi 12 V. Oczywiście na etykietce jest 
ładnie napisane, które urządzenie jakiego napięcia się spodziewa, ale do 
głowy by mi nie przyszło, że można tak to zaprojektować, żeby podać na 
USB-C 12 V wprost z zasilacza, bez żadnej negocjacji.

No ale można.

Podpiąłem port debugujący, procesor startuje, ale DRAM się usmażył.

Głupio mi było i wstyd jak nie wiem, tym bardziej, że nadal chcę się wśród 
tych ludzi w jakiś sposób wykazać.

Mamy calle między naszym zespołem a innymi zespołami (my robimy 
komunikację, inne zespoły OS, itd.). Jakie były pierwsze słowa na 
najbliższym callu z teamem od OS? "I heard you're the first guy who fried 
the new device". Tak.

I oczywiście jakby team od hardware wprowadził inne złącza, to by do tego 
nie doszło. Może liczył na inteligencję użytkowników. No to się przeliczył 
:)

> Jeśli są jakieś niedociągnięcia, faktycznie personalne, to żeby dało się 
> je przegadać w bezpiecznej atmosferze 1v1, a nie piętnując publicznie. 
> To długi temat i dużo jest do zrobienia, bo ludzie wciąż w zespołach nie 
> operują na tym poziomie empatii.

Tak... "chwal publicznie, gań prywatnie". Tu też są jakieś personalne 
zgrzyty między dwiema osobami (jedną z nich jest ten aspołeczny mózg, 
drugą tester), ale mnie póki co nie dotyczą, więc się nie wychylam.

W poprzednim zespole miałem bardzo duży personalny zgrzyt z PM-ką, którą 
uważałem za skończoną kretynkę. Dwie osoby się przez nią zwolniły, bo nie 
były w stanie z kimś takim pracować. Nasza wspólna, dawna znajoma, na 
pożegnanie (jak odchodziła) dała mi pluszową amebę "jako symbol naszej 
udręki". W nawiązaniu do tej PM-ki. Ameba nadal stoi na biurku :)

Patrząc wstecz to mocno toksyczne to było, ale sama pani PM nie 
pozostawała bez winy. Jak na którymś meetingu zgłosiłem jakieś uwagi, to 
po meetingu usłyszałem (i nie omieszkałem tego na kolejnym meetingu 
wykorzystać): "Godzina słuchania pierdolenia (tu moje nazwisko)".

> Ja w tym roku jeszcze nie spotkałem managera, który w ogóle wspominałby
> o uczuciach.

Ja nigdy nie spotkałem. Poprzedni szef miał emocje, znałem go tyle lat, że 
wiem, ale miał duży problem, żeby o nich rozmawiać. Z drugiej strony wiem, 
że jakbym miał problem, spotkałbym się z nim sam na sam, to by wysłuchał.

Obecny szef jest bardzo miły, ale też nigdy nie rozmawialiśmy o niczym 
osobistym. Chyba najbliższe było to, jak był w szpitalu i wspomniałem 
jednemu z chłopaków, że coś długo go nie ma i że mam nadzieję, że to nic 
poważnego. I jak złożył mi życzenia na urodziny. Nie wiem czy pamiętał, 
czy mu wyskoczyło, ale złożył. Mega miłe to było.

Ogólnie ma dobry vibe, ale myślę że ta bariera pracy zdalnej, plus bariera 
językowa, więc też kulturowa, nie sprzyjają rozmawianiu o czymkolwiek 
innym niż praca.

> Umiejętności, oczekiwania, specyfikacje, storypointy, zasady. Bleh.

Tak, bo tak jest łatwiej...

> Moje obecne daily to spowiadanie się z tasków na Jirze od góry do dołu.

Moje też, choć to raczej sprint review. Standupy (2x w tygodniu) to raczej 
ogólna rozmowa o tym, jak leci (pracowo), czy coś nas blokuje, czy coś 
chcemy skonsultować. Krótkie to jest.

