Article View: pl.hum.pisarstwo
Article #1062Ciala w przestrzeni
From: Henryk Kostjuk
Date: Sat, 28 Dec 2002 15:02
Date: Sat, 28 Dec 2002 15:02
758 lines
51182 bytes
51182 bytes
Załaczam swoje opowiadanie s-f. Opowiadanie jest klasyczną fantastyką i użyłem również pewnego chwytu stylistycznego. Na pewno się zorientujecie w moich zamierzeniach. Życzę miłej lektury. Aby pojawiły się znaki diakrytyczne, użyj zestawu IS) -8859-2 lub Windows 1250. A CIAŁA ICH LECĄ W CZARNEJ PRZESTRZENI Tak nie mogło być! Nie mógł w to uwierzyć! Coś było nie w porządku! Podejrzenie, czarna igła, jej szybki ruch w przód i cofnięcie się. Ale ślad pozostał. Podejrzenie jak niewyraźny kształt. Pojawiał i znikał. Przypominał znajomego, który przechodził pod drugiej stronie ulicy. Widziałeś go w czarnej szybie wystawy. Odbiła się sylwetka i od razu ją zasłonił przejeżdżający samochód. "Czy to on?" - myślałeś niepewny. Potem myśl wciąż powracała. Tak samo było i teraz. Straszne podejrzenie nie mijało. A kiedy poczułeś po raz pierwszy ukłucie czarnej igły podejrzenia? Chyba wtedy, kiedy twój przyjaciel Korpac popełnił ten okropny błąd na ćwiczeniach po raz drugi z rzędu. Co było statystycznie niemożliwe. Tak samo jak wygranie raz po raz, tydzień w tydzień, największej puli w zakładach totalizatora. Ale jednak to się stało. Pamiętasz oczy Korpaca, jak je rozwierał szeroko, wpijając wzrok w odrywające się ciało. Jeszcze było żywym człowiekiem, twoim kolegą z oddziału, twoim i Korpaca. Dla niego nawet czymś więcej, jego przyjacielem. Przecież zawsze trzymali się razem, rozmawiali ze sobą, pili w kantynie dla szeregowców i nie zarywali sobie dziewczyn. Byli w stosunku do siebie lojalni, byli uczciwi. Korpac nie mógł go wypuścić, na pewno wolałby, żeby to on był tam, w przestrzeni, lecący na wznak, wyprostowany jak drąg czy belka, sztywny i sztywniejący na mrozie, mimo termicznego ovepulu, czarnego i lśniącego, naszpikowanego nanorzędowymi przekaźnikami i bramkami, które spowalniały procesy życiowe, więc lecący mógł żyć, długo żyć, ale w końcu musiał nastąpić kres tego życia, choć ciało spadało nadal. Kiedy ustawało podtrzymywanie procesów życiowych, nie wiedział, nie zastanawiał się nad tym. To musiało być okropne ponad psychiczną wytrzymałość człowieka, sama myśl, o tym, co czujesz i wiesz, lecąc. Ale było pewne, że to Korpac wolał być tam, w czarnym skafandrze w przestrzeni. To właśnie wyczytał z jego oczu wpatrzonych w ciało Frojda, oczu, które wciąż pozostawały suche, bo łza, to naprawdę było za mało. Stał i patrzał w twarz Korpaca, ale nie mógł tego już dłużej wytrzymać i odwrócił się, i odszedł długim korytarzem, zupełnie gładkim i lśniącym, wybijając rytm nogami, lecz nie było tu echa. Potem zjechał w dół windą, gdyż znajdował się w Filarze Głównym, gigantycznym słupie, podzielonym na piętra, jak pierścienie ułożone na sobie jeden na drugim. Każdy miał na obrzeżach kompleksy mieszkalne, przylegające do siebie jak sektory na HD. Tu mieszkali oni, żołnierze. Zjeżdżał więc w dół i oglądał w prześwitach, widoczne pomiędzy poszczególnymi pierścieniami trzy gigantyczne łapy Stacji, łączące się ze sobą w środku, który się znajdował u nasady Filaru Głównego. Daneb nie zjeżdżał aż tak nisko. Tam w środku, gdzie łączyły się łapy było centrum, tam się nie chodziło ot tak, po prosu dla spaceru. To było serce Stacji i jej mózg, splot nerwowy i newralgiczny punkt, który należało chronić za wszelką cenę, bo to była cena życia wszystkich, którzy tu się urodzili i mieszkali od pokoleń. A więc Stacja się obracała i gigantyczne łapy były raz widoczne, innym razem nie, a wtedy otwierała się przestrzeń. A przestrzeń to jest coś, do tego nie umiesz się przyzwyczaić, choćbyś się nawet urodził w Stacji na krawędzi przestrzeni, tak jak Daneb. Każda z takich łap, otoczona blaskiem, bo tu potrzebna była energia do każdej najmniejszej czynności, mieściła ludzi, którzy na Ziemi mieszkali swobodnie w kilku miastach. Podobno tak było, tak mówiono, bo on nigdy nie widział miast na Ziemi. A jeśli miałeś szczęście, co zależało od momentu i obrotów stacji, powolnej jak planety o długim obiegu, mogłeś zobaczyć Ziemię, jak wschodziła, wynurzając się spod czarnej krechy horyzontu. Jedni mieli szczęście i widzieli ją raz w życiu, inni nie oglądali nigdy i znali tylko z opowieści i legend. Tu nie dochodziła ziemska telewizja, to właśnie przez tę czarną krzywiznę, wygięty łuk przestrzeni. Dlatego tak niewiele wiedzieli o Ziemi, znali tylko to, co zapisało się w zbiorowej pamięci. Ale tego dnia właśnie Daneb miał to szczęście. Był w windzie, stojąc oparty o ściankę tuż naprzeciwko czarnej szyby, pochłaniającej nadmiar światła i zobaczył ją, wyłaniała się właśnie spod krzywizny. Zatrzymał windę i patrzył. Świeciła i miała na sobie tyle barw! Przechodziły jedna w drugą, mieszały się i wystrzelały gejzerem kolorów. Stał i patrzył i nie mógł oczu oderwać. Zastanowiło go jeszcze coś innego. Było to szaleństwo form i kształtów. Tak różnorodne, tak zmienne, tak urozmaicone, że nie