Thread View: pl.hum.pisarstwo
1 messages
1 total messages
Started by ostryga
Tue, 20 Jul 2010 09:53
Solarium U Luizy
Author: ostryga
Date: Tue, 20 Jul 2010 09:53
Date: Tue, 20 Jul 2010 09:53
224 lines
17417 bytes
17417 bytes
Moje życie towarzyskie kwitło. Kwitło i jaśniało blaskiem światła
odbitego w tafli butelki po piwie. W półmroku klatki schodowej, w
przygaszonym świetle osiedlowego lokalu, wśród zapachu letnich traw na
skwerze za obdrapanym blaszakiem. Radość, wiwaty, śmiech, koniec trosk dnia
codziennego ukryty pod błahą konwersacją.
Blaszak osiedlowy wyrastał przed nami jak olbrzymi pająk z tandetnego
filmu science fiction. Siadało się na obdrapanym murku w najbardziej
oddalonym od wejścia miejscu, z dala od oczu przechodniów, pomiędzy
metalowym trzepakiem do dywanów a walącą się drewnianą ruderą, która
pamiętała przedwojenne żydowskie kramy. Łódź początku lat
dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku to nadal ziemia obiecana, wieczne
królestwo pijaków i meneli.
Wolałam siedzieć z piwem i z moimi znajomymi na uboczu. Nie chciałam,
żeby zauważyła mnie kobieta mojego ojca, Alicja, kiedy będzie wracać z
zakupami z blaszaka. Urobiona po łokcie, obładowana niczym juczny wielbłąd,
z rękami do ziemi, przygarbiona od ciężaru zakupów - tych wszystkich
ziemniaków, marchwi, selerów, kiepskiej kiełbasy wystanej w kolejce w
mięsnym i innych wątpliwej jakości produktów naszego kiełkującego
kapitalizmu. Nie chciałam jej wtedy widzieć. Nie chciałam, żeby ona widziała
mnie. Byłby to dla mnie wstyd, zobaczyć wtedy Alicję, z tymi siatami i w
kiepskiej jakości ciuchach ze szmateksu. Zdecydowanie nie prezentowała się
kobieco, a ja zwracam uwagę na wygląd. Po za tym, gdybym ją ujrzała z
siatami, nie wiedziałabym, co zrobić z własnymi rękami, trzymającymi piwo.
Skryć się prędko, uciekać, czy coś innego.
Siedząc pod blaszakiem, widziałam kiedyś pewną koleżankę z podstawówki,
która wychodzi ze swoją mamą z blaszaka i niesie za swoją mamę większość
toreb. Pomyślałam wtedy, że może też powinnam tak się zachować, gdybym
zauważyła Alicję idącą z zakupami. W końcu Alicja z nami mieszka, gotuje i
sprząta i takie tam. Być może powinnam podejść i wziąć od niej siaty. Nigdy
nie nosiłam z nikim i za nikogo zakupów. Nie wiedziałabym, jak się zachować,
gdyby zaszła taka potrzeba. Spąsowiałabym ze wstydu, albo udała, że jestem
niewidoczna i nic nie widzę.
Dlatego siadywałam pod blaszakiem oddalonym od domu o kilkanaście minut
drogi piechotą, gdzie Alicja chodziła tylko w wyjątkowych przypadkach. I
faktycznie ani razu jej tam nie spotkałam.
Towarzystwo miałam generalnie miłe. Lubiłam te dziewczyny, każda z nich
miała swoją historię i swoje problemy, o których być bliżej opowiedzieć.
Każda chodziła do jakiejś szkoły, po Bożemu, jak przystało, jakoś tam
zdawała do następnej klasy. Nieprawdą jest żeśmy ciągle klęły i że kurwa
było przecinkiem w naszych zdaniach. Lubiłyśmy wiosną i latem spotkać się
pod blaszakiem, pogadać i pośmiać się razem i tyle. Żadnej większej
filozofii, jeśli chcecie wiedzieć. Czasem któraś z nas wypiła piwko, czy
dwa, któraś zapaliła papierosa, jednak w porównaniu z obecną młodzieżą
byłyśmy doprawdy bardzo grzeczne.
Nie było galerii handlowych, nie było komórek, nie było gadżetów,
białych kozaczków, kusych spódniczek i mody na solarium od lat trzynastu.
Nie było łódzkiej Manufaktury, supermarketów, Geant i Tesco i inny Carrefour
do kolekcji. Był osiedlowy blaszak i cztery generalnie miłe dziewczęta
pomiędzy trzepakiem a obdrapanym samem "Społem".
Ojciec Agnieszki też chodził do blaszaka, i też po piwo. Leżał czasem
pijany w trawie tak że tylko czapka z daszkiem wystawała. To było pod tym
drugim blaszakiem, myślę, że celowo on wybrał tamten rejon, a my ten.
Aneta z kolei już piąty raz zmieniała szkołę. Jej matka wciąż miała
nowych facetów, którzy po jakimś czasie zostawali jej mężami. Aneta nie
skończyła jeszcze piętnastu lat, a już cztery razy zmieniła nazwisko.
Śmiałam się z niej czasem, kiedy widziałam ją po dłuższej nieobecności. "Z
kim mam tym razem przyjemność?" - pytałam, badając, jak się obecnie nazywa.
Ostatnie nazwisko miała zresztą bardzo ładne, wszystkim nam się podobało.
Majewska - to brzmiało prawie wytwornie. Najnowszy ojczym był mechanikiem
samochodowym, nawet nie pił za dużo i nie dobierał się do Anety, tak jak jej
poprzedni ojczymowie. Cuchnął tylko smarem i był starszy o dwadzieścia lat
od matki Anety. Nazwisko za to miał ładne, takie wiosenne i majowe.
Justyna natomiast była bogata. Ojciec był znanym badylarzem, powodziło
im się świetnie. Mieszkali w domku, obok mnie. Mam specyficzne wspomnienia
związane z matką Justyny. Pamiętam, że mama Justyny lubiła różowy kolor.
Miała mnóstwo kolorowych ciuchów i marzyła o tym, żeby założyć solarium.
Imponowała mi dbałością o wygląd i stroje.
Kiedy przechodziłam koło posesji Justyny, słyszałam czasem krzyki. Nie
wiem, kto na kogo krzyczał. Wiem też, że ktoś w kogoś czymś rzucał, co było
słychać nawet w moim ogródku. Zwłaszcza wieczorem i w nocy, gdy wokół
panowała cisza. Trudno nie usłyszeć dźwięku talerza rzucanego o ścianę,
który rozpryskuje się w drobny mak na kamiennej posadzce, kiedy mieszkasz
parę metrów dalej, a twoje okno wychodzi wprost na ich okno kuchenne.
Wolałam wierzyć, że były to odgłosy telewizora, który głośno u nich grał. To
na pewno te słynne amerykańskie filmy akcji, które mama zakazuje mi
oglądać - przekonywałam sama siebie i wszystko wracało na swoje miejsce.
Justyna nadal była moją przyjaciółką, przemiłą nieśmiałą dziewczynką, jej
mama nadal była zadbaną, uśmiechniętą panią w kolorowych, zagranicznych
ubraniach, a jej tatuś postawnym panem w garniturze, czarnych mokasynach i
białych skarpetkach.
