🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

Thread View: pl.listserv.dziennikarz
1 messages
1 total messages Started by Grzegorz_n Mon, 30 Apr 2007 15:57
Dlaczego Marek Jurek odszedł z PiSu
#53686
Author: Grzegorz_n
Date: Mon, 30 Apr 2007 15:57
289 lines
22021 bytes

Ogromny kłopot w zrozumieniu Marka Jurka mają ci, którzy nie rozumieją 
katolicyzmu. Marszałek odchodzi dlatego, że Jarosław Kaczyński złamał zasady 
współpracy politycznej, a wcześniej działał przeciw temu, co tworzy sens 
obecności konserwatystów w PiS - pisze filozof i publicysta Paweł Milcarek

Marszałek Jurek miał rację: zwycięstwo poprawki konstytucyjnej dającej gwarancję 
ludzkiej godności od poczęcia było w zasięgu ręki. Do zmiany Konstytucji 
zabrakło jedynie 27 głosów! Wystarczyłoby więc trochę więcej głosów "za" ze 
strony Samoobrony - jednego z klubów koalicyjnych, blisko skoligaconego 
politycznie z LPR - i tylko kilkanaście dodatkowych głosów Platformy. Te 
ostatnie były od dawna skrupulatnie policzone przez Jurka i sprawdzone przez 
doświadczenie: w październiku ub.r. Platforma dała aż 38 głosów za kontynuacją 
prac nad nowelizacją Konstytucji. Niestety w ostatni piątek liczba ta stopniała 
do 24. Swoich głosów "za" odmówili konstytucyjnej ochronie życia również ci, na 
których do tej pory można było polegać lub liczyć. Marszałek Jurek mógł liczyć 
na to, że ludzie tacy jak Arkadiusz Rybicki, a nawet i Elżbieta Radziszewska 
(PO) zagłosują za tym, aby ludzka godność dzieci nie była podważana. Zagłosowali 
przeciw temu.

Kto zatem zawinił? Oczywiście nic nie odejmuje osobistej odpowiedzialności samym 
głosującym "przeciw" lub wstrzymującym się - co w skali masowej miało miejsce w 
SLD i w PO. Jednak odpowiedzialność za to, co się stało, sięga dalej i ma już 
inny charakter niż postawa w czasie samego głosowania.

Dokładna analiza wydarzeń - która pozostaje do napisania jako interesujące 
studium przypadku - wskazałaby zapewne odpowiedzialność także polityków tych 
klubów, które - jak PiS i LPR - na samym końcu głosowały wspólnie "za" 
nowelizacją Konstytucji. W postępowaniu lidera LPR Romana Giertycha nietrudno 
zauważyć permanentny błąd utożsamienia świętej sprawy wzmocnienia ochrony życia 
z własnymi partykularnymi interesami partyjnymi: mimo że w żadnym razie nie 
kwestionuję szczerości przekonań Giertycha, ubolewam nad szeregiem wypowiedzi i 
działań jego samego i jego współpracowników - w których zbyt wyraźnie do głosu 
doszła żądza ugrania sobie na tej sprawie sondażowych punktów. Nie zmienia to 
oczywiście faktu, że klucz do sytuacji leżał w rękach polityków PiSu. Oni 
jednak - kierownictwo klubu i prezes Jarosław Kaczyński - prawie do ostatniego 
momentu czynili wszystko, aby sprawa ta zakończyła się przegraną.

Dlaczego właśnie tak postępowali? Być może także dlatego, że bardzo długo nie 
mieli jasności, iż wzmocnienie ochrony życia jest kwestią, która ma wyraźne 
poparcie autorytetu Kościoła. Oczywiście w końcowej fazie debaty zdecydowanego 
wsparcia konstytucyjnej ochronie życia udzielił Episkopat Polski - biskupi 
mówili w swoim komunikacie o "jednoznacznym poparciu" dla tej inicjatywy. 
Podobną myśl wyrażał już wcześniej przewodniczący Episkopatu abp Michalik i 
kilku ordynariuszy. Niestety nie zmienia to faktu, że w chwilach niezwykle 
istotnych dla publicznej recepcji projektu wzmocnienia ochrony życia w 
Konstytucji niektórzy inni polscy hierarchowie odegrali rolę hamulcowych, dając 
Kaczyńskim fałszywy sygnał, że w tej sprawie mogą robić co zechcą. Widok abp. 
Gocłowskiego, troskliwego bardziej o trwałość układu politycznego niż o spójność 
prawa stanowionego z jednym z elementarnych praw wszczepionych przez Boga 
naturze ludzkiej, należał do tych najsmutniejszych jakie mogą się zdarzyć 
wiernemu słuchającemu biskupa. Do jakiego stopnia mieszają się role i 
autorytety, skoro biskup zamiast "nastawać w porę i nie w porę" w imię spraw 
nienegocjowalnych, wchodzi w rolę analityka oceniającego czy ten albo inny 
projekt ma szansę na poparcie w parlamencie, albo wręcz uzależnia realizację 
nauczania Jana Pawła II od tego, czy nie spotka się ona ze zbytnimi 
kontrowersjami?

Takie wypowiedzi ułatwiały zadanie zarówno tym, którzy chcą pozbawić katolicyzm 
jakiegokolwiek potencjału politycznego, jak i tym, którzy z myślą o budowie 
"prawicy laickiej" chcą wyrzucić wszelką myśl o cywilizacji chrześcijańskiej do 
piekła "fundamentalizmu". Jedni i drudzy - katolicy obawiający się politycznych 
konsekwencji swej wiary i pragmatycy obawiający się katolików liczących się z 
tymi konsekwencjami - z łatwością wchodzą w niepisany "układ pragmatyczny", 
dający im samym pogodną koegzystencję.

Kto chce zobaczyć, jak taki układ funkcjonuje w praktyce, powinien przyjrzeć się 
czołówkom i linii "Dziennika": katolicy otrzymają tam zawsze kremówkę w postaci 
tabloidalnego entuzjazmu dla "santo subito" - a równocześnie twarde napomnienie, 
że nauczanie tegoż wychwalanego "santo", papieża Jana Pawła II nie powinno mieć 
żadnego realnego wpływu na ich widzenie państwa, polityki i konstytucji nawet w 
sprawie tak podstawowej jak ochrona życia każdego. Albo ostatecznie niech nawet 
mają swoje poglądy w tej sprawie, byle nie miały one realnego wpływu na 
demokratyczne państwo. Być może idealną figurą skrojoną na miarę takiego 
projektu jest np. posłanka zaangażowana w ustanawianie Matki Bożej Trybunalskiej 
patronką Sejmu - a równocześnie występująca publicznie wraz z parlamentarzystami 
SLD przeciw wpisaniu godności ludzkiej nienarodzonych dzieci do konstytucji?

Oto linia, którą "Dziennik" Krasowskiego i Michalskiego wprowadza w życie 
nadzwyczaj konsekwentnie, wchodząc w rolę wielkiego oświeciciela duszy polskiej, 
spełnianą w latach 90. przez "Gazetę Wyborczą" Adama Michnika. Teraz wielki 
projekt "oświeceniowy" lśni na łamach "Dziennika" w tekstach zawierających 
postulat tworzenia w Polsce prawicy laickiej - prawicy wymyślonej wbrew wszelkim 
tradycjom politycznym Rzeczypospolitej, lecz budowanej na polskich kompleksach. 
Już nie jedna z takich rozpraw zawierała polemikę z Markiem Jurkiem, którego 
rozpoznano jako polityka najbardziej niebezpiecznego dla projektu prawicy 
laickiej. W związku z tym Cezary Michalski napisał w końcu wprost, że dla ludzi, 
którzy w najoczywistszych sprawach moralnych mają stanowisko katolickie - nie ma 
miejsca w życiu publicznym. Sformułował wyrazistą regułę wykluczenia, zgodnie z 
którą miejsce polityka biorącego poważnie nauczanie Jana Pawła II o cywilizacji 
życia jest w tokszołach pokazujących ekstremizmy, a nie na fotelu Marszałka 
Sejmu.

Jest to ten sposób myślenia, który kilka lat temu usprawiedliwił wykluczenie 
prof. Rocco Buttiglione z funkcji komisarza Unii Europejskiej - tylko dlatego, 
że po długotrwałym przesłuchaniu przyznał się do wyznawania w kwestii 
homoseksualizmu dokładnie tego poglądu moralnego, który figuruje w Katechizmie 
Kościoła Katolickiego. Po tamtej historii mówiło się, że chrystofobia przybiera 
w instytucjach unijnych wymiar dyskryminacji politycznej: że praktycznie 
uniemożliwia się obejmowanie wysokich funkcji publicznych osobom przyznającym 
się do ortodoksyjnej wiary, choćby w wymiarze czysto osobistym.

Trzeba przyznać, że Michalski nie poszedł tak daleko - zapewne wystarczyłoby mu, 
gdyby Jurek pozostając sobie prywatnie ortodoksem, po prostu zrezygnował z 
jakichkolwiek konsekwencji politycznych swej ortodoksji. Michalski jest więc na 
pewno chrystofobem o wiele bardziej umiarkowanym od swych zachodnioeuropejskich 
homologów - tak jak "Dziennik" jest o wiele łaskawszy dla Jana Pawła II niż też 
springerowski "Die Welt", nabijający się z jego choroby Parkinsona. Michalski 
nie tropi myślozbrodni chrześcijan - jedynie wymaga, aby ludzie wierzący w 
trwałe i uniwersalne prawo moralne tradycji biblijnej nie obejmowali urzędów 
publicznych. Jednak zamiast napawać się tą subtelną różnicą - choć jest to 
znacząca różnica klimatu między Polską i starymi krajami Unii - warto zauważyć, 
co jest konkretnym powodem zgorszenia lewicowego establishmentu unijnego i 
prawoliberalnej publicystyki Michalskiego: problemem nie jest wyznawanie 
dogmatów, można rzec, specyficznie katolickich - lecz obrona najbardziej 
podstawowych uprawnień wynikających z porządku naturalnego.

Prawa rodziny i prawa nienarodzonego to rzeczy należące do porządku naturalnego, 
a nie dogmaty katolickie, choć jest prawdą, że to Kościół katolicki broni ich 
najgłośniej i najkonsekwentniej. W ostatnim czasie mnożą się wypowiedzi papieża 
Benedykta XVI, ostrzegającego, że na naszych oczach tworzy się "dyktatura 
relatywizmu", wymagająca oparcia porządku społecznego na wyparciu się 
obowiązywalności prawa naturalnego. W niedawnej wypowiedzi z okazji rocznicy 
Traktatów Rzymskich doszło do tego ostrzeżenie przed "fałszywym pragmatyzmem", 
który "systematycznie usprawiedliwia kompromis dotyczący istotnych wartości 
ludzkich, jakby był on nieuniknioną akceptacją rzekomego mniejszego zła". "Ten 
pragmatyzm - mówił dalej Papież - przedstawiany jako zrównoważony i 
realistyczny, w rzeczywistości taki nie jest, właśnie dlatego, że neguje wymiar 
wartości i ideału, który jest inherentny dla natury ludzkiej". Co więcej, "jeśli 
do tego pragmatyzmu dołączą się tendencje i nurty laicystyczne i 
relatywistyczne, kończy się to odmówieniem chrześcijanom samego prawa do brania 
udziału w debacie publicznej".

Czy można powiedzieć, że tak zarysowana zasada "fałszywego pragmatyzmu" ma dziś 
w polskim Sejmie charakter ostatniego żywego nerwu niezrealizowanego PO-PiSu? 
Wydarzenia ostatnich tygodni potwierdziły dowodnie, że jeśli istnieje sprawa, w 
której elity kierownicze Platformy i PiSu - od Donalda Tuska do Jarosława 
Kaczyńskiego - przemawiają jednym głosem, to nie są to sprawy ani polityki 
zagranicznej, ani bezpieczeństwa wewnętrznego, lecz właśnie negatywnego lub 
obojętnego stosunku do zabezpieczenia "istotnych wartości ludzkich". W ostatnich 
miesiącach niewiele było okazji, aby ci politycy prawili sobie dusery - tym 
większe wrażenie robiły zapewnienia Tuska, że ma w sprawie zmiany konstytucji to 
samo zdanie co Lech Kaczyński. Potem szefowie obu partii i klubów zajęli się 
wspólnym unicestwianiem prac komisji przygotowującej nowelizację, porozumiewając 
się za plecami Marszałka Sejmu. A potem przyszły te dni przed głosowaniem, gdy 
posłowie PO pytani o to, jakie mają stanowisko, rzucali po prostu: "ja, jak 
Pierwsza Dama!". A Pierwsza Dama - wszyscy to pamiętamy - miała zdanie takie jak 
Monika Olejnik.

