🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

5 total messages Started by Michal Olszewski Tue, 12 Sep 2006 20:28
Miami Vice (no spoilers)
#28428
Author: Michal Olszewski
Date: Tue, 12 Sep 2006 20:28
33 lines
2485 bytes
Muszę trochę ponarzekać. IMDB nie kłamie. 6,2 na 10, to wynik średni ze
wskazaniem na lekki szajs. I tak jest w rzeczywistości. Niewiele gorszy
film to ja przywiozłem z wakacji.

Nie wiem, czemu Mann tak się zaparł, żeby kinowe filmy kręcić za pomocą
handycama z wyłączonym steadyshotem. Szczególnie kijowo to pasuje do
idei kolorowego i błyszczącego Miami Vice.

Słabo wyszło wiele dialogów. Ricardo w szpitalu nagle odkrywa, że ma
niebezpieczną pracę. Crockett zwierza się gangsterce, że "ich związek
był zbyt dobry, żeby mógł trwać". Przypomniały mi się niektóre produkcje
Pasikowskiego ze wskazaniem na ten gniot z Baką.

Nie wiem, kto dobierał soundtrack i nie chcę wiedzieć. Poza otwierającą
sekwencją klubową ze znanymi szlagierami, w całym filmie rozbrzmiewa w
tle jakiś... rock? Audioslave do scen miłosnych - super, gratulacje.

Jednak to, czego tu naprawdę brakuje, to, co było m.in. w "Collateral" i
dlatego był to dobry film, to, czego tu nie ma, to scenariusz. Od
dłuższego czasu nie widziałem (poza polskim kinem) tak słabego
gatunkowego scenariusza. W tym filmie nic się nie dzieje. Latają i
pływaja, tańczą i bzykają się pod prysznicem. A gdzie jakieś napięcie? A
gdzie jakaś akcja? Jakieś emocje?

Wszystko wskazuje na to, że Mann skończył się na Kill'em All, a potem to
już tylko komercha.

Tydzień temu widziałem "The Lake House". W przeciwieństwie do "Miami
Vice" rzecz warta obejrzenia. Bez fajerwerków, ale przynajmniej reżyser
czuje gatunek i bazuje na scenariuszu dłuższym niż dwie kartki A4.

-- 
Do you understand the meaning of the word "foreboding"
Re: Miami Vice (no spoilers)
#28429
Author: cct
Date: Tue, 12 Sep 2006 22:21
44 lines
2519 bytes
Witam,

> Tydzień temu widziałem "The Lake House". W przeciwieństwie do "Miami
> Vice" rzecz warta obejrzenia. Bez fajerwerków, ale przynajmniej reżyser
> czuje gatunek i bazuje na scenariuszu dłuższym niż dwie kartki A4.

Ale dwie i pół kartki nawet to wciąż wystarczająco co najwyżej na 
pięciominutówkę, Lake House tymczasem liczy z półtorej godzinki.

Ogółem, co to za bzdurna fabuła?

S
P
O
I
L
E
R
S

Gość poznaje babkę na dziewiętnastowiecznym GG, i po rozmowie trwającej 
może wieczór w przeliczeniu na typową sesję chata, stwierdza nie tylko, 
że szaleńczo zakochany, ale jeszcze, że nie jest czubem i faktycznie 
rozmawia z reprezentantem innego czasu.

Po czym płaczliwie już do końca kombinują, jak by tu się styknąć, przy 
czym pomijają wszystko inne.

Jeśli przez wymogi gatunku rozumie się oklepane klisze, to faktycznie 
byłoby niezłe. Ale tak, jest nudne - to samo co zawsze, tylko pod 
przykrywką para-nowatorskiego motywu komunikacji w czasie.

(Nota bene, był bardzo niedawno taki filmik z Jackmanem o komunikacji 
ojca-syna przez radio i 20 lat czasu, który oparty był na podobnym 
schemacie, ale ciekawszym i lepiej poprowadzonym).

Lubię filmy bawiące się motywami podróży w czasie, lubię też co lepsze 
komedie romantyczne. Ta była nudna, i bez iskry bożej (w ogóle, kto 
wymyślił, że między Reevesem i Bullock widać jakąś chemię na ekranie?). 
Mamy tu do czynienia z chyba największym grzechem romantic movie - ten 
film jest martwy emocjonalnie.

Pozdrawiam,
Piotrek/cct
Re: Miami Vice (no spoilers)
#28430
Author: Michal Olszewski
Date: Wed, 13 Sep 2006 05:29
73 lines
3882 bytes
cct napisał(a):
> Witam,
> 
> 
>>Tydzień temu widziałem "The Lake House". W przeciwieństwie do "Miami
>>Vice" rzecz warta obejrzenia. Bez fajerwerków, ale przynajmniej reżyser
>>czuje gatunek i bazuje na scenariuszu dłuższym niż dwie kartki A4.
> 
> 
> Ale dwie i pół kartki nawet to wciąż wystarczająco co najwyżej na 
> pięciominutówkę, Lake House tymczasem liczy z półtorej godzinki.
> 
> Ogółem, co to za bzdurna fabuła?

