🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

Article View: alt.pl.konie
Article #1105

Re: Co się Wam nie podoba w Waszej stadninie?

#1105
From: Wojciech "Spook" Sura
Date: Wed, 24 Sep 2003 19:52
185 lines
13555 bytes
Świadek iza <izabela.henc@gazeta.pl> zeznał:
> Witam,
> od przyszłego roku będę udostępniała moje konie do jazd w terenie dla
> turystów (oraz oczywiście też padok i lonża dla chcących). Sama
> jeżdźiłam tylko w 3 miejscach, a nie chcę popełniać błędów wielu
> stadnin, ktore zniechęcały klientów. Więc napiszcie mi CO WAM SIĘ NIE
> PODOBA, TAM GDZIE JEŹDZICIE. Za wszelkie uwagi będę wdzięczna:)))
> Iza

O, kurczę, nie wiesz na co się piszesz :) Twoje pytanie przypomniało mi
pewną historię, którą - w odniesieniu do Twojego pytania - można streścić w
dwóch zdaniach, ale wreszcie kiedyś ktoś ją usłyszy w całości... Także jak
ktoś ma wstręt do czytania, proszę przerwać :) Będzie dużo tekstu :)

Wycenzuruję imiona, nazwiska i nazwy - nie mam zamiaru robić anty- lub
reklamy :)

Zaczynałem jeździć w D., około 15 minut jazdy na rowerze od mojego domu.
Uczył wtedy tam niejaki L., człowiek, który robił wrażenie rubasznego,
wesołego, ale tak na prawdę, to strasznie wrzeszczał jak coś zrobiło się
źle - i to częściowo zniechęcało do jazd. Ale wytrwałem i po pewnym czasie
nastąpiło trochę zmian na lepsze - L. odszedł i w jego miejsce pojawiła się
pani A., wesoła, sympatyczna, jazdy stały się prawdziwą przyjemnością. Poza
tym w D. było kilka wesołych lasek (w nomenklaturze stadnin z mojej okolicy,
'laska' to osoba, która nieodpłatnie (zazwyczaj wzamian za jazdy) pomaga
przy koniach; ja też jestem poniekąd laską - zabawne, ale prawdziwe :) ),
fajniste koniki (zróżnicowane charaktery - do wyboru, do koloru), niezła
ujeżdżalnia - czyli, krótko mówiąc, fajna stadnina.

Jeździłem tam aż do końca roku szkolnego, a w wakacje zaczęła się prawdziwa
zabawa - o ósmej byliśmy z kumplem na obrzeżu dzielnicy, piętnaście minut
później - w stadninie, na czternastą się wracało do domu albo i nie (jak się
nie chciało :)), a rodzice widzieli nas wymęczonych około 18., kiedy
stadnina była już zamykana; zdążyliśmy tylko zjeść kolację, walnąć się na
łóżko, by następnego dnia znów wstać o 7:30, zjeść coś i siadać na rower.
Atrakcją nie były bynajmniej jazdy (a właściwie: nie tylko) - jeździłem
tylko raz tygodniowo w ramach "załatwionych" jazd ze szkoły, ale atrakcją
była sama stadnina - osoby, koniki, instruktorka, widoki (pola dookoło) -
czyli po prostu taka 'atmosfera'. Trudno to wyjaśnić, ale każdy chyba wie, o
co chodzi :) Potrafiliśmy z kumplem pomagać cały dzień np. przy obozach
jeździeckich - on metalowiec, ja też niezbyt lubiący mniejsze dzieciaki, a
jednak prowadzaliśmy koniki wśród wrzeszczącej dzieciarni po pięć godzin
dziennie tak, że rower stawał się potem narzędziem tortury a nie srodkiem
lokomocji. Nic z tego nie mieliśmy - ani zapłaty ani jazd ani nawet
satysfakcji, bo co to za satysfakcja prowadzić konika dookoła ujeżdżalni
pięć godzin, a czasem nawet jeszcze z nim pokłusować (oczywiście obok :)).
Poza tym pomagało się gdzie tylko się dało, woziliśmy wóz z sianem i słomą,
czyściliśmy koniki itp. - w ramach wolnego czasu, w roku szkolnym zostało
to, naturalnie, znacznie ograniczone.

No i, niestety, nadeszły zmiany w postaci nowych właścicieli stadniny; Z
początku nie odczuliśmy ich bardzo dotkliwie, zmieniło się na początku
niewiele - ot, zaczęli remontować stajnię i sprowadzili cztery kuce
(niestety, nie pamiętam rasy), zapowiadało się całkiem fajnie. Ale rychło
"przejrzeliśmy" właścicielkę - jej marzeniem było prowadzenie stajni
sportowej i D. zaczęło stawać się powoli właśnie taką stajnią.

Zmiany okazały się dość radykalne: po pierwsze, w stajni pojawili się, jako
instruktorzy, dawni znajomi szefowej, którzy mieli z naszą ulubioną
instruktorką sporo antagonizmów; pani A. wytrzymała chyba z miesiąc, po czym
złożyła rezygnację i odeszła. Bezcelowym krokiem szefostwa stało się później
wyrzucenie jednej z lasek, A. Historia była wręcz komiczna, bo A. kiedyś
naraziła się (o ile mi wiadomo, bezpodstawnie) jednej z nowych instruktorek,
która się na nią śmiertelnie obraziła i zaowocowało to "zwolnieniem" A.
przez szefową. Najzabawniejsze było w tym to, że właśnie A. najwięcej
pracowała, była o wiele spokojniejsza i uczynna niż reszta lasek. A jednak
wyleciała. Jedna z decyzji, których nigdy nie zrozumiem.

Dotkliwie odczułem brak naszej instruktorki tym bardziej, że nie miałem z
nią kontaktu i nie mogłem dowiedzieć się, gdzie teraz pracuje; ale ponieważ
szkoła dalej (po ciężkich bojach z szefową, która zgodziła się na niższą
cenę, ale musieliśmy płacić teraz z góry za cały miesiąc) zapewniała nam
niższą cenę za jazdy, to chodziłem tam nadal. A jazdy były już słabe - niby
galopowałem, skakałem, ale co to za galop, jak za sobą ma się dwa kółka
stępa i dwa - kłusa od początku jazdy i świadomość, że konika się jeszcze
dobrze nie rozgrzało. A instruktora trza słuchać - przecież instruktor WIE
LEPIEJ. Tereny zamieniały się (z kilkoma wyjątkami) w jazdę z góry
przewidywalną trasą z dziewczyną bez papierów instruktora jako
przewodnikiem, zmianą tempa w z góry znanych miejscach i gigantycznym
galopem na 'pardubickiej' - czyli na takiej łące, która ww nazwą ochrzczona
została z powodu zachowania koni - kiedyś klub notorycznie urządzał tu sobie
wyścigi, co odbiło się na psychice koni.

Myślałem, że to wszystko - a jednak się pomyliłem. Poszło niby o szczegóły,
a jednak zachowanie szefostwa mi się nie spodobało. Ot taka historia:
jeszcze za urzędów pani A. zabraliśmy się za robienie konikom tabliczek, tzn
infa pod boksami. Najpierw kumpel pstryknął konikom mnóstwo fotek cyfrówką,
potem ja siedziałem ze dwie godziny, aby za pomocą photoshopa i klonowania
(narzędzie) pousuwać uwiązy, zbędne cienie, ręce itp - czyli pozostały na
fotce same koniki, później ładnie się skomponowało efekty i zrobiliśmy 11
pięknych (no, przynajmniej w naszym mniemaniu - jeśli ktoś chce zobaczyć to
proszę na priv, mam je dalej) tabliczek, które wydrukowane drukarką laserową
na papierze fotograficznym (za nasze pieniądze, naturalnie) zanieśliśmy już
nowemu szefostwu - pracę skończyliśmy niestety już po owych zmianach.
Szefostwo, a ściślej szef obejrzał tabliczki powiedział, że kupują pomysł,
dał nam za nie darmową jazdę, po czym schował je do szafy, gdzie AFAIR leżą
do dziś i się kurzą. Albo powędrowały do lasek, które niewielkim nakładem
sił i środków załatwiły je sobie u szefa - koniki mają tabliczki zrobione za
(pewnie) sporą kasę w jakimś-tam zakładzie poligraficznym. Pewnego dnia
szefowa spytała mnie, czy nie mógł bym przypadkiem pożyczyć im płyty ze
zdjęciami, które zrobiliśmy konikom - odparłem, że chętnie i ja, naiwny,
pożyczyłem. Po połowie roku próśb i ciągłych 'przypominań' najpierw
dowiedziałem się, że nie ma czasu szukać tej płyty (ale jeździć na motorach,
które kupił to ma), potem, że nie wie, gdzie ta płyta jest, wreszcie okazało
się, że znalazła się w bocznej kieszeni pokrowca w którym trzymał laptopa.

Po tych wszystkich perypetiach, analizując jeszcze zachowanie szefostwa,
zacząłem odnosić wrażenie, iż dla nich konie rekreacyjne są żywymi
pochłaniaczami i produktorami pieniędzy na czterech nogach. Gdyby w umowie
nie mieli zapisanej informacji, że stadnina musi posiadać rekreację, pewnie
wysprzedaliby wszystkie konie i pozostawili tylko te pod sport (moja
subiektywna opinia! :))

Przełom nastąpił na pewnych zawodach jeździeckich - pojawiła się bowiem nań
pani A. Natychmiast wyciągnąłem od niej adres stadniny w której teraz
pracuje i niedługo potem się tam wybraliśmy. Co za różnica! Spokojnie,
cicho, od razu odniosło się wrażenie, że tu się dba o konie - lasek o wiele
więcej, ale faktycznie siedzących przy konikach i z zapałem szorujących je
szczotkami :). Od tego czasu zaczęliśmy z kumplem cały czas jeździć do L.,
gdzie ta stadnina była (ok. 30 km), poświęcając całe wolne soboty na pomoc w
tamtej stajni. Jeździliśmy tam z czystym sumieniem - mieliśmy jazdy "za
darmo", ale robiliśmy przy konikach cokolwiek pani A. nas poprosiła - nawet
zdarzyło mi się kilka razy prowadzić lążę różnym jeźdźcom (nie mówcie nikomu
;)).Wracaliśmy do domu umęczeni, ale szczęśliwi - mi potrafiło wystarczyć
wywalanie gnoju z boksów, żebym poczuł, że jednak coś dla koników robię, i
że ta praca nie pójdzie na marne. Teraz, gdy siedzę przy kompie jestem
właśnie po takim dniu w stadninie i humor dopisuje mi jak nigdy :).

No i taka historyjka. Jak chcecie, skomentujcie :) Ja jeszcze ustosunkuję
się do Waszych zdań:

*) "Wejście wzbronione" - otóż w L., gdzie teraz chodzę, problem ten jest
rozwiązany w ciekawy sposób, choć jestem świadom, że nie wszędzie tak się da
zrobić. Otóż do głównej stajni, gdzie koniki jedzą, śpią itp., "na dole",
wstęp mają tylko "upoważnieni" - czyli instruktorka oraz laski i ew.
jeźdźcy. Dzień wygląda natomiast tak, że po wyczyszczeniu i przygotowaniu
koników bierzemy je "do góry", do zadaszonej, ale otwartej stajni, gdzie
stoją większość dnia czekając na klientów i tam może praktycznie podejść do
nich każdy, ale zawsze jest przy tym instruktorka i owe macanie koników
"nadzoruje". Poza tym z brzegu zazwyczaj stoi kucuś, którego macają dzieci i
nikomu nie chce się głaskać koni stojących dalej.
*) "Klient nasz pan" - bzdura, przynajmniej w sprawie stadniny. Miałem
kiedyś wątpliwą przyjemność prowadzić jazdę dość "ciężkiej" dziewczynce, tak
na oko 11, 12, która chciała kłusować, jak konik zakłusował to krzyczała, że
stop, że ona się boi, a jak szedł stępa, to szarpała za wodze krzycząc "wio!
wio!". Nie jestem instruktorem, i nie wiedziałem, co się robi w takim
wypadku (teraz wiem - trzeba po prostu zawiązać wodze pod szyją konika i
jest spokój ;)), a dziecko doprowadzało mnie do szału stwierdzeniami, żebym
nie robił konikowi krzywdy batem, poprzedzone wspomnianym szarpaniem za
wodze. Konie cierpią po takiej jeździe zdecydowanie bardziej, niż ucierpi
stadnina na jednym niezadowolonym lub nieobsłużonym kliencie.
*) Atmosfera - to wg mnie podstawa. Może być w stadninie to "coś" co
przyciąga do siebie osoby i może być też takie "coś", co równie mocno
odpycha. Ważny jest instruktor - nie może zrażać (zdarzyło mi się trafić na
obozie jeździeckim na ludzi, którzy tak strasznie na nas wrzeszczeli za
jakiekolwiek uchybienie, że się odechciewało wogóle jeździć), musi tłumaczyć
zrozumiale i słuchać jeźdźca - bo to musi być pewnego rodzaju współpraca
trzech "osób" - instruktora, jeźdźca i konika, a nie walka na zasadzie
instruktor każe, jeździec każe a konik się broni. To znów moje osobiste
zdanie ;)
*) Warunki - są ważne, ale dla koników. Gdy w D. było jeszcze stare
kierownictwo, boksy były zrobione średnio - jak się konik wnerwił i
przyłożył z kopa, to potrafiła czasem belka ze ściany boksu wyfrunąć. Gdy
warunki są dobre, boksy czyste, jasne, stajnia zamieciona - konie czują się
dobrze - i klient spojrzy na to przychylnym okiem
*) Podział "zaawansowani - nowi" - NIGDY! Właśnie obserwuję to teraz w D. -
wpadłem kiedyś popatrzeć na koniki, wchodzę do stajni, a tam towarzystwo
wzajemnej adoracji. Olałem, poszedłem na padok - akurat jeden z kucusiów
przecisnął się pod pastuchem i zaczął skubać trawę. Wróciłem więc i
zapytałem "instruktorkę", czy ten pastuch działa. "Aha, ja wiem, jeden koń
wychodzi". I zero jakiejkolwiek reakcji, wrócili do rozmowy. Nie wiem, jak
kto inny, ale ja, który chodziłem tam prawie półtora roku, poczułem się
strasznie obco i wróciłem do domu.

No i na koniec pytanie: strasznie Was zamęczyłem? :) Ale już nie mogłem
wytrzymać, ktoś musiał usłyszeć... (lub: przeczytać)

Pozdrawiam serdecznie -- Spook.

--
! ._______. Warning: Lucida Console sig!    //)    !
! || spk ||     www.spooksoft.prv.pl       / _ """*!
! ||_____||  spoko_ws  at poczta.onet.pl  / '  |   !
! |  ___  |   tlen: spoko_ws gg:1290136  /. __/"\  !
! |_|[]_|_|  May the SOURCE be with you! \/)     \ !
Technical Details
Message-ID: <bkssto$pan$1@nemesis.news.tpi.pl>
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.rmf.pl!news.ipartners.pl!newsfeed.gazeta.pl!news.onet.pl!newsfeed.tpinternet.pl!atlantis.news.tpi.pl!news.tpi.pl!not-for-mail
References: <bkpu6m$81o$1@atlantis.news.tpi.pl>

Show Full Headers
Complete Article Headers
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.rmf.pl!news.ipartners.pl!newsfeed.gazeta.pl!news.onet.pl!newsfeed.tpinternet.pl!atlantis.news.tpi.pl!news.tpi.pl!not-for-mail
From: "Wojciech \"Spook\" Sura" <Spook@no-spam.op.pl>
Newsgroups: alt.pl.konie
Subject: Re: Co się Wam nie podoba w Waszej stadninie?
Date: Wed, 24 Sep 2003 21:52:39 +0200
Organization: tp.internet - http://www.tpi.pl/
Lines: 186
Message-ID: <bkssto$pan$1@nemesis.news.tpi.pl>
References: <bkpu6m$81o$1@atlantis.news.tpi.pl>
NNTP-Posting-Host: pc52.walbrzych.sdi.tpnet.pl
Mime-Version: 1.0
X-Trace: nemesis.news.tpi.pl 1064433403 25943 217.96.253.52 (24 Sep 2003 19:56:43 GMT)
X-Complaints-To: usenet@tpi.pl
NNTP-Posting-Date: Wed, 24 Sep 2003 19:56:43 +0000 (UTC)
X-Priority: 3
X-MSMail-Priority: Normal
X-Newsreader: Microsoft Outlook Express 6.00.2600.0000
X-MimeOLE: Produced By Microsoft MimeOLE V6.00.2600.0000
Content-Type: text/plain; charset=UTF-8
Content-Transfer-Encoding: 8bit