Trzeba przyznać, że i Tusk, i Kaczyńscy pod tym względem nie zmienili się wiele 
od początku lat 90. Ich pogląd na sprawy takie jak ochrona życia nienarodzonych 
ukształtował się zasadniczo pod wpływem osobistych doświadczeń polityków 
stojących wówczas z boku wszelkich ruchów pro life, sceptycznych wobec potrzeby 
i możliwości skutecznego stawiania tej sprawy na forum instytucji Państwa 
Polskiego. O ile dziś i Tusk, i Kaczyńscy zrobili sobie wspólną barykadę na 
linii rzekomego "kompromisu" ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku - to przecież 
jest faktem, że dobro ustawowej ochrony życia powstało bez ich pracy i cywilnej 
odwagi. I wtedy, i dziś nie zaznaczyli się jako ci parlamentarzyści, którzy 
popychają sprawę ochrony życia do przodu - ostatecznie snują się gdzieś w 
ostatnim szeregu, niezadowoleni, że w ogóle ta sprawa staje na porządku 
dziennym.

Tak wygląda ta sprawa, jeśli patrzy się na nią przez pryzmat historii III RP i 
tego, co kto robił w latach 90. Jednak bywa i tak, że nowe wyzwania i szanse 
zmieniają ludzi. Czy np. projekt polityczny PiSu nie powstał właśnie w taki 
sposób: że po latach tworzenia PC-towskich kadrówek, zbierających się wokół 
postulatów "oczyszczenia państwa", Kaczyńscy odkryli, iż kluczem do sytuacji 
jest budowa potężnej formacji prawicowej - równocześnie tak wielonurtowej jak 
niegdyś AWS, ale zbudowanej na zasadzie wyrazistego przywództwa. Ten projekt, 
także dzięki osobistej charyzmie i pracy Jarosława Kaczyńskiego, okazał się 
pozytywnym przełomem w smutnych dziejach prawicowych niedoli. W jego ramach "jak 
u siebie" poczuł się nie tylko wąski elektorat przepływający od dawna za 
Kaczyńskimi, lecz i inne środowiska, które właśnie w nich dostrzegły gwarantów 
sukcesu całości. I tak właśnie obok postsanacyjnych "żoliborszczyków" stanęli 
katoliccy konserwatyści, nigdy nie kryjący, że do projektu PiS wchodzą wraz z 
programem odbudowy cywilizacji chrześcijańskiej i ochrony ładu opartego na 
prawie naturalnym.

Tak więc - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? W roku 2003 prezes PiS 
Jarosław Kaczyński podpisał uchwałę kongresu założycielskiego partii, w której 
czytamy m.in.: "W pierwszym rzędzie upominamy się o respektowanie podstaw 
chrześcijańskiej cywilizacji Zachodu i o duchowo-moralny wymiar jedności 
Europy. . Szczególne znaczenie przypisujemy kwestii ochrony życia od chwili 
poczęcia, godności małżeństwa i wychowania". Prawo i Sprawiedliwość uznało za 
jedną ze swych podstaw nauczanie Jana Pawła II o cywilizacji życia, zawarte w 
encyklice Evangelium vitae.