umiałby takich zaprojektować cały ich komputerowy system na Stacji, i to nawet gdyby był powiększony kilka razy. Daneb stał i patrzył zupełnie oszołomiony. Wtedy olśniła go nagłe zrozumienie: Ziemia jest nieprzewidywalna, nieogarniona i niepojęta. Wszystko, co kiedykolwiek o niej słyszał mogło być tylko i wyłącznie uproszczeniem. Bardzo wielkim uproszczeniem. Ogromnym przybliżeniem. Cokolwiek, by o niej mówiono było tylko skrawkiem, wycinkiem prawdy, której nikt nie umiałby nawet ocenić, a co dopiero wyrazić czy zrozumieć. Ta myśl zapadła mu w pamięć, łącznie z obrazem Ziemi i pozostała na zawsze. Długo potem, kiedy Stacja majestatycznie się obróciła i wielka jej łapa, lśniąc od poświaty blasku zasłoniła Ziemię, niby dłoń przestępcy, który zasłania kamerę wścibskiego dziennikarza. Patrzył więc na różnorodność kształtów Ziemi, przypominając sobie, co o niej opowiadano i myśląc, że wszystko jest inaczej, nawet odwrotnie. Potem przypomniał sobie Korpaca i to, co mu się stało. Pomyślał również o budowie Stacji, o tym, że góra zawsze bywa jednocześnie dołem. Kiedy więc Ziemia została zakryta łapą Stacji, uruchomił ponownie windę, zjeżdżając w dół, do swojego piętra mieszkalnego. Kiedy winda się zatrzymała na jego poziomie i z niej wysiadł, miał być na dole, bo przecież w takim kierunku zjeżdżał, ale znajdował się przecież u góry, a cały Główny Filar, był skierowany w dół. Dotąd nigdy się nad tym nie zastanawiał i nie myślał, w którym miejscu zostały psychicznie zmienione kierunki, bo przecież tutaj, w przestrzeni nie istniały fizycznie. Do swoich przemyśleń dołączył jeszcze kolejny fakt. Oto, gdy udawali się na ćwiczenia symulacyjne, jechali w górę wzdłuż Głównego Filaru, a potem, gdy już wysiedli w hangarze ćwiczeń i już byli na krawędzi, na galeryjce, właśnie wtedy, wyrzucali swoich kolegów żołnierzy na zewnątrz, ale to było właśnie w dół. Ćwiczenie było proste, odbywali przedtem wirtualną praktykę wielokrotnie. Mieli tak opanowane ruchy, wszystkie elementy zostały zsynchronizowane i dopasowane tak, że nie mogło się nie udać. Koledzy spoczywali w czymś w rodzaju wirtualnego pojemnika, Leżeli płasko, mając ramiona wyprostowane wzdłuż boków, bo przecież właściwie stali na baczność. Zadaniem ubezpieczającego kolegi było pochwycić go przy pomocy wysięgnika. Żołnierze nazywali go w swoim slangu po prostu łyżeczką. Ćwiczenie polegało więc na tym, że jeden z zespołu wychodził w przestrzeń, a drugi go łapał. Tutaj nic nie mogło się nie udać, należało odpowiednio podstawić łyżeczkę pod stojącego żołnierza. No może była w tym pewna trudność, właśnie z powodu rozmiarów przestrzeni i braku punktów odniesienie. Wystarczyło, że tylko zmieniłeś kąt, nie ustawiłeś łyżeczki poziomo i równolegle, no właśnie, równolegle w stosunku do czego? Ale w końcu, po co ludzie wymyślili matematykę? A na Stacji mieliśmy przecież najlepszy system komputerowy, jaki istniał. Te dwie rzeczy połączone razem nie mogły przecież jednocześnie zawieść. Ale jednak zawodziły, i to dosyć często. Daneb jednak nie wyciągnął końcowych wniosków z tego rozumowania. Znalazł się na swoim poziomie, będącym miastem, nazywanym UniCity, skrótem nazwy, pochodzącym od słowa uniform, gdyż właśnie tutaj mieściło się wiele rodzin żołnierzy i oni nadawali ton, koloryt i charakter temu poziomowi. Wszedł więc do pasażu podziemnego, będącego umownym miejscem i kierunkiem, ale utrzymywano to nazewnictwo. Daneb kiedyś pomyślał, że powodem trzymania się dawnych określeń jest może system pojęć zakodowany w ludzkiej genetyce, ale teraz, w chwili przewartościowania, zaczynał coś innego podejrzewać. W pasażu były więc całodobowe sklepy, co również wynikało z pewnego uproszczenia, gdyż tu noc i dzień, a również doba, były rzeczą umowną. Przeszedł więc przez sklep, budząc senne automaty, gdyż tu nigdy nie pracowali ludzie, jako że byłoby to zbytnią bezmyślnością kazać czekać kasjerce na klienta o trzeciej nad ranem, wiec mikropunkty zaświeciły na odczytujących jego obecność kamerach, a on przeszedł pomiędzy długimi rzędami półek. Musiał coś kupić, wiedział o tym, każdy musiał coś kupić, gdyż inaczej nie zostałby wypuszczony. Postępowanie z maszynami było proste: jeśli zrobisz to, stanie się tamto. Nie możesz im oczywiście wytłumaczyć, że nie masz na nic ochoty, przechodzisz tylko tędy, gdyż masz zupełnie inny cel. Wyciągnął więc ramię, biorąc coś z półki, nie patrząc, co to jest, chodziło tylko o to, aby rzecz nie przekraczała objętością rozmiaru kieszeni. "Życzę panu miłego zwiedzania" - rzekł głos z bramki przy wyjściu, co uznał za absurd. "Widocznie nie zdążył się przestawić z programu poprzedniego klienta - pomyślał. - Na pewno nocą włączono tryb oszczędzający zużycie energii, więc mogą nastąpić mikroopóźnienia". Wypuściła go barierka zamykająca marketplace, szedł więc dalej korytarzem, którego regularności już nie chwytała jego percepcja, w końcu zmysły człowieka są ograniczone. Tu wszystkie odległości były wymierzone co do mikrona, gdyż należało zaplanować wszystko przed wyprodukowaniem, a w łączenie elementów nie mogła wkraść się przypadkowość czy błąd, bo wtedy następował efekt domina, jedna niedokładność zwielokrotniała się za każdym razem, w każdej długości i szerokości w milionach elementów, i tu właśnie włączała się matematyka, w końcu nic do siebie nie pasowałoby, w budowie Stacji pojawiłaby się szczelina, a przez nią wpłynęłaby nicość, jeśli można coś tak dziwnego powiedzieć, i ona rozsadziłaby wszystkie materialne łączenia, a Stacja rozpadłaby się kawałki, ludzie wraz z nią. Każdy więc błąd, najmniejsza niedokładność kosztowałaby życie ludzkie. Prostokąty drzwi, bloki estetyczne z kwiatami i kamykami, tak cieszące oko człowieka, rybki w akwariach i dzieła sztuki były ustawione dokładnie w zaplanowanych miejscach i ogony welonek rozkładały się w identycznych płaszczyznach. Dokładność, precyzja, idealny porządek i totalna przewidywalność były absolutnymi cechami rzeczywistości Stacji. Oko już nie wyróżniało porządku, on był. Była to "Knajpka nad brzegiem morza" tak nazywała się kantyna i rzeczywiście przez ścianę, będącą przecież szybą, widziałeś plażę i drobne fale morza obmywające piasek. Ich cierpliwość była wyliczona, a kolor lazurowy. Przez szybę przenikał zapach morskich wodorostów, wszyscy więc starali się zajmować stoliki jak najbliżej, ale i w tej dziedzinie panował porządek, będący stałą wewnętrzną cechą. Nikt na pewno nie wyprzedził cię, jeśli właśnie zmierzałeś do stolika przy plaży, widząc twój zamiar, bynajmniej nie przyspieszył kroku. A więc Korpac już tam siedział, odwróciwszy głowę w stronę wielkiej szyby, wpatrując się bezmyślnie w regularność fal. Jego stopy pod stolikiem były równo dostawione do siebie, pięta do pięty, palce równo przylegały do podłogi. Obie dłonie obejmowały szklankę z napojem stojącą na stoliku, jakby się jej uchwyciły i nie chciały puścić. W regularnych falach morza pojawiła się ryba, zalśniła srebrem w leniwej wodzie i przepadła w głębi. Dopiero wtedy Korpac odwrócił głowę do Daneba, jakby już nie chciał patrzeć w morze, gdyż przepadająca w toni ryba przypomniała mu wypadek. Spojrzał na Daneba siedzącego obok przy stoliku suchymi oczami. Potem powoli wyjął łyżeczkę, która tkwiła w szklance i ująwszy ją trzema palcami wysunął przed siebie, trzymając poziomo do powierzchni stolika. - To było tak - zaczął. - On wychodzi z włazu, a ja podstawiam tę cholerną łyżeczkę, łapię go i wciągam urządzenie z powrotem. Ćwiczyliśmy to godzinami na symulatorach. Wiesz, że byliśmy zgrani, jeden wiedział, co myśli i co zaraz zrobi drugi. Nigdy się nie pomyliliśmy, nigdy i w niczym. Powiem ci więcej, robiliśmy obliczenia kontrolne, rysowaliśmy sobie wykresy, mieliśmy całe sterty wydruków. Rozważaliśmy różne warianty. Już przedtem wykonywaliśmy to ćwiczenie. W rezultacie mieliśmy w głowach cały jego obraz, z najdrobniejszymi szczegółami, widzieliśmy, jak przebiegają linie ruchów. Nie mogliśmy się pomylić i nie zrobiliśmy tego. Wiem o tym- Korpac zamilkł i położył łyżeczkę na stole, czyniąc ruch pionowy ramieniem i całkowicie celowy. Przez chwilę panowała cisza. Bo mogło paść tylko jedno zdanie. Daneb je znał i Korpac tak samo, ale powiedział nagle coś niespodziewanego. - Musisz wiedzieć o czymś jeszcze. My prosiliśmy, aby nas razem ustawiono do tego ćwiczenia. - Tacy byliście pewni? - zapytał Daneb. - Tak - potwierdził Korpac. - Ale nie to nami kierowało. - Więc, dlaczego sami się zgłosiliście? - Chcieliśmy razem polecieć na Ziemię. - Jako zbawcy? - zapytał Daneb. - Właśnie. - Czy Ziemi grożą jakieś konflikty? - spytał ostrożnie Daneb. - Nie, tam panuje porządek, ale trzeba mieć nadzieję, że w razie ataku z zewnątrz będziemy nieodzowni. Po to nas się trenuje. Daneb w tym momencie zobaczył w wyobraźni obraz Ziemi i pewna myśl przemknęła przez umysł i zgasła. Wtedy musiał zadać już to pytanie. - Dlaczego więc to się stało? Korpac milczał chwilę, potem odsunął dłonie od szklanki, jakby już nie musiał się niczego trzymać i powiedział wyraźnie. - To błąd systemu. - Dobrze wiesz, że to jest niemożliwe - rzekł spokojnie Daneb. - Wiem - potwierdził Korpac. - Do czego nas to zaprowadzi? - zapytał odważnie Daneb. - Sam wiesz. - Ale musimy to sprawdzić - zastrzegł Korpac. To, co zostało powiedziane nie mogło być prawdą. Każda, najmniejsza niedokładność w dopasowaniach przedmiotów, ulegała multiplikacji, potem wszystko się rozsypywało. System składający się z wielu elementów, cokolwiek by to było, musiał być porządnie zaplanowany od samego początku. W trakcie wykonywania nie było miejsca na improwizację i błądzenie. Jeśli cokolwiek było krzywe, bądź niedopasowane, właśnie takie być musiało. To uznali za pewnik, właściwie za dogmat, tego nie można było podważyć. Tego właśnie uczyli się od dziecka, to wpajali im wszyscy - rodzice, nauczyciele, zwierzchnicy. Tego nie można było podważyć. A jeśli? Korpac i Daneb siedzieli w półmroku, bo światło było im niepotrzebne, myśleli o tym samym. - Widziałem dzisiaj Ziemię - powiedział niespodziewanie Daneb, co wyglądało jak uwaga rzucona bez związku, ale tym nie było. Potem zaczął mu opowiadać bardzo dokładnie o tym, co widział: po poszarpanych liniach brzegowych, o nieprzewidywalnych kontynentach, o nieodgadnionych oceanach, o niemożliwych do wymyślenia górach. A jacy mogli być ludzie, jakie sytuacje? Na Ziemi nie może panować porządek, jest zbyt różnorodna i skomplikowana. A jeśli przekonanie o bezkonfliktowości jest tylko ekstrapolacją tego, co jest na Stacji? Jeżeli tam jest inaczej? Wtedy wali się wszystko, bo okazuje się nieprawdą. Jeden element jest niewłaściwy i rozpada się całość. Korpac słuchał bardzo uważnie, widać było, że wszystkie elementy zaczynają pasować, ale przecież tego nie chcieli. To właśnie należało podważyć. Musieli sprawdzić, dlaczego stała się rzecz niemożliwa. Ryzykowali bardzo wiele, właściwie, ryzykowali wszystko, czyli istnienie własnego świata. Mimo to uznali, że muszą sprawdzić wiadomości w segmencie pamięci. Nie wiedzieli, jak się tam dostać, sektor, gdzie były segmenty przeszłości i pamięci był zastrzeżony. Znali, oczywiście jego lokalizację, była jak wszystko, w centrum, w miejscu połączenia trzech łap Stacji, u nasady głównego filara. Te cztery skrzyżowane elementy były bardzo solidne, obracały się na pierścieniach umieszczonych wokół Głównego Sektora, a tam było mózg i serce Stacji. Nigdy tam nie schodzili, sądząc, że miejsce jest chronione zakazem, ale przecież nie musieli tak udawać się fizycznie. Wystarczyła wirtualna obecność. - Podejrzewam, że wiem, jak się tam dostać - rzekł z wahaniem Korpac. I pochylił się ponad stolikiem, aby opowiedzieć Danebowi, jak to się robi. Daneb słuchał i zapamiętywał wszystko, gdyż był wytrenowany do przenoszenia takich wiadomości. Uświadomił sobie, że Korpac ma bardzo dokładne dane, musiał więc je sprawdzać, ćwiczyć, a to przecież oznaczało, że wie, o wiele więcej, niż mówi. "Życzymy państwu miłego zwiedzania" - to zdanie ktoś wypowiedział w umyśle Daneba, ale nie widział w tym sensu. Ciekawy był, dlaczego Korpac nagle zbladł. - Słyszałeś - zapytał Korpaca. I choć tamten się nie odezwał, znał odpowiedź, ale nie rozumiał. Nagle światło nieco przygasło, lecz tylko na chwilę, jak zawsze wtedy, gdyż nastąpił gwałtowny pobór mocy. Żołnierze wiedzieli, co to znaczy. Tuż obok nich pojawiła się winda przesyłowa, jak ją nazywali, właściwie disperser. Objął ich klosz światła i utracili świadomość ze względu na prędkości. Potem znaleźli się w głównej sali, wraz z innymi. Odprawa miała się zaraz zacząć. Ich dowódca, nazywany Krabem, nie był sympatycznym człowiekiem. Dowódca widocznie nie musi być ojcem i matką żołnierzy, ale ten był wyjątkowo wstrętny. Zawsze nosił rękawiczki i krzyżował place, zaginając je jednocześnie i wtedy przypominały szczypce kraba, ale nie stąd raczej wzięło się jego przezwisko, byłoby to zbyt miłe i naiwny powód. Wzięło się z ich strachu, nie chcieliby dostać się w szczypce Kraba. Byli pewni, że zaczęłyby ciąć ich żywe ciało. Ale na tym by nie skończyły. Piłowałyby również ich kości, a to trwałoby tak długo, dopóki nie uległyby spiłowaniu na okruchy. A te okruszyny byłyby bardzo małe. I potem już nikt by o nich nie słyszał. Krab stał przed nimi i zaciskał ręce, krzyżując palce. Były oczywiście obleczone w czarne rękawiczki. Był wściekły. Każdy z nich, stojąc wyprężony na baczność wiedział, że natężenie wściekłości mogłoby rozwalić elektrownię. Chodził w tę i z powrotem, trzy kroki w jedną stronę, trzy w przeciwną. Nagle się zatrzymał, bo już nie mógł wytrzymać. Najwidoczniej wściekł się. Dziwne było, że tak spokojnie do nich przemówił. - Wiecie, że ćwiczenia ratunkowe są najważniejsze. Nie muszę wam przypominać. Bo przypominam przed każdymi ćwiczeniami! Chyba żaden z was nie chciałby zostać upuszczony, gdyż przyjdzie czas prawdziwej akcji. Zdajecie sobie sprawę z odpowiedzialności. To wy jesteście zbawcami Ziemi. To na was ona czeka. Jest naszą matką i naszym ojcem. Jest naszą kołyską, glebą rodzinną. Macie obowiązek ją chronić, jesteście jej to dłużni. Macie to zapisane w swoim łańcuchu genowym. Wkrótce nadejdzie czas! Zostaniecie wysłani. Wielkie transportowce czekają w portach. Spłynie na Ziemię armia aniołów. Wojownicy spadną z nieba. Ten obraz istniał od początku świata, zakodowany w ludzkiej świadomości. I właśnie wy - podniósł głos do wysokich tonów - spełnicie marzenie ludzkości! Przestał mówić i znowu rozpoczął swój taniec wściekłości. Wszyscy milczeli, zdaje się, że nie oddychali, każdy się bał na swój sposób. Nikt jednak by tego po sobie nie pokazał. W głowie Daneba panowała pustka. Nie był w stanie złożyć myśli. Hipnoza Kraba musiała być bardzo silna, wygaszała mózg. - Dlatego to nie może się powtórzyć- zaczął znowu Krab. - Wystąp! - wrzasnął na jednego z nich, który miał tak samo jak inni wygaszony mózg i nie umiał się bać. Zresztą, nigdy by nie pomyślał, że to chodzi o niego. Dopiero kiedy tamten wszedł na podium i stanął obok Kraba, twarzą do wszystkich, Daneb poznał go. - To się nie powtórzy! To przez niego i jego pomyłki opóźnia się wasz dzień chwały. To on niszczy nadzieję. A tego nie wolno, tego się nie wybacza. - Odwrócił się do Korpaca i zerwał mu dystynkcje. - Nie ma dla ciebie miejsca. Daneb wiedział, co to znaczy. Wiedzieli wszyscy. Korpac zostanie przewieziony do Czwartego Filaru. Czwarty Filar to piekło! Obóz koncentracyjny. Była to ciemna i ponura konstrukcja, najstarsza. To od niej zaczęto budowę Stacji. Na Czwartym oszczędzano energię. Oszczędzano na wszystkim. Było mało tlenu do oddychania i żywność wydzielano porcjami. Potem Krab kazał się rozejść. Każdy zrobił przepisowy zwrot, mając pusty mózg i mokre ze strachu ręce. Nikt nawet nie odczuwał ulgi, że to nie on, ale tamten. Dlaczego, dlaczego tak strasznie ukarano Korpaca? Przecież żołnierze podlegali szkoleniu, wypadek stał się podczas ćwiczeń. Zdarzały się i przedtem. Ciekawe, ile razy? I czy jest w tym jakaś reguła, powtarzalność? Warto się o tym dowiedzieć. Postanowił przejść się korytarzem spacerowym, musiał parę spraw przemyśleć. Tu było lazurowe niebo. Bardzo lazurowe i stojące wysokie kolumny, tyle że niektóre zostały odłamane u góry, jakby niedokończone. Na kilku leżał płaski dach, zupełnie bez sensu. Daneb nie wiedział, dlaczego to zrobiono. Nawet gdy przeczytał napis na plakietce u dołu kolumny: "Starożytna Grecja, czasy Peryklesa, okres klasyczny", nie miało to żadnego znaczenia. W różnych miejscach generowano widoki, które nazywano starociami, panowała tu jakaś moda, której nie podzielał. Przysiadł u dołu kolumny, gdyż baza stanowiła wygodną i obszerną platformę wypoczynkową, nazywaną ławką. Wciąż miał w pamięci wzrok Korpaca. Widział jego brązowe oczy, uderzała go intensywność koloru. "Może ma filtry barwnikowe - pomyślał. - Ale dlaczego patrzył tak intensywnie? Co chciał wyrazić?" Odpowiedź wyskoczyła samoistnie: dokończ, co zaczęliśmy. "Ale dlaczego mam sam się narażać?" - myślał Daneb. - W imię solidarności koleżeńskiej, wyższych celów ogólnych, takich jak dobro i uczciwość, które bardzo szybko mogą stać się osobistą potrzebą. "No tak, jeśli nie zbadam, co się naprawdę wydarzyło Korpacowi, to może będę jednym z tych, którzy lecą w przestrzeni, umierając, albo ześlą mnie na dno". Zastanawiał się, dlaczego Korpac został skazany? Miał wiele pytań, musiał odpowiedzieć po kolei na wszystkie. Od czego więc zacząć? Nagle pewna myśl sformułowała się w umyśle. Była tak wyraźna, że musiał za nią podążyć. Wyjął swój OK, osobisty komunikator, aby dokonać w nim pewnych obliczeń. Wiedział, jak się dostać do serwera, Korpac mu to szepnął w chwili, gdy zabrzmiał alarm i musieli udać się na odprawę. Wyliczmy, ile może kosztować utrata tylu wyszkolonych żołnierzy, i to podczas jednego ćwiczenia. Wprowadził dane: koszta szkoleń, treningów, umundurowanie, broń, zużyte materiały. Już na samym początku liczby były bardzo duże, a przecież nie uwzględnił wielu danych, choćby koszta wyżywienia. Nie mówiąc o rekreacji, kwartałach mieszkalnych. Dodał jedynie podstawowe parametry. Pominął również rzeczy subtelne i praktycznie niewyliczalne, koszta ludzkie, ale to byli żołnierze, ich życie zostało zakontraktowane i na początku wpisane do rubryki "koszta". Daneb podniósł głowę sponad czarnych cyfr i popatrzył na budynki, stojące w oddali. Zielone prostopadłościany łączyły się ze sobą bokami, a ich dachy umiejscowione na różnych wysokościach miały współgrać z rekreacyjnym charakterem kolumnady, pod którą siedział. Nagle, nie wiadomo dlaczego, ta wyliczona regularność zaczęła go męczyć. Podniósł wzrok, obserwując przez chwilę ptaki, unoszące się w równych odległościach ponad centrum rekreacyjnym, potem spojrzał na piasek otaczający kolumnadę i zauważył na wpół wystająca z niej głowę. Była to rzeźba, z gładkiego materiału, może krzemoplastu, która miała udawać marmur, o czym Daneb oczywiście nie wiedział. Wystawała wdzięcznie, od połowy policzków, ukośnie, a precyzja rysunku nosa i krzywizna łuku łączącego się z linią czoła musiała wzbudzać podziw. Swą dokładnością, oczywiście. Daneb odwrócił głowę, ta regularność i porządek! Ileż obliczeń wymagały! Skoro w tym świecie nie było miejsca na przypadek, który zamieniał się w nieodpowiedzialność, nic nie mogło zdarzyć się na zasadzie chaosu. Wszystko musiało zostać wyliczone. To odkrycie nim wstrząsnęło. Ale jeszcze nie chciał wierzyć, wprowadził więc jeszcze jedną wartość: współczynnik wypadkowy, oczywiście średni. Mimo to liczba była zatrważająca. Finanse Stacji musiały ponosić poważny ciężar, tracąc tak ogromne sumy z każdą setką żołnierzy, którzy odpływali w przestrzeń. Czy nikt inny nie przeprowadzał takich obliczeń? Czy zezwolono na zaistnienie przypadku? "Życzymy państwu miłego zwiedzania", zdanie, które obaj usłyszeli i Koprac znał. Bo przecież to on wykonywał obliczenia. Ze swym kolega, Frojdem nie raz sprawdzili wszystkie elementy ćwiczenia. Chodzili sobie po pamięci ogólnej jak po własnym ogrodzie. Jeszcze raz spojrzał na estakady komunikacyjne ciągnące się wzdłuż budynków, proporcjonalną liczbę osób przewożonych na każdym piętrze. Totalny porządek! A z czego wynikał? Z jednej rzeczy, z obliczeń. Należało wyliczyć wytrzymałość materiału estakady, ciężar jadących, częstotliwość ich wchodzenia, dodać ewentualne bagaże. Odległości od linii nieba i w dół, do płaszczyzny podstawy. Każdy detal musiał zostać ujęty w cyfrę, a ta umiejscowiona z polu zależności. I tymczasem żołnierze odlatywali w przestrzeń, inni wytrenowani żołnierze popełniali błędy i system na to zezwalał. Czyżby nie policzył strat! Oczywiście, że były dawno określone. Ale z drugiej strony, dlaczego Stacja decydowała się na tak olbrzymie koszta, bezpowrotnie zmarnowane? Daneb obawiał się sformułować tę myśl. Może Korpac został zesłany do Czwartego Filaru dlatego, że to uczynił? Może odkrycie, mówiące o tym, że żołnierze nie popełniali błędu na ćwiczeniach, lecz system został wadliwe wyliczony, nie zostało zamknięte w czaszce Korpaca, lecz ją opuściło. Rozmawiał o tym ze swym przyjacielem, Frojdem, może szperał po systemach, szukając danych? Skąd znałby obejścia i metody, które przecież opanował do perfekcji, skoro wystarczyło szepnąć kilka słów, podać parę kodów. Daneb spojrzał na swój OK, na którym wciąż widniały cyfry ostatniego wyniku. Kasować, kasować, szybko! Ale było już za późno, przecież korzystał z ogólnego systemu zasilania, nie miał odrębnej baterii. Nikt nie miał. Dopiero teraz zrozumiał, czemu to służy. Tak, system był dokładny, ale nie znajdowało się w nim to, co uznali za swoje dobro. Jego palce pomykały szybko po klawiaturze, jakby był hakerem wprawionym w podstępach, lecz jednak musiało to potrwać. Ślad pozostał tak wyraźny jak trop odbity na piasku. Działał tu system, przechwytywał i odsyłał. Może gdyby siedział tam człowiek, zrobiłby sobie przerwę na kawę lub spojrzałby w okno i ktoś mógłby się niepostrzeżenie przemknąć, ale system pracował monotonnie i jednoliniowo. Od strony miasta zbliżali się trzej strażnicy na cityriderach, mknąc ponad powierzchnią ulic, zgodnie z przepisową odległością. Daneb zerwał się i zaczął uciekać. Biegł coraz szybciej, choć coś mu szeptało, że ta ucieczka nie może się udać, ale przecież nie może się po prostu zatrzymać. Nie możesz stanąć i czekać, aż do ciebie podjadą i zerwą ci dystynkcje, bez których jesteś niczym. Trenowano cię na żołnierza, co kosztuje bardzo dużo pracy i to nie tylko ich, ale i ciebie, bo wykuwa się twój charakter i wola i potem, po tych setkach ćwiczeń jesteś kimś. Stajesz się tym, kto nie zatrzymuje się, by się poddać, kiedy go ścigają, nawet jeśli pogonią jest Straż Wojskowa. Lecz spychali go coraz dalej poziom za poziomem, a on wskakiwał do wind, łapał środki komunikacji wewnętrznej i był o krok przed nimi. Zawsze o ten kawałek, by móc poczuć się wygranym i żywym. Najpierw myślał, że chcą go jedynie aresztować i na pewno zostanie oczyszczony od zarzutów, ale przypomniał sobie trzaskające szczypce Kraba. Podejrzewał, że nikt z nich nie wychodzi żywy i to właśnie on musiał podpisać rozkaz. Ciekawe, czy zdjął do tego swoje czarne rękawiczki? Po drugie, wciąż pamiętał oskarżeniach Korpaca. Nie zostały wyrażone wprost, wypowiedziane zdaniami, bo mówił tylko o swoich podejrzeniach i opisał dokładnie ćwiczenia, jakim się poddali, ale wniosek był jeden i oczywisty. Wypadki były zaplanowane, wynikały z systemu. Na pewno nie stanowiły pomyłki komputera ani też błędu programu, one zostały celowo wpisane. I stało się to na samym początku. To znaczy wtedy, kiedy przystępowano do planowania całej operacji ćwiczeń oddziałów. Ktoś chciał, aby się nie udawały, ktoś życzył sobie, aby żołnierze odlatywali w przestrzeń, marznąc i umierając. Kiedy go zepchnęli w dół, do Czwartego Filaru zrozumiał, że nie miał być aresztowany. -Ale to moja własna wola! - krzyknął. - Nie będę niewolnikiem! Przybyłem tu z własnego wyboru. Wielkie wrota otworzyły się przed nim i wkroczył w otchłań, skąd nie było wyjścia. Przechodząc przeczytał napis wyryty na belce "Życzymy miłego zwiedzania" i zadrżał, gdyż już gdzieś zetknął się z tym życzeniem. Tak, pamiętał, coś kupił w podziemnym sklepie i usłyszał życzenie mechanicznej kasjerki, które tak właśnie brzmiało. Nie o to wtedy chodziło, nikt mu nie życzył miłych wakacji w ładnym i ciekawym miejscu. Już wtedy był skazany i oznakowany, a poszczególne elementy systemu porozumiewały się ze sobą. Potem słyszał to jeszcze razem z Korpacem, który już tu jest. Czwarty Filar wydawał się nie mieć końca. Szedł ulicami starożytnego miasta, od którego zaczęto budowę ich cywilizacji. Szokiem dla niego były rozpadające się budynki. Jeszcze nigdy nie widział nieporządku, rozpadu, krzywych linii, potrzaskanej rzeczywistości. To był ich świat, który został pokruszony na kawałki. Ale był. I tu żyli ludzie, mieszkali całymi rodzinami, może od pokoleń. Mając do dyspozycji swoje urządzenia, których mu nie zabrano, bo przecież nie został schwytany, nie trudno mu było znaleźć Korpaca. Kolega miał w oczach ten sam bunt i gniew, bo nie pogodził się z zesłaniem i oczywiste było, że będzie próbował ucieczki. Przywitał go tak, jakby na niego czekał. Siedział z pochyloną głową, trzymając dłonie złożone na kolanach, stopy dokładnie do siebie przystawione, palce razem. Na jego widok podniósł głowę i czekał, aż podejdzie bliżej. - Miałem dużo czasu na rozmyślania - przywitał go tak, jakby rozstali się z własnej woli i oto spotkali w Sektorze Spacerowym, umówiwszy się uprzednio. - Nie wątpisz w to, że rzekomy błąd był celowym zamierzeniem. - Tak - potwierdził Daneb. - Chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego został wprowadzony? - Tak, na to pytanie musimy znaleźć odpowiedź. - Tu, w tej ciemności, bez komputerów, bez cywilizacji? - Ale stąd widać pewne rzeczy bardzo dokładnie - odpowiedział spokojnie Korpac. - Widać coś, o czym nie mieliśmy pojęcia. Pokażę ci, wtedy wszystko będzie jasne. Z sufitu zaczął się nagle sypać gruz, lekkie bloki materiału podobnego do styropianu, więc musieli przejść w inne miejsce. - Czy tu żyje dużo ludzi? - Za dużo - odpowiedział Korpac z wściekłością. - Zawsze nam mówiono, że są to przestępcy, osobniki nieprzystosowane do życia w cywilizacji, wrogie w stosunku do norm społecznych. - Tacy jak ty i ja, my również okazaliśmy wrogość w stosunku do praw - powiedział ponuro Korpac i ciągle się w nim gotowała nie zużyta złość. - Myślisz, że powinniśmy się przystosować? - Nigdy! - krzyknął Korpac. - Nigdy! Mijali ich ludzie, którzy nieśli różne przedmioty potrzebne do życia, części jakichś urządzeń, detale maszyn. Mimo mroku zauważył, że są brudni, a ich twarze i ręce pokrywa czarna skorupa. Odzież zwisała w strzępach. Mijali idącego szybko Korpaca i Daneba, obejmując ich spojrzeniami, w których czaiła się nienawiść. Bo dwaj przybysze, mimo że zesłańcy jak wszyscy, mieli jeszcze na sobie odzież i dystynkcje, będące symbolami systemu panującego u góry, oznaczającego dla nich ucisk i oprawców. -Czy wszyscy są równie niewinni jak my? - zapytał Daneb. - Przekonasz się - rzekł Korpac, rozglądając się czujnie. - Ale pamiętaj, jesteśmy w więzieniu. - Tyle wiem. To system ucisku. - Podwójny - Korpac stawał się coraz bardziej uważny i skupiony. - Mimo że są karani i ograniczeni przez nadzór, to jeszcze wytworzyła się wśród nich specjalna kasta ludzi. - Kasta? Jakie więc mają przywileje? - Wszelkie - Korpac czegoś się spodziewał. - Torturowania, karania i oczywiście mordowania. Robią to wszelkimi sposobami. - Nie dość im pognębienia poprzez system uwięzienia? - rzucił uwagę Daneb, ale zamilkł, nie oczekując odpowiedzi. Wiedział, co się wydarzy, wyjął broń. Wtedy właśnie ciemne i groźne postacie zaczęły wychodzić z ciemnych budowli. Wkrótce otoczył ich krąg mężczyzn, zaciskających z wściekłością ręce na trzonkach pałek. - Ostatnie ostrzeżenie! - krzyknął Daneb. - Będę strzelać. Cofnijcie się! Nikt się nie poruszył. - Jeżeli zrobicie krok do przodu, pierwszy rząd padnie! - krzyknął Daneb. Był bardzo spokojny jak podczas zajęć symulacyjnych. - Teraz! - syknął Korpac prosto do ucha. Pierwszy rząd osunął się na ziemię, poszczególni napastnicy padali ciężko jak worki, nie wiedząc nawet, że nie żyją. Inni, nie zdążyli się zorientować w sytuacji i napierali od tyłu, lecz kiedy zaczęli się przewracać o leżące ciała, zrozumieli. A wtedy nagle świsnął kamień i Korpac ledwo się uchylił. - Próżniowym! - rozkazał, ale Daneb wiedział, co robić. Ciemny kształt, który był budowlą i ludźmi stał się czarnym blokiem o wyraźnych brzegach, jakby przestrzeń została wycięta i wykasowana. Tak też i było, a ci stojący na jej brzegach zaczęli się osuwać i przechylać, wpadać jak w czarny dół, z którego próbowali się wygrzebać. - Powstała przestrzeń ujemna! - krzyknął Korpac. - Wiem! - Zamykaj! - rozkazał, ale Daneb już to zrobił i ponad głowami napastników rozpostarło się pole dodatniej przestrzeni, zamykając ją od góry, a ci którzy stali na brzegach, przestali wpadać w dół, choć nadal nic tu nie istniało. Nie pojawiły się na powrót kształty domów ani ludzi. Napastników nie ubywało. Widocznie niewielu było tu wygnańców, dysydentów i skazanych niesłusznie za winy systemu, a znajdowała się nieprzeliczona rzesza zwykłych bandytów. Może system podwójnej opresji ugniatał każdego i przemieniał w narzędzia. A teraz ci, którzy istnieli bez nadziei, mieli okazję umrzeć szybko i bez zdziwienia. - Walczymy, kolego! - syknął Korpac. Byli doborowymi żołnierzami i mogli się utrzymywać bez końca. Broń Daneba była połączona z ogólnym systemem wojskowym i jej energia nie ulegała wyczerpaniu. Postawili przed sobą pole, by żaden kamień już nie trafił Korpaca, przełączyli broń na dez i dokonywali unicestwiania materii. Nie myśleli o niczym innym, jak tylko o planowaniu, będąc dwiema idealnymi maszynami. Korpac wziął KP Daneba i poprzez komunikator osobisty łączył się z systemem serwerów znajdujących się nie tylko w Stacji, ale i poza nią. Dzięki temu mogli widzieć z ciemności, choć nie kształty ludzkie, bo one nie miały żadnego znaczenia, ale symbole matematyczne, pokazujące opór materii oraz siłę potrzebną do jej pokonania. Nie mieli litości ani też moralności, byli żołnierzami, szkolono ich by zabijać. Nie zabijali ludzi, lecz dokonywali dezintegracji przeciwników, nie mordowali mężczyzn jak oni, ale niszczyli zasoby żywe. Takie idee poruszały ich umysły, zapewniając skuteczność działania i spokój ducha. Walczyli nie tylko po to, aby przetrwać, musieli zwyciężyć. Nie wiedzieli, jak długo trwały zmagania, nie czuli zmęczenia, po to ich trenowano. Nagle zapaliło się światło, kiedy oni stali wparci w siebie plecami i gdy Korpac obliczał cele przez KP, a Daneb wciąż strzelał. Wokół nich nie było nic, tylko rozległa przestrzeń, na której leżały porozrzucane bloki materii, ulegające wewnętrznej destrukcji. Wyglądało to jak pusty cmentarz, na którym walają się porzucone płyty nagrobne. Ochłonęli. W pustej przestrzeni zaczął się pojawiać kształt, który dość szybko się do nich zbliżał. Ale oni byli przygotowani na wszystko. Szokujący orszak, na przedzie dwaj jako straż, potem najważniejsza osoba, dowódca, odrażająca postać. Nieco lepsze łachmany, napierśnik wycięty z kawałka plastyku jako oznaka władzy i włosy związane z tyłu głowy, tylko na tyle było go tutaj stać, ale i tak siał postrach i uważał, że jest ważną figurą. Jego twarz była zdeformowana, przesunięta w bok, brakowało mu lewego policzka, który został wyszarpnięty jakimś ostrym narzędziem. Pozostała nierówna blizna i wklęśnięcie, w które wpadały wargi. Kilku należących do straży przybocznej ciągnęło za nimi klatki, w których więził nieposłusznych. Daneb mógł obejrzeć metody systemu, jaki mu opisał Korpac. Podwójna opresja, system udręki i zależności: skazani dręczą skazanych, okaleczeni torturują poranionych. Nie ma litości. W jednej klatce siedział człowiek, któremu dołączono rurki do nosa i do ust, ciągnące się do kontrolnego systemu zamontowanego w drzwiach. Na klawiaturze wystukiwano kod, sterujący częstotliwością podawania powietrza. Temu akurat karanemu za nieposłuszeństwo wobec praw ustalanych przez silniejszych racjonowano oddech dość rzadko, bo leżał na dnie klatki z zamkniętymi oczami, siniejąc, ale ból był jego i cierpienie samotne. Nikogo to nie obchodziło. W innych klatkach racjonowano jedzenie, stosując identyczną metodę. W kącie klatki kucał szkielet wpatrując się w ludzi jak w mięso do zjedzenia. - Ty cholerny kretynie! - wrzasnął dowódca grupy na Korpaca. - Po co to zrobiłeś?! Zniszczyłeś wszystko, porządny, dobrze funkcjonujący system, jaki tu budowano od lat. Czy wiesz, co się teraz stanie? Dopiero teraz będzie tu prawdziwe piekło. Dopiero teraz skazani poczują beznadziejność swojej sytuacji, zrozumieją, że zostali wygnani na zawsze i nigdy nie powrócą do cywilizacji. Zaczną rozmyślać o swoim losie i przypominać sobie piękne dni przeszłości. Będą tęsknić do bliskich i przyjaciół. Staną się wygnańcami, szlachetnymi rewolucjonistami skazanymi na wieczną banicję. A kiedy byłem ja i mój system opresji - dowódca przyskoczył do Daneba, lecz widząc, co tamten ma przymocowane do dłoni, cofnął się szybciej, niż przedtem wykonał ruch do przodu. - Kiedy panowałem ja - potoczył triumfalnym wzrokiem - ich nienawiść skupiała się tylko na mojej osobie. "To ten Suki - jak mnie w skrócie nazywali- to on nas więzi, on wszystkiemu winien". Im większe zadawałem cierpienia ich ciałom, tym skuteczniej ratowałem ich dusze. Jęczeli z bólu, wyli od zadawanych razów, przeklinali mnie. Bo ja - Suki walnął się z rozmachem w piersi, aż wgniotła się jego ozdoba- byłem zaporą, która należało pokonać i tylko na mnie i na moich udrękach skupiała się ich myśl. Tylko jak zabierałem ich siły, bo ze mną walczyli, nie z systemem, nie z banicją, z głodem i bólem - dokończył cicho. Pokiwał głową, jakby się litował nad wieczną ludzką głupotą i wrzasnął niespodziewanie, przyskakując do jednego z gwardii. - I rzućcie mu coś do żarcia, zanim go wypuścicie, bo przyskoczy i odgryzie kawał policzka. Podszedł do drugiej klatki i uderzył w kilka klawiszy umieszczonych na tablicy na drzwiach, a leżący na dnie zachłysnął się powietrzem i jego klatka piersiowa zaczęła się szybko unosił i opadać jak u biegnącego. Drzwi do drugiej klatki uchylono i na drągu podano głodującemu kawał chleba, który pochwycił i zaczął wpychać do ust. Zatkał się od razu i właśnie o to chodziło. Nie mógł tego przełknąć, choć się starał. Przepona pracowała, oczy wyłaziły z wysiłku, organizm domagał się wciągnięcia pokarmu, który musiał zostać zwrócony, podzielony na kawałki i ponownie przerzuty z powolną starannością. Drugi policzek Sukiego był bezpieczny. Korpac jeszcze był wściekły, jego ból i cierpienie wcale nie zostały wyrzucone i przez to pokonane. Został oszukany i stracił najlepszego przyjaciela. Utracił wszystko, co posiadał, bliskość i jedność oraz system wartości, któremu był wierny. - Opróżnijcie klatki! - wrzeszczał Suki. - Skazuję ich na wieczne cierpienie! Niech mają pod dostatkiem żarcia i tlenu. Korpac odepchnął szastającego się Sukiego i pociągnął za sobą Daneba. - Musimy się pospieszyć! Daneb nie zadawał pytań. - