🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

Article View: pl.hum.pisarstwo
Article #18886

Solarium U Luizy

#18886
From: ostryga
Date: Tue, 20 Jul 2010 09:53
224 lines
17417 bytes
    Moje życie towarzyskie kwitło. Kwitło i jaśniało blaskiem światła 
odbitego w tafli butelki po piwie. W półmroku klatki schodowej, w 
przygaszonym świetle osiedlowego lokalu, wśród zapachu letnich traw na 
skwerze za obdrapanym blaszakiem. Radość, wiwaty, śmiech, koniec trosk dnia 
codziennego ukryty pod błahą konwersacją.
    Blaszak osiedlowy wyrastał przed nami jak olbrzymi pająk z tandetnego 
filmu science fiction. Siadało się na obdrapanym murku w najbardziej 
oddalonym od wejścia miejscu, z dala od oczu przechodniów, pomiędzy 
metalowym trzepakiem do dywanów a walącą się drewnianą ruderą, która 
pamiętała przedwojenne żydowskie kramy. Łódź początku lat 
dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku to nadal ziemia obiecana, wieczne 
królestwo pijaków i meneli.
    Wolałam siedzieć z piwem i z moimi znajomymi na uboczu. Nie chciałam, 
żeby zauważyła mnie kobieta mojego ojca, Alicja, kiedy będzie wracać z 
zakupami z blaszaka. Urobiona po łokcie, obładowana niczym juczny wielbłąd, 
z rękami do ziemi, przygarbiona od ciężaru zakupów - tych wszystkich 
ziemniaków, marchwi, selerów, kiepskiej kiełbasy wystanej w kolejce w 
mięsnym i innych wątpliwej jakości produktów naszego kiełkującego 
kapitalizmu. Nie chciałam jej wtedy widzieć. Nie chciałam, żeby ona widziała 
mnie. Byłby to dla mnie wstyd, zobaczyć wtedy Alicję, z tymi siatami i w 
kiepskiej jakości ciuchach ze szmateksu. Zdecydowanie nie prezentowała się 
kobieco, a ja zwracam uwagę na wygląd. Po za tym, gdybym ją ujrzała z 
siatami, nie wiedziałabym, co zrobić z własnymi rękami, trzymającymi piwo. 
Skryć się prędko, uciekać, czy coś innego.
    Siedząc pod blaszakiem, widziałam kiedyś pewną koleżankę z podstawówki, 
która wychodzi ze swoją mamą z blaszaka i niesie za swoją mamę większość 
toreb. Pomyślałam wtedy, że może też powinnam tak się zachować, gdybym 
zauważyła Alicję idącą z zakupami. W końcu Alicja z nami mieszka, gotuje i 
sprząta i takie tam. Być może powinnam podejść i wziąć od niej siaty. Nigdy 
nie nosiłam z nikim i za nikogo zakupów. Nie wiedziałabym, jak się zachować, 
gdyby zaszła taka potrzeba. Spąsowiałabym ze wstydu, albo udała, że jestem 
niewidoczna i nic nie widzę.
    Dlatego siadywałam pod blaszakiem oddalonym od domu o kilkanaście minut 
drogi piechotą, gdzie Alicja chodziła tylko w wyjątkowych przypadkach. I 
faktycznie ani razu jej tam nie spotkałam.
    Towarzystwo miałam generalnie miłe. Lubiłam te dziewczyny, każda z nich 
miała swoją historię i swoje problemy, o których być bliżej opowiedzieć. 
Każda chodziła do jakiejś szkoły, po Bożemu, jak przystało, jakoś tam 
zdawała do następnej klasy. Nieprawdą jest żeśmy ciągle klęły i że kurwa 
było przecinkiem w naszych zdaniach. Lubiłyśmy wiosną i latem spotkać się 
pod blaszakiem, pogadać i pośmiać się razem i tyle. Żadnej większej 
filozofii, jeśli chcecie wiedzieć. Czasem któraś z nas wypiła piwko, czy 
dwa, któraś zapaliła papierosa, jednak w porównaniu z obecną młodzieżą 
byłyśmy doprawdy bardzo grzeczne.
    Nie było galerii handlowych, nie było komórek, nie było gadżetów, 
białych kozaczków, kusych spódniczek i mody na solarium od lat trzynastu. 
Nie było łódzkiej Manufaktury, supermarketów, Geant i Tesco i inny Carrefour 
do kolekcji. Był osiedlowy blaszak i cztery generalnie miłe dziewczęta 
pomiędzy trzepakiem a obdrapanym samem "Społem".
    Ojciec Agnieszki też chodził do blaszaka, i też po piwo. Leżał czasem 
pijany w trawie tak że tylko czapka z daszkiem wystawała. To było pod tym 
drugim blaszakiem, myślę, że celowo on wybrał tamten rejon, a my ten.
    Aneta z kolei już piąty raz zmieniała szkołę. Jej matka wciąż miała 
nowych facetów, którzy po jakimś czasie zostawali jej mężami. Aneta nie 
skończyła jeszcze piętnastu lat, a już cztery razy zmieniła nazwisko. 
Śmiałam się z niej czasem, kiedy widziałam ją po dłuższej nieobecności. "Z 
kim mam tym razem przyjemność?" - pytałam, badając, jak się obecnie nazywa. 
Ostatnie nazwisko miała zresztą bardzo ładne, wszystkim nam się podobało. 
Majewska - to brzmiało prawie wytwornie. Najnowszy ojczym był mechanikiem 
samochodowym, nawet nie pił za dużo i nie dobierał się do Anety, tak jak jej 
poprzedni ojczymowie. Cuchnął tylko smarem i był starszy o dwadzieścia lat 
od matki Anety. Nazwisko za to miał ładne, takie wiosenne i majowe.
    Justyna natomiast była bogata. Ojciec był znanym badylarzem, powodziło 
im się świetnie. Mieszkali w domku, obok mnie. Mam specyficzne wspomnienia 
związane z matką Justyny. Pamiętam, że mama Justyny lubiła różowy kolor. 
Miała mnóstwo kolorowych ciuchów i marzyła o tym, żeby założyć solarium. 
Imponowała mi dbałością o wygląd i stroje.
    Kiedy przechodziłam koło posesji Justyny, słyszałam czasem krzyki. Nie 
wiem, kto na kogo krzyczał. Wiem też, że ktoś w kogoś czymś rzucał, co było 
słychać nawet w moim ogródku. Zwłaszcza wieczorem i w nocy, gdy wokół 
panowała cisza. Trudno nie usłyszeć dźwięku talerza rzucanego o ścianę, 
który rozpryskuje się w drobny mak na kamiennej posadzce, kiedy mieszkasz 
parę metrów dalej, a twoje okno wychodzi wprost na ich okno kuchenne. 
Wolałam wierzyć, że były to odgłosy telewizora, który głośno u nich grał. To 
na pewno te słynne amerykańskie filmy akcji, które mama zakazuje mi 
oglądać -  przekonywałam sama siebie i wszystko wracało na swoje miejsce. 
Justyna nadal była moją przyjaciółką, przemiłą nieśmiałą dziewczynką, jej 
mama nadal była zadbaną, uśmiechniętą panią w kolorowych, zagranicznych 
ubraniach, a jej tatuś postawnym panem w garniturze, czarnych mokasynach i 
białych skarpetkach.
    Czasami przychodziłam do nich pooglądać kolekcję ubrań mamy Justyny i 
jej przyrządy do makijażu. Oczy wychodziły mi z orbit z podziwu. Takiej 
ilości pomadek, podkładów i cieni do powiek nigdzie i nigdy nie widziałam. W 
tajemnicy przed wszystkimi malowałyśmy się z Justyną pod nieobecność jej 
rodziców w garderobie jej mamy. Siedziałyśmy na pluszowych taboretach, nasze 
wciąż za krótkie nogi zwisały bezwładnie nad podłogą, i wpatrywałyśmy się w 
swoje wymalowane twarze. Przychodziłam do Justyny na malarskie sesje jeszcze 
przed pamiętnym rokiem 1989, kiedy to moja mama wyjechała do pracy na 
zachód. Chodziłam do Justyny w konspiracji i początkowo nikt nie wiedział 
gdzie jestem i co robię. Pilnowałam, żeby efekty naszych zabaw makijażem 
dokładnie zmyć z twarzy. Nie wiedzieć czemu, moja mama bardzo nie lubiła 
mamy Justyny. Nazywała ich rodzinę "patologiczną". Kiedy spytałam, co to 
słowo znaczy, wyjaśniła, że rodzice Justyny nie są wykształceni i dobrze 
wychowani i że moja obecność tam jest niepożądana. "Pamiętaj dziecko, że 
tylko puste i próżne kobiety się malują. Kobiety prawdziwie piękne nie 
potrzebują makijażu" - dodała.
    Pewnego razu mama Justyny przyłapała nas na gorącym uczynku. Zobaczyła, 
jak siedzimy w jej garderobie, poprzebierane w za duże ciuchy, omotane 
barwnymi szalami,  w wielkich kapeluszach na głowach, i malujemy sobie 
wzajemnie usta. Zaskoczyła nas swoim wejściem, więc wpadłyśmy w popłoch, i 
chcąc zbiec z miejsca przestępstwa zaplątałyśmy się w przydługie sukienki i 
potknęłyśmy o własne nogi wsadzone w damskie szpilki. Justyna runęła jak 
długa na ziemię zaplątana w swój strój, a mnie kapelusz spadł na oczy, przez 
co nie mogłam zobaczyć miny mamy Justyny i nie wiedziałam, czego mam się 
spodziewać. Skuliłam się w sobie i zamarłam w bezruchu, oczekując 
reprymendy. Gdybym mogła skryłabym się jeszcze bardziej za tym kapeluszem. 
Wielkiej awantury jednak nie było. Zamiast wrzasków usłyszałam łagodny 
śmiech mamy Justyny. Justyna zbierała się właśnie z podłogi, podczas gdy ja 
wciąż tkwiłam nieruchomo w oczekiwaniu na karę. "Dlaczego mi nie 
powiedziałyście, że przebieracie się w moje rzeczy?" - spytała mama Justyny 
spokojnie, po czym zdjęła mi z głowy kapelusz łagodnym ruchem ręki. Bez 
złości i nerwów. "O, to, ty Ewa. Tak myślałam." - powiedziała, co jeszcze 
bardziej zwiększyło mój stres. Musiałam być pąsowa ze wstydu. Nawet grube 
warstwy makijażu nie przykryły mojego zażenowania. Stałam przez chwilę jak 
zamurowana, w oczekiwaniu na karę. Mama Justyny spojrzała tymczasem 
fachowym, kobiecym okiem na moją twarz, raz z jednej, raz z drugiej strony, 
uśmiechnęła się, po czym spytała: "Sama się malowałaś?" "Przepraszam panią, 
bardzo przepraszam." - mamrotałam drżącym głosem. "Nic takiego się nie 
stało." - odparła mama Justyny spokojnie i dodała - "O ile nie wyjdziecie 
tak na ulicę. Kiedy byłam w waszym wieku, też interesowałam się makijażem i 
ubraniami. Dla kobiety to naturalne. Proszę tylko, żebyście odkładały rzeczy 
na miejsce i ich nie gniotły."
    Kiedy mama Justyny skończyła mówić, odetchnęłam z ulgą. Zbrodnia została 
wybaczona. Winy odkupione. Kara nie nastąpiła. Mama Justyny stała przede mną 
jako anioł dobroci i wybaczenia. Piękny, wypielęgnowany anioł o łagodnym 
sercu.
    Krzyki z kuchni w jej domu z pewnością pochodziły z zakazanego 
amerykańskiego filmu akcji dla widzów dorosłych.
    Następnie Luiza Dobraniecka, bo tak nazywała się mama Justyny, udzieliła 
mi pierwszej w życiu lekcji makijażu. Spojrzała na mój makijaż, na makijaż 
Justyny i stwierdziła, że oba bardzo jej się podobają. Kiedy przyznałam się, 
że oba wykonałam ja, pani Dobraniecka pochwaliła mnie za dobór kolorów i 
sposób położenia kredki do oczu. "Pewnie mama uczy cię tych spraw, co 
nie?" - spytała retorycznie - "Makijaż pasuje do typu urody Justyny. Justyna 
jest jeszcze ładniejszą dziewczyną w twoim makijażu." Justyna rozpromieniła 
się, Luiza zaś dodała w jej stronę: "Ale na zewnątrz tak nie wyjdziesz." Po 
czym zaczęła zbierać kosmetyki do pudełka, wciąż patrząc na nas obie. 
"Ciuchy też ciekawie zestawione" - oceniła - "To pewnie Justyny robota." - 
mrugnęła okiem. "Justyna już teraz wie, jak się ubrać. To dobrze." Po czym 
spojrzała na nas ostatni raz, jak stoimy w pełnej krasie poprzebierane w za 
duże ciuchy i wymalowane po kobiecemu i kazała nam iść do łazienki zmyć 
makijaże, a wszystkie ciuchy poukładać z powrotem tam, skąd je wzięłyśmy.
    Luizie Dobranieckiej aż tak spodobał się makijaż wykonany wówczas przeze 
mnie na Justynie, że pewnego dnia poprosiła mnie o zrobienie sobie makijażu 
przed ważnym wyjściem. Odtąd czasem malowałam jej twarz a ona w zamian 
dawała mi stare Burdy z wykrojami strojów. Nie mogła przy tym wiedzieć, że w 
moim domu takie czasopisma traktowane były jako wyraz próżności i złego 
gustu. Brałam pisma, dziękowałam grzecznie, omawiałam co ciekawsze 
propozycje z mamą Justyny i zapewniałam, że na pewno z nich skorzystam. Po 
czym wnosiłam te babskie magazyny po kryjomu do domu, bo nikt przecież nie 
chce być wyśmiany choćby przez własną siostrę za próżność i fiu bzdziu w 
głowie,  a takie ryzyko istniało właśnie w moim przypadku, i to dość 
bezpośrednie. Następnie rzucałam te piśmidła na bezładny stos w kącie na 
strychu, gdzie pokrywał je kurz i chodziły po nich pająki.
    Luiza Dobraniecka była niezwykle ujmującą osobą i taką ją zapamiętam, 
choć nigdy już się z nią nie spotkam i czasem tego żałuję. Dotąd pamiętam 
chwile, kiedy robiłam jej makijaż. Pamiętam, jak siadała z gracją na pufie w 
garderobie, ubrana w kusą różową bluzeczkę i getry z lajkry, rozpuszczała 
swoje długie, kasztanowe loki i mówiła "Do dzieła mała, pokaż, na co cię 
stać." Uśmiechała się przy tym szeroko. Z coraz większą wprawą przeglądałam 
jej kosmetyczkę w poszukiwaniu właściwej dla danego dnia emocji zaklętej w 
kosmetycznym proszku, tej namacalnej magii pobłyskujących drobinek, czy też 
barwy pomadki, której danego dnia pragnęły usta pięknej Luizy. W jej 
kosmetyczce znajdowały się wszystkie barwy słońca. Luiza miała skłonność do 
przesady i przepychu, lubiła mocny makijaż, róż na policzkach i dużo pudru. 
Malowała swoją twarz taką, jaką chciała się widzieć danego dnia. Tworzyła 
siebie na nowo, niczym pędzlem na płótnie. Nowa twarz, nowa osoba. Cera o 
odcieniu brzoskwini, uśmiech barwy malin, wyraźny i jaśniejący, oczy pełne 
blasku, w kolorze tęczy, która jak wiadomo przychodzi po deszczu, podczas 
którego świeci słońce. Taka też i była Luiza Dobraniecka. Mieszanka słońca i 
deszczu w jednym. Strój i wygląd koloru tęczy.
    Kiedy kilka lat później, już w nowej Polsce, malowałam ją ostatni raz, 
wybrałam delikatny róż. Na powieki położyłam jasny łososiowy cień. Max 
Factor z importu. Rozświetlił podpuchnięte oczy i dodał im świeżości. Na 
bladą twarz położyłam puder w kremie, żeby poprawić szary koloryt i zmyć z 
twarzy zmęczenie. Efekt był zadawalający, jednak spod rozświetlających barw 
i ciepłych odcieni, którymi otuliłam twarz Luizy tamtego dnia, wystawały 
oczy pełne niezrozumiałego dla mnie wówczas smutku. Oczy Luizy nie pasowały 
do barw wymalowanych na jej twarzy i nawet mając wszystkie kosmetyki tego 
świata nie zdołałabym tego zmienić.
    Luiza podziękowała grzecznie i nie patrzyła mi w oczy. Przygarnęła mnie 
tylko ramieniem i powiedziała, że od razu jej lepiej. Powiedziała, że mogę 
zachować łososiowy cień i perłową pomadkę. Będą mi pasować, powiedziała. Nie 
wiedziałam wtedy, że widzę ją ostatni raz. Gdybym to wiedziała, pewnie bym 
tych prezentów nie wzięła.
    Kiedy odwróciła się w stronę lustra zobaczyłam, że z tyłu na szyi ma 
spory siniak. Podobny siniak miała na nadgarstku, choć zakrywała go 
bransoletą. Plus parę zadrapań i blizn na rękach, co umiejętnie ukryła pod 
biżuterią. Odruchowo westchnęłam ze zdziwienia. Luiza siedziała na krześle 
przed lustrem tyłem do mnie. Zobaczyła moją zdziwioną minę w lustrze 
naprzeciw siebie i drgnęła nerwowo.
    Zaraz potem pożegnała się zdawkowo, jakby zmieszana, i wyszła z pokoju 
brzęcząc bransoletami. Posprzątałam w pośpiechu porozrzucane kosmetyki do 
makijażu. Schowałam łososiowy cień do kieszeni niczym największy skarb i 
czym prędzej wyszłam.