PiSowscy konserwatyści mieli więc podstawy, by sądzić, że partia, do której 
weszli, jest czymś na kształt amerykańskiej Partii Republikańskiej - wspólnotą 
polityczną, w której zdefiniowane na różnych odcinkach przez rozmaite środowiska 
cele po ich wpisaniu do wspólnego programu są realizowane solidarnie przez 
wszystkich: o ile więc wszyscy działają razem w zdefiniowanych przez nurt PC 
kwestiach takich jak bezpieczeństwo państwa, walka z korupcją, lustracja itp., o 
tyle nie mniej poważnie i zdecydowanie traktowane są przez całą partię 
przedstawione przez nurt konserwatywny kwestie tożsamości chrześcijańskiej i 
cywilizacji życia. Nie chodziło tu zresztą o wymianę politycznych usług, lecz o 
przeświadczenie, że każdy wnosi coś, co pozostali uważają za godne starań 
wszystkich i realizują pod niekwestionowanym przywództwem Lecha i Jarosława 
Kaczyńskich.

Ostatnie wydarzenia wskazują jednak na to, że w umyśle prezesa PiSu i jego 
otoczenia myśl o powtórzeniu w Polsce tak rozumianej formuły "republikańskiej" 
przegrywa coraz wyraźniej z dość starym marzeniem o zbudowaniu partii 
chadeckiej, wzorowanej na niemieckiej CDU. Jeśli tak, to stanowcze żegnanie się 
Marka Jurka z PiSem można uznać za jedyne możliwe wyjście dla katolickiego 
konserwatysty. O ile bowiem wariant "republikański" zakłada, że są kwestie, w 
których to właśnie konserwatyści definiują cele wszystkich - o tyle w formule 
chadeckiej, zgodnie z tym co widzimy i w CDU, i w Europejskiej Partii Ludowej, 
to inni definiują konserwatystom wszelkie sposoby i granice działania. I tak na 
Republikanów głosują konserwatyści chrześcijańscy dlatego, że wiedzą, iż 
przynajmniej w niektórych, lecz ważnych sprawach, partia ta jako całość 
realizuje ich przekonania - za to na chadecję głosują już tylko dlatego, że 
zostali przekonani, iż nie mają innego wyjścia, że każde inne rozwiązanie będzie 
gorsze lub bezowocne.

Postępowanie prezesa PiS w sprawie ochrony życia w Konstytucji było dokładnym 
zaprzeczeniem formuły republikańskiej, a wyborem formuły chadeckiej. Nie dość, 
że ujawniło głęboki brak osobistego zrozumienia dla wagi sprawy - to 
równocześnie podważyło samą zasadę konstrukcyjną PiSu, z którą łączyły się 
nadzieje na tworzenie na prawicy partii równocześnie wielkiej i solidarnej. Co 
więcej, prezes Kaczyński właśnie w tej sprawie złamał te zasady, przy pomocy 
których budował siłę PiSu: podczas gdy w wielu innych, czasem o wiele mniej 
ważnych sprawach, potrafi grać "na przełamanie" - w sprawie ochrony życia 
całkowicie skapitulował przed walką, a nawet machał białą flagą gdy Jurek 
prowadził z jego upoważnienia rozmowy polityczne w tej sprawie. Prezes nie 
przewidział skali zdeterminowanego poparcia, jakie projekt nowelizacji 
konstytucji miał w samym PiSie. Najwyraźniej też ani przez moment nie potrafił 
zaufać Marszałkowi Sejmu, wietrząc zgoła obsesyjnie jakiś podstęp "radykałów" i 
nie umiejąc niemal do końca nawiązać realnej współpracy przy tworzeniu 
porozumienia wokół szeroko akceptowanego projektu nowelizacji art. 30.

Zwykle tak świetnie łapiący na węch szansę zwycięstwa, tutaj ujrzał ją dopiero w 
ostatnim momencie, na chwilę przed głosowaniem - za późno. Stracił instynkt 
polityczny, bo tak silne jest w nim utrwalone w latach 90. przekonanie, że 
chodzi o sprawę nie do wygrania - strach tylko pomyśleć, co by było gdyby 
Jarosław Kaczyński wszystkie swoje dzisiejsze działania polityczne mierzył 
skromnymi możliwościami z czasów PC. Nigdy nie zbudowałby PiSu.

A jednak zbudował tę obiecującą partię, właśnie dzięki odwadze sięgania po to, 
co rzekomo "niemożliwe", wbrew owemu słynnemu imposybilizmowi - aby teraz krok 
po kroku pozbawiać ją atutów odważnego myślenia i sondowania ukrytych 
możliwości. Do niedawna prezes Kaczyński pokazywał nam przecież coraz częściej, 
że ta wielka partia może być jednak co jakiś czas mniejsza o którąś ze swych 
myślących indywidualności politycznych (Mikosz, Marcinkiewicz, Sikorski, Dorn.), 
a co bardziej niezależnych sprzymierzeńców swych reformatorskich projektów (np. 
Wildsteina) zastępuje chętnie osobami dyspozycyjnymi. Z zaskoczeniem i goryczą 
przyglądaliśmy się także działaniom, które - jak nowelizacje ustawy 
lustracyjnej - prowadzą do samolikwidacji procesu, który stanowił jedno z 
podstawowych założeń IV RP. Wciąż nie może wystartować solidna polityka 
prorodzinna - choć może to dobrze, jeśli miałoby się to skończyć promowanym 
przez minister Kluzik-Rostkowską post-peerelowskim planem powiększania sieci 
żłobków przyzakładowych, a nie polityką zmniejszania podatków dla rodzin 
wychowujących dzieci. Z wolna zmierzamy do sytuacji, w której po wielkim 
projekcie reformy państwa pozostanie pomysł, aby budować prawicę wokół. dalszej 
walki z przestępczością. A to jednak za mało jak na "stronnictwo wielkiego celu".

Takich i podobnych niepokojących procesów było w okresie powyborczym więcej - 
każdy przyczyniał się do utraty poparcia, słabnięcia entuzjazmu zwolenników, 
rozpraszania się energii w niepotrzebnych wojenkach (jak np. awantura o zeznanie 
majątkowe męża Hanny Gronkiewicz-Waltz). Jednak obecna sprawa porażki 
konstytucyjnej ochrony życia i związanego z tym odejścia Marka Jurka ma w sobie 
coś szczególnego. Najpierw - jest to sprawa zasad zupełnie fundamentalnych, 
których - jak napisał Benedykt XVI do polityków w swej adhortacji - się nie 
negocjuje, lecz prawnie zabezpiecza. Po drugie - po raz pierwszy w dziejach PiSu 
grupa dobrze powyżej jedną trzecią posłów tego klubu zażądała zmiany stanowiska 
od swego kierownictwa i wytrwała przy swoim mimo ostrej reprymendy prezesa. Po 
trzecie - tym razem to nie prezes Jarosław, lecz ktoś inny podjął decyzję o 
zmianie swego politycznego umiejscowienia: to Marek Jurek podziękował 
Jarosławowi Kaczyńskiemu, jak Jarosław Kaczyński podziękował kiedyś Lechowi 
Wałęsie gdy dojrzał w nim krętacza konsumującego entuzjazm "Solidarności". 
Dlaczego Marszałek Sejmu to zrobił?

Ponieważ Marek Jurek jest na pewno tym kimś, kogo nazwalibyśmy katolickim 
politykiem, ogromny kłopot mają w zrozumieniu jego postawy ci, którzy nie 
rozumieją katolicyzmu i jego uznania dla absolutności norm prawa naturalnego - 
ale nie mniejszy kłopot mają ci, którzy nie rozumieją na czym polega klasyczna 
polityka, ta dziedzina roztropnego urealniania sprawiedliwych zasad. Marek Jurek 
odchodzi dlatego, że Jarosław Kaczyński złamał podstawowe zasady współpracy 
politycznej, a wcześniej działał przeciw temu, co tworzy sens obecności 
konserwatystów w PiSie. Najwyraźniej Markowi Jurkowi nie wystarczy ani rola 
deklamatora zasad, pozbawionego wpływu na politykę swego stronnictwa, ani rola 
polityka rezygnującego z sumienia dla samej politycznej "woli mocy". Odchodzi, 
aby móc prowadzić dalej politykę konserwatywną. Bo jest w Polsce spora grupa 
obywateli, którzy, owszem, chcą także IV RP - ale którzy nie chcą zostawiać 
swych sumień w konfesjonale. To właśnie razem z tymi ludźmi Marek Jurek mówi 
dziś PiSowi uprzejmie lecz stanowczo: "Dziękuję, postoję".

Paweł Mielcarek
Thread Navigation

This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.

Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.

Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.

Back to All Threads