Article View: pl.hum.pisarstwo
Article #1481Początek tekściku:)
From: Andrzej Swiech
Date: Mon, 13 Jan 2003 15:46
Date: Mon, 13 Jan 2003 15:46
136 lines
9952 bytes
9952 bytes
Jak chcecie więcej - dostaniecie. To tak w sprawie moich NORMALNYCH tekstów;) Mam nadzieję, że nie za długi ten fragment? 1228 słów:) I erotyzm będzie;) Oczywiście czekam na uwagi. Moje życie z muzą Moja muza to suka. Dziwka. Kurwa. Zawsze tak twierdziłem. Twierdzę zresztą nadal, nie żebym narzekał, bo czasem nawet to miłe jest. Spotkaliśmy się w Daddy's - jednej z podlejszych knajp Krakowa, której jedyną zaletą jest tanie piwo. Ciasno, głośno, a i pijanych klientów wynoszonych o drugiej w nocy nie brakuje. Krótko mówiąc - speluna w sam raz dla takich jak ja bywalców ciemnych uliczek, którzy groszem nie śmierdzą, za to czuć ich wszystkim, co zjedli przez tydzień. Czym innym zresztą też, bo woda wróg mój najgorszy. Siedziałem z moimi znajomymi pijakami, zresztą tylko takich wtedy znałem. Nie pamiętam, czy byli to jacyś prawdziwi znajomi, czy tylko od kieliszka, których poznaje się tylko dla czystego sumienia i tego, że możesz powiedzieć sobie, że nie jesteś jeszcze alkoholikiem, skoro nie pijesz sam. Czy to zresztą ważne, z kim piłem wtedy? Może ważne? Ważniejsze chyba, że siedzieliśmy w ogródku, więc było na pewno przed 22. A może siedzieliśmy w ostatniej sali, bo rozpijaliśmy flaszkę "Lodowej" pod stołem, a swoje zasady mamy i żulernią nie jesteśmy, więc nie pijemy wódki na powietrzu. Chyba więc po 22. Kiedy przyszła, powiało ciszą. Nie zwróciliśmy uwagi, że coś jest nie tak - w końcu po piątym piwie obojętne jest wszystko dookoła, łącznie ze smakiem tego, co pijesz. Tym bardziej, że flaszka stała się wspomnieniem, więc naprawdę nic nas nie obchodziło. Dopiero kiedy ONA pojawiła się na horyzoncie, jeden z nas cicho zagwizdał przez zęby. -Osz ty w dupę.... - rozpoczął jakże poetycko ciąg około dwuminutowego przemówienia. Ani razu nawet jednego wyrażenia nie powtórzył. Zgodnie odwróciliśmy głowy, dopijając jednak rozważnie piwo, bo nigdy nie wiadomo, czy sukinsyn po drugiej stronie stołu nie robi hecy tylko po to, żeby ci piwa uchlać. Dałem się naciąć dwa razy i poprzysiągłem, że trzeciego razu nie będzie. Nie musieliśmy tych głów zresztą daleko odwracać, bo to co (czy może TEN kto? TA kto?) wywołało tak piękny ciąg skojarzeniowo - logiczny pojawiło się tuż koło naszego stolika. -Do domu - powiedziała głosem, który był skrzyżowaniem słodyczy skowronka i zębów jadowych żmii zygzakowatej. W każdym razie dreszcz od niego przechodził i bynajmniej nie był to erotyczny dreszcz, a raczej ciarki, jakie człowieka przechodzą, gdy usłyszy charakterystyczne skradanie się grzechotnika. Spojrzałem na nią, nie rozumiejąc, że to do mnie. W ogóle nic nie rozumiejąc. Oto stoi przede mną czarnowłosa piękność o nieco azjatyckiej urodzie, spoglądając na mnie czarnymi jak noc oczami. Włosy opadają jej w lokach na ramiona, które nie są ramionami dziewczyny odwiedzającej tylko od czasu do czasu siłownię, a jednocześnie jeszcze nie ramionami kulturystki. Jakiejś miss fitness na przykład. W przekonaniu tym utwierdziły mnie dopiero jej nogi, o łydkach z żelaza i udach ze stali opiętych króciutką mini, spod której wystawały zachęcająco czarne