    Luiza nie poprosiła mnie już więcej o zrobienie makijażu. Widziałam ją 
kilka razy na ulicy przed bramą do domu, kiedy wjeżdża swoim drogim, 
zagranicznym samochodem na posesję, jak zawsze świetnie uczesana i 
umalowana, z długimi kolorowymi paznokciami, w obcisłej sukience i barwnych 
szalach. Jej mąż robił świetne interesy na szwalni oraz handlu ubraniami i 
butami, które podobno wyglądały tak, jak prawdziwe firmowe ubrania z 
zagranicy.
    Kiedy miałam siedemnaście lat, ojciec Justyny kupił mamie Justyny 
solarium, o którym od lat marzyła. Krzyki w domu przycichły. Solarium 
wybudowano pomiędzy ich kuchnią a naszą posesją. Może dlatego nie słyszałam 
już krzyków. Wejście znajdowało się od ulicy, miało jasno pomarańczowy szyld 
z napisem SOLARIUM u Luizy. "Słoneczny Raj".

    Pewnego wiosennego dnia, kiedy za oknem topniał brudny śnieg, Luiza 
Dobraniecka zamknęła się w solarium na kilka lub nawet kilkadziesiąt minut 
za długo. Jej serce tego nie wytrzymało. Za dużo ciepła i za mało 
przestrzeni na raz.

    Nigdy nie użyłam łososiowego cienia do powiek, który dała mi Luiza. 
Nawet po latach, kiedy zostałam wziętą makijażystką paru znanych osób. 
Trzymam łososiowy cień Luizy szczelnie zamknięty w blaszanym pudełku ze 
skarbami minionej epoki. Postanowiłam, że użyję go tylko raz, pierwszy i 
ostatni, w dzień swojego ślubu. A potem zamknę w pudełku skarbów i zakopię w 
ogrodzie mojego nowego domu. Tak, jak to robią dziewczęta w romantycznych 
amerykańskich filmach z happy endem.

pozdrawiam wakacyjnie,
 
Technical Details
Message-ID: <i23rmi$lla$1@news.onet.pl>
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.rmf.pl!agh.edu.pl!news.agh.edu.pl!news.onet.pl!not-for-mail

Show Full Headers
Complete Article Headers
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.rmf.pl!agh.edu.pl!news.agh.edu.pl!news.onet.pl!not-for-mail
From: "ostryga" <zlosliwa_ostryga@vp.pl>
Newsgroups: pl.hum.pisarstwo
Subject: Solarium U Luizy
Date: Tue, 20 Jul 2010 11:53:24 +0200
Organization: http://onet.pl
Lines: 225
Message-ID: <i23rmi$lla$1@news.onet.pl>
NNTP-Posting-Host: chello089076161231.chello.pl
Mime-Version: 1.0
X-Trace: news.onet.pl 1279619602 22186 89.76.161.231 (20 Jul 2010 09:53:22 GMT)
X-Complaints-To: niusy@onet.pl
NNTP-Posting-Date: Tue, 20 Jul 2010 09:53:22 +0000 (UTC)
X-Priority: 3
X-MSMail-Priority: Normal
Importance: Normal
X-Newsreader: Microsoft Windows Live Mail 14.0.8117.416
X-MimeOLE: Produced By Microsoft MimeOLE V14.0.8117.416
X-Antivirus: avast! (VPS 100719-1, 2010-07-19), Outbound message
X-Antivirus-Status: Clean
Content-Type: text/plain; charset=UTF-8
Content-Transfer-Encoding: 8bit