Wyjaśnijmy sobie jedno: wiadomo, że nie jest to film bardzo dobry, nic
co by przeszło do historii, nic takiego. Jasne, że są tu zgrzyty większe
i mniejsze. Ale jednak jakimś cudem nie wynudziłem się na "Lake House" -
ba, w pewnym momencie naprawdę byłem ciekaw, jak to się wszystko
zakończy. Mimo więc pełnej świadomości kwasów, doceniam ten filmik.

> 
> S
> P
> O
> I
> L
> E
> R
> S
> 
> Gość poznaje babkę na dziewiętnastowiecznym GG, i po rozmowie trwającej 
> może wieczór w przeliczeniu na typową sesję chata, stwierdza nie tylko, 
> że szaleńczo zakochany, ale jeszcze, że nie jest czubem i faktycznie 
> rozmawia z reprezentantem innego czasu.

Rozmawiali chyba kilka wieczorów? Zresztą to jest detal.

> Po czym płaczliwie już do końca kombinują, jak by tu się styknąć, przy 
> czym pomijają wszystko inne.

No bo to chyba w ich przypadku nie jest aż tak proste, nie?

> Jeśli przez wymogi gatunku rozumie się oklepane klisze, to faktycznie 
> byłoby niezłe. Ale tak, jest nudne - to samo co zawsze, tylko pod 
> przykrywką para-nowatorskiego motywu komunikacji w czasie.

So what? Motyw jest nowatorski, jak na tego rodzaju kino. W "Lake House"
mamy typową rzeczywistość, z jakimś fantastycznym szczegółem, który
pochodzi z innego świata. Trochę jak u Szjamalajanama, np. w
"Niezniszczalnym". Ani nie jest to fantastyka pełną gębą, ani też z
drugiej strony nie można tego filmu traktować twardo realistycznie. Taka
bajka dla dorosłych.

> (Nota bene, był bardzo niedawno taki filmik z Jackmanem o komunikacji 
> ojca-syna przez radio i 20 lat czasu, który oparty był na podobnym 
> schemacie, ale ciekawszym i lepiej poprowadzonym).

AFAIR (bez patrzenia na IMDB) z Caviezelem i Quaidem, "Frequency". Też
fajny - zgoda. W zasadzie z tych samych powodów, tyle że to był
thriller, a tu mamy romansidło. Każdy z tych filmów walczy na innym froncie.

> Lubię filmy bawiące się motywami podróży w czasie, lubię też co lepsze 
> komedie romantyczne. Ta była nudna, i bez iskry bożej (w ogóle, kto 
> wymyślił, że między Reevesem i Bullock widać jakąś chemię na ekranie?). 
> Mamy tu do czynienia z chyba największym grzechem romantic movie - ten 
> film jest martwy emocjonalnie.

Iiitam.

-- 
You can't really lock the bits down.
You can't prevent the bits from being copied.
It's their essential nature.
Re: Lake House [było: Miami Vice (no spoilers)]
#28431
Author: cct
Date: Thu, 14 Sep 2006 00:40
72 lines
4148 bytes
Witam,

> Wyjaśnijmy sobie jedno: wiadomo, że nie jest to film bardzo dobry, nic
> co by przeszło do historii, nic takiego. Jasne, że są tu zgrzyty większe
> i mniejsze. Ale jednak jakimś cudem nie wynudziłem się na "Lake House" -
> ba, w pewnym momencie naprawdę byłem ciekaw, jak to się wszystko
> zakończy. Mimo więc pełnej świadomości kwasów, doceniam ten filmik.

Właśnie w tym sęk, że się wynudziłem trochę. Tam się na dobrą sprawę nic 
nie dzieje, poza może fajną sceną na przyjęciu.

>>S
>>P
>>O
>>I
>>L
>>E
>>R
>>S
>>
>>Gość poznaje babkę na dziewiętnastowiecznym GG, i po rozmowie trwającej 
>>może wieczór w przeliczeniu na typową sesję chata, stwierdza nie tylko, 
>>że szaleńczo zakochany, ale jeszcze, że nie jest czubem i faktycznie 
>>rozmawia z reprezentantem innego czasu.
> 
> 
> Rozmawiali chyba kilka wieczorów? Zresztą to jest detal.

Kilka wieczorów _listownie_. A to mała różnica, zwł. że listy miały 
postać "jest 2004", "awcależenie", "awcależetak".
Ogółem, nie widziałem co tak naprawdę ich łączy, poza domem i że akurat 
nie mają nikogo innego - tło postaci leży.

>>Po czym płaczliwie już do końca kombinują, jak by tu się styknąć, przy 
>>czym pomijają wszystko inne.
> 
> No bo to chyba w ich przypadku nie jest aż tak proste, nie?

Czemu? Plan który tam wymyślili był oczywisty, czyli za dwa lata 
(Reevsowe) się spotkają. (A w międzyczasie zgarania parę lotków, żeby 
zabezpieczyć się na przyszłość.)

> So what? Motyw jest nowatorski, jak na tego rodzaju kino. W "Lake House"
> mamy typową rzeczywistość, z jakimś fantastycznym szczegółem, który
> pochodzi z innego świata. Trochę jak u Szjamalajanama, np. w
> "Niezniszczalnym". Ani nie jest to fantastyka pełną gębą, ani też z
> drugiej strony nie można tego filmu traktować twardo realistycznie. Taka
> bajka dla dorosłych.

Oj, różnica diametralna. W "Niezniszczalnym" elementy dorastania do 
zaakceptowania elementów ponadnaturalnym były solą filmu, tutaj kumpel 
poinformowany o rozmowach z przyszłością jedynie spełnia rolę 
standardowego lustra do wygadania się dla głównego bohatera.

Ogółem, właśnie to boli - że zamiast potraktować tę, przyznaję, 
nowatorską sytuację jako punkt wyjścia do nowego modelu komedii 
romantycznej, tutaj mamy wszystkie elementy zwykłego kina nieco 
nienaturalnie dopasowane. A nienaturalność skutkuje mniejszym 
zaanagażowaniem w tego typu historię.

> AFAIR (bez patrzenia na IMDB) z Caviezelem i Quaidem, "Frequency". Też
> fajny - zgoda. W zasadzie z tych samych powodów, tyle że to był
> thriller, a tu mamy romansidło. Każdy z tych filmów walczy na innym froncie.

Fakt, Quaidem, mylą mi się. Ale tam coś się działo, były zmiany historii 
(tutaj był po prostu wariant predestynacji, złamany tylko na końcu). W 
"Lake House" zaś same zapełniacze na siłę czasu, nie wnoszące dużo do 
fabuły - gdyby wyciąć środek, końcówka dalej by mogła zostać taka sama, 
co bardzo źle o filmie świadczy.

Pozdrawiam,
Piotrek/cct
Re: Miami Vice (no spoilers)
#28432
Author: Wojciech Orlinski
Date: Thu, 14 Sep 2006 07:15
39 lines
2730 bytes
On 2006-09-12 22:28:07 +0200, Michal Olszewski 
<adres_zaczyna_sie_po_kropce.michal_o@bigfoot.com> said:

> Muszę trochę ponarzekać. IMDB nie kłamie. 6,2 na 10, to wynik średni ze
> wskazaniem na lekki szajs. I tak jest w rzeczywistości. Niewiele gorszy
> film to ja przywiozłem z wakacji.
> 
> Nie wiem, czemu Mann tak się zaparł, żeby kinowe filmy kręcić za pomocą
> handycama z wyłączonym steadyshotem. Szczególnie kijowo to pasuje do
> idei kolorowego i błyszczącego Miami Vice.
> 
> Słabo wyszło wiele dialogów. Ricardo w szpitalu nagle odkrywa, że ma
> niebezpieczną pracę. Crockett zwierza się gangsterce, że "ich związek
> był zbyt dobry, żeby mógł trwać". Przypomniały mi się niektóre produkcje
> Pasikowskiego ze wskazaniem na ten gniot z Baką.
> 
> Nie wiem, kto dobierał soundtrack i nie chcę wiedzieć. Poza otwierającą
> sekwencją klubową ze znanymi szlagierami, w całym filmie rozbrzmiewa w
> tle jakiś... rock? Audioslave do scen miłosnych - super, gratulacje.
> 
> Jednak to, czego tu naprawdę brakuje, to, co było m.in. w "Collateral" i
> dlatego był to dobry film, to, czego tu nie ma, to scenariusz. Od
> dłuższego czasu nie widziałem (poza polskim kinem) tak słabego
> gatunkowego scenariusza. W tym filmie nic się nie dzieje. Latają i
> pływaja, tańczą i bzykają się pod prysznicem. A gdzie jakieś napięcie? A
> gdzie jakaś akcja? Jakieś emocje?
> 
> Wszystko wskazuje na to, że Mann skończył się na Kill'em All, a potem to
> już tylko komercha.

Z Tobą się po prostu nie da dyskutować. Wszystko to święta prawda, 
napisałem dość podobną notkę do Tetryków. Znaczy, jak zwykle fajne były 
marynarki i samochody, muzyka mi aż tak bardzo nie przeszkadzała (nie 
uważam, że do scen miłosnych musi rozbrzmiewać typowa pościelówa w 
wykonaniu jakichś cienkich głosików), ale w ogóle ten wątek romansu z 
gangsterką jest żenująco głupi.

-- 
A revolution without dancing is a revolution not worth having
Thread Navigation

This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.

Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.

Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.

Back to All Threads