majtki oraz płaski brzuch o lekko zarysowanych, napiętych mięśniach odsłoniętych przez kusą bluzeczkę uciskającą zupełnie niekulturystyczny, ogromny biust zastałej w zawodzie gwiazdki porno. Jeszcze tylko szal z muślinu albo jedwabiu (czy ja się, cholera, znam?), jakoś cholernie niepasujący do pozostałego, porozbieranego stroju. Taki szal raz w życiu widziałem, gdy byłem jeszcze miłym, dobrze zapowiadającym się chłopcem i nawet do teatru chodziłem; przyjaciółka, z którą poszedłem na "Peer Gynta" miała na sobie suknię z zielonej tafty i taki sam szal. Jej pasował. -Do domu słoneczko - powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu. -Ja cię - powiedział jeden z moich alkoholowych przyjaciół bełkoczącym nieco głosem. - Czemu to chłopie w domu nie jesteś z taką babą? Popatrzyłem na niego, jak na wariata. W końcu ja też widziałem tę, według dzisiejszych kanonów, nieco przyciężką, zaś według moich - dużo za wysoką, piękność. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo... wspomniana piękność chwyciła mnie pod ramię i chwytem orbitującym pomiędzy zapasami a judo uniosła mnie do pozycji pionowej, następnie objęła za biodro, czym pewnie zgruchotałaby mi przy dobrej woli kilka żeber. -Idziemy, kochanie - powiedziała i poszła, a ja z braku alternatywy, za nią. Szkoda mi było tylko piwa na dnie, którego zostało na ćwierć łyka jeszcze. -Tylko pamiętaj - doszedł mnie jeszcze głos drugiego z tych, co z nimi piłem - po co Bóg wymyślił orgazm. Udało mi się w przejściu jeszcze nieco głowę odwrócić w niemym pytaniu. -Żeby człowiek nie zajebał się na śmierć! Rech, rech, rech - dopowiedział, a odzewem był mu ogólnoknajpiany rechot. "Rech, rech, rech" - pomyślałem. Choć bynajmniej do śmiechu mi nie było. -Kalliope, kochanie - powiedziała mi potem w przestronnym mieszkaniu na Szewskiej. - Nazywam się Kalliope. Kojarzysz oczywiście? Pokręciłem przecząco głową. Nie pokazywałem się od najbardziej elokwentnej, czy mówiąc oględniej i bliższym mi językiem - wyszczekanej strony. Babcia, stary pijak i towarzysz niejednej alkoholowej nocy powiedziałby pewnie jeszcze mocniej. -Ech ty pijaku jeden - potrząsnęła swoją śliczną głową z politowaniem lub rozbawieniem. A może jednym i drugim. - A Kochanowski? Pieśni? I wdarłem się na skałę pięknej Kaliopy Gdzie nie było jeszcze śladu polskiej stopy... Nie kojarzyłem. Mgliście skojarzyłem za to przez alkoholową mgłę, że przecież powinienem kojarzyć, bo skończyłem lat temu kilka studia filologiczne. I, żeby było mi bardziej wstyd, jestem magistrem filologii właśnie polskiej. -Muza, kochanie - powiedziała słodko, patrząc tymi ciemnymi, prawie czarnymi oczami, w których chciałbym się utopić. Gdybym był trzeźwy, oczywiście. - Poezji, kochanie. A teraz do mycia. Śmierdzisz, jak stado pijanych małp - podkreśliła te słowa prześlicznym zmarszczeniem, prześlicznego, jak w Asterixie, noska. Zagoniła mnie do łazienki, która okazała się nie mniejsza niż pokój. Wannę miała wpuszczoną w podłogę, jak w amerykańskich filmach. Zastanowiłem się, jak to możliwe, skoro byliśmy w mieszkaniu, którego każda cegła była zabytkiem narodowym, a żeby zmienić zamek w drzwiach trzeba mieć zezwolenie z dziesiątki urzędów. Nie jest ze mną źle, pomyślałem. Rozebrałem się z niejaką jej pomocą, choć było mi głupio, w końcu dziwnie tak przy obcej kobiecie, mimo że bynajmniej pruderyjny nie jestem. Odkręcała wodę, a ja zdejmowałem właśnie spodnie z niejaką trudnością, bo spałem w nich, jadłem, krótko mówiąc, żyłem przez dobre trzy tygodnie. Całkiem nowe, a ona je po prostu wywaliła, znów lekko skrzywiwszy śliczny nosek. Kiedy zrzucałem koszulkę bez rękawów (obciąłem, bo śmierdziały po trzech dniach, a tak mogłem i miesiąc chodzić), zapachniało mi czymś przyjemnym. W ogóle przyjemnie się zrobiło, bo i ciepło i pachniało i przytulnie. Wahałem się ze zrzuceniem majtek (w końcu tylko tyle, co spodnie je nosiłem), ale zdecydowanym ruchem pociągnęła lekko (tak to wyglądało) i po leciutkim szarpnięciu moja nieco brudna bielizna znajdowała się w prawie dwóch kawałkach i podzieliła los poprzednich części garderoby - czyli wylądowała w koszu. Z niejakim obrzydzeniem, w końcu do kolejnej kąpieli brakowało jakoś dwóch tygodni, bo kąpałem się niecały miesiąc temu, wszedłem do wanny po specjalnie przystosowanych schodkach. Nie wiem czemu, wydało mi się, że patrzy na mnie z niezdrowym zainteresowaniem i tym bardziej poczułem się głupio nagi. Podwójnie nagi. Zostawiła mnie na chwilę, a gdy wróciła, zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. Wyglądała teraz jak pornograficzne marzenie każdego faceta - w majteczkach, które prawie nie istniały, o długich, cudownie wyrzeźbionych udach wypuszczonych z przezroczystej koszulki. Taż przezroczysta koszulka okrywała tym razem już nagie, duże, okrągłe piersi z mocno (albo tak mi się tylko wydawało) sterczącymi ciemnymi brodawkami. Moja męskość zachowała się jak w równie porządnych marzeniach pornograficznych i stała na całą możliwość mimo wypitego alkoholu. Oczywiście, powiewając koszulką i pozwalając włosom rozsypywać się po plecach w rytm kołyszącego się zachęcająco biustu, podeszła i sprawdziła, po czym uśmiechnęła się nieco perwersyjnie, chyba. Krótko mówiąc, nie czekałbym, żeby się obudzić. Gdyby nie te skrzydła na jej plecach. ---------------------------------------------------------------------------- - Kto chce więcej... Może dostanie:) Pozdrawiam Andre
Technical Details
Message-ID:
<avumtf$8n5$1@news.tpi.pl>Path:
mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.icm.edu.pl!mimuw.edu.pl!news.mimuw.edu.pl!newsfeed.tpinternet.pl!news.tpi.pl!not-for-mailShow Full Headers
Complete Article Headers
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!news.icm.edu.pl!mimuw.edu.pl!news.mimuw.edu.pl!newsfeed.tpinternet.pl!news.tpi.pl!not-for-mail From: "Andrzej Swiech" <andreashek@interia.pl> Newsgroups: pl.hum.pisarstwo Subject: Początek tekściku:) Date: Mon, 13 Jan 2003 16:46:01 +0100 Organization: tp.internet - http://www.tpi.pl/ Lines: 139 Message-ID: <avumtf$8n5$1@news.tpi.pl> NNTP-Posting-Host: tk202.internetdsl.tpnet.pl X-Trace: news.tpi.pl 1042472689 8933 80.55.114.202 (13 Jan 2003 15:44:49 GMT) X-Complaints-To: usenet@tpi.pl NNTP-Posting-Date: Mon, 13 Jan 2003 15:44:49 +0000 (UTC) X-Newsreader: Microsoft Outlook Express 5.00.2615.200 X-MSMail-Priority: Normal X-Priority: 3 X-MimeOLE: Produced By Microsoft MimeOLE V5.00.2615.200 MIME-Version: 1.0 Content-Type: text/plain; charset=UTF-8 Content-Transfer-Encoding: 8bit