> Moje poprzednie: grupa znajomych, czasami przyjaciół, spotykała się na 
> 15 minut, żeby się zobaczyć i pogadać. Jak ktoś miał pracowe tematy 
> wymagające przegadania, to je poruszał. W przeciwnym wypadku 
> rozmawialiśmy o pogodzie, memach, czy kto gdzie był na wakacjach.

To jest spoko, o ile nie jest się do tego zmuszanym. Z panią Amebą byliśmy 
zmuszani. Są zaplanowane dwie godziny i meeting ma trwać dwie godziny. Jak 
nie ma o czym mówić, to pani Ameba chwali się zdjęciami z wakacji lub 
opowiada o martwym łosiu, którego znalazła i nie wie, co ma z nim zrobić.

Pani Ameba, zauważ, a nie reszta. Reszta sobie gra na telefonach, żeby nie 
zasnąć.

>>> Człowiek był zawiedzony, że wcale mu się Mesjasz nie objawił?
>> Albo właśnie chciał się upewnić, że faktycznie objawił :)
> 
> No taka z pewnością była nadzieja, ale to chyba rozczarowanie finalnie,
> że jednak nie? Znaczy nie znam się, bo może dokładnie odwrotnie, to by
> zwiastowało koniec swiata albo coś?

Albo po prostu matka boska pieniężna ;)

> Jak to biznes, biznes wszystko przyjmie. Gdyby nam się udało, to onboarding
> byłby prostszy i szybszy. A tak -- albo dawaliśmy nowy numer (patrz, przecież
> teraz i tak nikt nie trzyma numerów w notesie, tylko sprawdza w google),

Ja swój pamiętam, ale to dlatego, że mam taki, żeby łatwo go było 
zapamiętać :)

>> PSTN... w sumie to cieszę się, że nie musimy już tego wspierać. Ile było
>> problemów puszczaniem ruchu po VoIP (no puść modem po VoIP :P)...
> 
> Eee, przejściówka z rj45 na rj11 z voipem po środku? :)

Niee :) Urządzenie z RJ12 wpinane do linii telefonicznej, jaką ma klient. 
I teraz loteria, czy klient ma normalną linię podpiętą do normalnej 
centrali, czy leci to gdzieś przez VoIPa. Im nowsze czasy były, tym 
częściej było to drugie.

> Jak zaczynaliśmy to nakupowaliśmy sobie różnych akcesoriów do testów i 
> wpięliśmy sobie tak jakiś stary fax :D

Faxmodem w sumie jeszcze mam w piwnicy :)

> Jak jeszcze siedzieliśmy w biurze, to się zgrywaliśmy na slacku, żeby 
> nam ludzie faksowali jakieś rzeczy zamiast posyłać mailem

Można ;) Z drugiej strony faksy są wiecznie żywe np. w policji. Jakieś 
pismo miałem dostać (byłem poszkodowanym w kolizji drogowej), policjant 
miał mój adres do doręczeń (do firmy), więc sobie firmę wygooglował, 
zadzwonił do mnie, że wyśle faks, i wysłał. Pierwszy raz w życiu używałem 
wtedy faksu :)

> Damn, 8MB po 2G? To było skazane na porażkę, nie?

Nie, ale trwało dłuuuuugo :) Zwykle w nocy.

Mój osobisty rekord to 1 MiB ściągane z Niemczech na shella na free.net.pl 
przez 4 godziny (i 11 wznowień). Ok. 70 bajtów na sekundę wtedy wyszło. 
Cóż, 2000 rok :)

> To były patche, czy całościowe paczki?

Niestety całościowe.

> Myślę, że zadaniem helpdesku często jest zamknąć ticketa, a nie pomóc
> użyszkodnikowi. A jak ten ostatni nie dośle odpowiednich materiałów,
> to przecież też jest to powód wystarczający do zamknięcia.

Tak... oni mają to gdzieś.

My mamy takie tickety od użytkowników naszego softu (wewnętrznych, w 
firmie), ale chyba jeszcze nie wypaliłem się na tyle, żeby jedynie je 
zamykać pod byle pretekstem. Jasne, jak ktoś nie współpracuje, to zamykam 
z informacją, żeby otworzyć, jak np. będzie miał czas, żeby dosłać to, o 
co go miesiąc temu prosiłem, ale jak współpracuje, to faktycznie staram 
się pomóc i rozwiązać problem.

Ostatnio ktoś zgłosił, że brakuje tłumaczeń w jednym z komponentów (mamy 
różne dziwne języki, jakiś francuski, hiszpański, itd.). Jeden koleś 
odpisał mu, że nowe tłumaczenia nie będą już dodawane. Ja stwierdziłem, że 
możemy w sumie dodać, tylko niech zgłaszający zrobi tłumaczenia. 
Napisałem, że my nie mamy teraz zasobów, żeby się tym zająć (ani osób, 
które mówią w tych językach, więc robilibyśmy po prostu po Google 
Translate), ale jak mu zależy, to niech zrobi te tłumaczenia, a my je 
dodamy. Podesłałem mu stronkę na Confluence z tabelką. Poświęciłem temu 
czas.

Myślisz, że w ogóle cokolwiek odpisał? Nawet "pocałuj mnie w dupę" nie 
było.

>> Takie rzeczy się zdarzają. Może nie z hasłem, ale czasem ktoś robi coś
>> odrobinę inaczej, niż ty, i tobie działa, a jemu nie. Dlatego zawsze
>> proszę o film albo inny dowód tego, jak ktoś coś robi :)
> 
> W tym przypadku klawiatura miała poprzestawiane klawisze. Siedząc
> wpisywał bezwzrokowo, a stojąc układ rąk był inny i patrzył na literki,
> które były źle wstawione. Come to think of it, w takim razie musiało
> działać na siedząco, a na stojąco nie :)

Aaa, no, tak :)

> Jest gdzieś stronka, która zbiera tego typu historie. Fascynująca lektura.

Kiedyś coś podobnego widziałem. Na pewno był tam ten problem z mailami 
przychodzącymi jedynie z danego promienia. Jak znajdziesz to podeślij.

Hmm. http://www.ibiblio.org/harris/500milemail.html

> Tak, z tego co rozumiem, ale nie siedziałem w tym zbyt głęboko, weryfikacja
> odbywa się tylko na pierwszym hopku pomiędzy klientem a centralką. Dalej
> połączenie idzie już po sieci dostawców, którzy sobie ufają. W praktyce,
> ze względu na to, że każdy może stać się operatorem, ludzie robili wałki.
> Bo co ciekawe -- operatorzy płacą sobie za ruch między sobą. Jeśli
> op firma zdzisio krzak ma duży ruch przychodzący, to duzi typu Orange
> im płacą za to. Więcej, niż koszt serwerów za te połączenia. Nie wiem
> jak szybko i łatwo się to wykrywa, ale mam wrażenie, że kiedyś w Polsce
> to było popularne.

O, jest to jakiś sposób na zarobek... :)

> Teraz w stanach np. robo calle są zmorą i wymyślają jakieś standardy,
> ale one się nie przeniosą na Europę chyba. Zresztą wyobraź sobie jak
> sprawnie innowacje w telecomach można wprowadzać :)

Pewnie tak samo jak w paymencie ;) (google: iso8583... dramatyczny staroć 
i wciąż dramatycznie powszechnie używany)

>> W telefonie? Ja nie mam :) I bardzo nad tym ubolewam. Długo nosiłem starą
>> Motorolę Droid 4, w sumie już trzecią, ale w końcu dałem sobie spokój.
> 
> Ja mam iPhone i nie umiem na nim pisać nic dłuższego niż dwa akapity.
> Bardzo często wysyłam sobie na lapka, żeby z niego kontynuować.

Tak, ja też. Tzn. nie mam iPhona, ale nie umiem nic pisać na tej 
klawiaturce ekranowej. Noszę w plecaku klawiaturę QWERTY, taką płaską, 
dosyć sporą, z normalnymi klawiszami, na Bluetooth, ale jakoś się nie 
przyjęła. Nie chce mi się jej wyciągać. Używam w sumie jedynie jak muszę 
nagle coś zrobić po ssh, bo jednak ma więcej klawiszy specjalnych, niż ta 
ekranowa (a nie chcę instalować specjalnej ekranowej tylko do ssh).

> Tak, Signal jest spięty z numerem tel. Co jest o tyle fajne, że
> relatywnie łatwo jest znaleźć ludzi.

I tu się pojawia konflikt interesów, bo ja wcale nie chcę być znajdowany 
;)

Mam taki burner phone do podawania w różnych dziwnych miejscach, więc w 
sumie można byłoby podać. Jak mi go zaspamują to zmienię i tyle, i tak 
nikt nie ma tego numeru (ze znajomych, bo mają np. różne firmy).

-- 
Mówi zięć do teściowej:
- Gdzie mama jedzie?
- Na cmentarz.
- A kto rower przyprowadzi ??!!
Technical Details
Message-ID: <4bafa03f-5e6f-4f4d-ae22-2a8e851e988f@hooterville.invalid>
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.icm.edu.pl!news.chmurka.net!.POSTED.s.v.chmurka.net!not-for-mail
References: <04112001.6111E2FA@news.pucked.blade> <187a35fb-a3c6-4740-9a5b-50abbff62d47@hooterville.invalid> <uc49q0$oghr$1@news.icm.edu.pl> <6b7462cc-a2b1-415a-97f3-46bda24d2bad@hooterville.invalid> <uc71t6$t2l5$1@news.icm.edu.pl>

Show Full Headers
Complete Article Headers
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.icm.edu.pl!news.chmurka.net!.POSTED.s.v.chmurka.net!not-for-mail
From: arnold@hooterville.invalid (Arnold Ziffel)
Newsgroups: alt.pl.garfield
Subject: Re: nowy temat
Date: Fri, 25 Aug 2023 02:10:47 -0000 (UTC)
Organization: news.chmurka.net
Message-ID: <4bafa03f-5e6f-4f4d-ae22-2a8e851e988f@hooterville.invalid>
References: <04112001.6111E2FA@news.pucked.blade> <187a35fb-a3c6-4740-9a5b-50abbff62d47@hooterville.invalid> <uc49q0$oghr$1@news.icm.edu.pl> <6b7462cc-a2b1-415a-97f3-46bda24d2bad@hooterville.invalid> <uc71t6$t2l5$1@news.icm.edu.pl>
NNTP-Posting-Host: s.v.chmurka.net
MIME-Version: 1.0
Injection-Date: Fri, 25 Aug 2023 02:10:47 -0000 (UTC)
Injection-Info: news.chmurka.net; posting-account="arnold"; posting-host="s.v.chmurka.net:172.24.44.20"; logging-data="22548"; mail-complaints-to="abuse-news.(at).chmurka.net"
User-Agent: tin/2.6.1-20211226 ("Convalmore") (Linux/5.15.32-v7+ (armv7l))
Cancel-Lock: sha1:IwF7qEMYEPvN9i7k5uXJiVEgmGA= sha1:Qtj9f2JSY6RRHYtg6d4EZa7GZnE= sha256:x5ykrIc3psJPrA8SIenvksE4jeYWdjw0AyqB8Ll+HtU= sha1:waytnNZj8DTKq2697NrKVxXJgqk= sha256:a2ySXLUt4GAQg9JZgeF08Ve0hiZlZJUZsnZvfN0GlSw=
Content-Type: text/plain; charset=UTF-8
Content-Transfer-Encoding: 8bit