Czasami przychodziłam do nich pooglądać kolekcję ubrań mamy Justyny i
jej przyrządy do makijażu. Oczy wychodziły mi z orbit z podziwu. Takiej
ilości pomadek, podkładów i cieni do powiek nigdzie i nigdy nie widziałam. W
tajemnicy przed wszystkimi malowałyśmy się z Justyną pod nieobecność jej
rodziców w garderobie jej mamy. Siedziałyśmy na pluszowych taboretach, nasze
wciąż za krótkie nogi zwisały bezwładnie nad podłogą, i wpatrywałyśmy się w
swoje wymalowane twarze. Przychodziłam do Justyny na malarskie sesje jeszcze
przed pamiętnym rokiem 1989, kiedy to moja mama wyjechała do pracy na
zachód. Chodziłam do Justyny w konspiracji i początkowo nikt nie wiedział
gdzie jestem i co robię. Pilnowałam, żeby efekty naszych zabaw makijażem
dokładnie zmyć z twarzy. Nie wiedzieć czemu, moja mama bardzo nie lubiła
mamy Justyny. Nazywała ich rodzinę "patologiczną". Kiedy spytałam, co to
słowo znaczy, wyjaśniła, że rodzice Justyny nie są wykształceni i dobrze
wychowani i że moja obecność tam jest niepożądana. "Pamiętaj dziecko, że
tylko puste i próżne kobiety się malują. Kobiety prawdziwie piękne nie
potrzebują makijażu" - dodała.
Pewnego razu mama Justyny przyłapała nas na gorącym uczynku. Zobaczyła,
jak siedzimy w jej garderobie, poprzebierane w za duże ciuchy, omotane
barwnymi szalami, w wielkich kapeluszach na głowach, i malujemy sobie
wzajemnie usta. Zaskoczyła nas swoim wejściem, więc wpadłyśmy w popłoch, i
chcąc zbiec z miejsca przestępstwa zaplątałyśmy się w przydługie sukienki i
potknęłyśmy o własne nogi wsadzone w damskie szpilki. Justyna runęła jak
długa na ziemię zaplątana w swój strój, a mnie kapelusz spadł na oczy, przez
co nie mogłam zobaczyć miny mamy Justyny i nie wiedziałam, czego mam się
spodziewać. Skuliłam się w sobie i zamarłam w bezruchu, oczekując
reprymendy. Gdybym mogła skryłabym się jeszcze bardziej za tym kapeluszem.
Wielkiej awantury jednak nie było. Zamiast wrzasków usłyszałam łagodny
śmiech mamy Justyny. Justyna zbierała się właśnie z podłogi, podczas gdy ja
wciąż tkwiłam nieruchomo w oczekiwaniu na karę. "Dlaczego mi nie
powiedziałyście, że przebieracie się w moje rzeczy?" - spytała mama Justyny
spokojnie, po czym zdjęła mi z głowy kapelusz łagodnym ruchem ręki. Bez
złości i nerwów. "O, to, ty Ewa. Tak myślałam." - powiedziała, co jeszcze
bardziej zwiększyło mój stres. Musiałam być pąsowa ze wstydu. Nawet grube
warstwy makijażu nie przykryły mojego zażenowania. Stałam przez chwilę jak
zamurowana, w oczekiwaniu na karę. Mama Justyny spojrzała tymczasem
fachowym, kobiecym okiem na moją twarz, raz z jednej, raz z drugiej strony,
uśmiechnęła się, po czym spytała: "Sama się malowałaś?" "Przepraszam panią,
bardzo przepraszam." - mamrotałam drżącym głosem. "Nic takiego się nie
stało." - odparła mama Justyny spokojnie i dodała - "O ile nie wyjdziecie
tak na ulicę. Kiedy byłam w waszym wieku, też interesowałam się makijażem i
ubraniami. Dla kobiety to naturalne. Proszę tylko, żebyście odkładały rzeczy
na miejsce i ich nie gniotły."
Kiedy mama Justyny skończyła mówić, odetchnęłam z ulgą. Zbrodnia została
wybaczona. Winy odkupione. Kara nie nastąpiła. Mama Justyny stała przede mną
jako anioł dobroci i wybaczenia. Piękny, wypielęgnowany anioł o łagodnym
sercu.
Krzyki z kuchni w jej domu z pewnością pochodziły z zakazanego
amerykańskiego filmu akcji dla widzów dorosłych.
Następnie Luiza Dobraniecka, bo tak nazywała się mama Justyny, udzieliła
mi pierwszej w życiu lekcji makijażu. Spojrzała na mój makijaż, na makijaż
Justyny i stwierdziła, że oba bardzo jej się podobają. Kiedy przyznałam się,
że oba wykonałam ja, pani Dobraniecka pochwaliła mnie za dobór kolorów i
sposób położenia kredki do oczu. "Pewnie mama uczy cię tych spraw, co
nie?" - spytała retorycznie - "Makijaż pasuje do typu urody Justyny. Justyna
jest jeszcze ładniejszą dziewczyną w twoim makijażu." Justyna rozpromieniła
się, Luiza zaś dodała w jej stronę: "Ale na zewnątrz tak nie wyjdziesz." Po
czym zaczęła zbierać kosmetyki do pudełka, wciąż patrząc na nas obie.
"Ciuchy też ciekawie zestawione" - oceniła - "To pewnie Justyny robota." -
mrugnęła okiem. "Justyna już teraz wie, jak się ubrać. To dobrze." Po czym
spojrzała na nas ostatni raz, jak stoimy w pełnej krasie poprzebierane w za
duże ciuchy i wymalowane po kobiecemu i kazała nam iść do łazienki zmyć
makijaże, a wszystkie ciuchy poukładać z powrotem tam, skąd je wzięłyśmy.
Luizie Dobranieckiej aż tak spodobał się makijaż wykonany wówczas przeze
mnie na Justynie, że pewnego dnia poprosiła mnie o zrobienie sobie makijażu
przed ważnym wyjściem. Odtąd czasem malowałam jej twarz a ona w zamian
dawała mi stare Burdy z wykrojami strojów. Nie mogła przy tym wiedzieć, że w
moim domu takie czasopisma traktowane były jako wyraz próżności i złego
gustu. Brałam pisma, dziękowałam grzecznie, omawiałam co ciekawsze
propozycje z mamą Justyny i zapewniałam, że na pewno z nich skorzystam. Po
czym wnosiłam te babskie magazyny po kryjomu do domu, bo nikt przecież nie
chce być wyśmiany choćby przez własną siostrę za próżność i fiu bzdziu w
głowie, a takie ryzyko istniało właśnie w moim przypadku, i to dość
bezpośrednie. Następnie rzucałam te piśmidła na bezładny stos w kącie na
strychu, gdzie pokrywał je kurz i chodziły po nich pająki.
Luiza Dobraniecka była niezwykle ujmującą osobą i taką ją zapamiętam,
choć nigdy już się z nią nie spotkam i czasem tego żałuję. Dotąd pamiętam
chwile, kiedy robiłam jej makijaż. Pamiętam, jak siadała z gracją na pufie w
garderobie, ubrana w kusą różową bluzeczkę i getry z lajkry, rozpuszczała
swoje długie, kasztanowe loki i mówiła "Do dzieła mała, pokaż, na co cię
stać." Uśmiechała się przy tym szeroko. Z coraz większą wprawą przeglądałam
jej kosmetyczkę w poszukiwaniu właściwej dla danego dnia emocji zaklętej w
kosmetycznym proszku, tej namacalnej magii pobłyskujących drobinek, czy też
barwy pomadki, której danego dnia pragnęły usta pięknej Luizy. W jej
kosmetyczce znajdowały się wszystkie barwy słońca. Luiza miała skłonność do
przesady i przepychu, lubiła mocny makijaż, róż na policzkach i dużo pudru.
Malowała swoją twarz taką, jaką chciała się widzieć danego dnia. Tworzyła
siebie na nowo, niczym pędzlem na płótnie. Nowa twarz, nowa osoba. Cera o
odcieniu brzoskwini, uśmiech barwy malin, wyraźny i jaśniejący, oczy pełne
blasku, w kolorze tęczy, która jak wiadomo przychodzi po deszczu, podczas
którego świeci słońce. Taka też i była Luiza Dobraniecka. Mieszanka słońca i
deszczu w jednym. Strój i wygląd koloru tęczy.
Kiedy kilka lat później, już w nowej Polsce, malowałam ją ostatni raz,
wybrałam delikatny róż. Na powieki położyłam jasny łososiowy cień. Max
Factor z importu. Rozświetlił podpuchnięte oczy i dodał im świeżości. Na
bladą twarz położyłam puder w kremie, żeby poprawić szary koloryt i zmyć z
twarzy zmęczenie. Efekt był zadawalający, jednak spod rozświetlających barw
i ciepłych odcieni, którymi otuliłam twarz Luizy tamtego dnia, wystawały
oczy pełne niezrozumiałego dla mnie wówczas smutku. Oczy Luizy nie pasowały
do barw wymalowanych na jej twarzy i nawet mając wszystkie kosmetyki tego
świata nie zdołałabym tego zmienić.
Luiza podziękowała grzecznie i nie patrzyła mi w oczy. Przygarnęła mnie
tylko ramieniem i powiedziała, że od razu jej lepiej. Powiedziała, że mogę
zachować łososiowy cień i perłową pomadkę. Będą mi pasować, powiedziała. Nie
wiedziałam wtedy, że widzę ją ostatni raz. Gdybym to wiedziała, pewnie bym
tych prezentów nie wzięła.
Kiedy odwróciła się w stronę lustra zobaczyłam, że z tyłu na szyi ma
spory siniak. Podobny siniak miała na nadgarstku, choć zakrywała go
bransoletą. Plus parę zadrapań i blizn na rękach, co umiejętnie ukryła pod
biżuterią. Odruchowo westchnęłam ze zdziwienia. Luiza siedziała na krześle
przed lustrem tyłem do mnie. Zobaczyła moją zdziwioną minę w lustrze
naprzeciw siebie i drgnęła nerwowo.
Zaraz potem pożegnała się zdawkowo, jakby zmieszana, i wyszła z pokoju
brzęcząc bransoletami. Posprzątałam w pośpiechu porozrzucane kosmetyki do
makijażu. Schowałam łososiowy cień do kieszeni niczym największy skarb i
czym prędzej wyszłam.
Luiza nie poprosiła mnie już więcej o zrobienie makijażu. Widziałam ją
kilka razy na ulicy przed bramą do domu, kiedy wjeżdża swoim drogim,
zagranicznym samochodem na posesję, jak zawsze świetnie uczesana i
umalowana, z długimi kolorowymi paznokciami, w obcisłej sukience i barwnych
szalach. Jej mąż robił świetne interesy na szwalni oraz handlu ubraniami i
butami, które podobno wyglądały tak, jak prawdziwe firmowe ubrania z
zagranicy.
Kiedy miałam siedemnaście lat, ojciec Justyny kupił mamie Justyny
solarium, o którym od lat marzyła. Krzyki w domu przycichły. Solarium
wybudowano pomiędzy ich kuchnią a naszą posesją. Może dlatego nie słyszałam
już krzyków. Wejście znajdowało się od ulicy, miało jasno pomarańczowy szyld
z napisem SOLARIUM u Luizy. "Słoneczny Raj".
Pewnego wiosennego dnia, kiedy za oknem topniał brudny śnieg, Luiza
Dobraniecka zamknęła się w solarium na kilka lub nawet kilkadziesiąt minut
za długo. Jej serce tego nie wytrzymało. Za dużo ciepła i za mało
przestrzeni na raz.
Nigdy nie użyłam łososiowego cienia do powiek, który dała mi Luiza.
Nawet po latach, kiedy zostałam wziętą makijażystką paru znanych osób.
Trzymam łososiowy cień Luizy szczelnie zamknięty w blaszanym pudełku ze
skarbami minionej epoki. Postanowiłam, że użyję go tylko raz, pierwszy i
ostatni, w dzień swojego ślubu. A potem zamknę w pudełku skarbów i zakopię w
ogrodzie mojego nowego domu. Tak, jak to robią dziewczęta w romantycznych
amerykańskich filmach z happy endem.
pozdrawiam wakacyjnie,
Thread Navigation
This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.
Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.
Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.
Back to All Threads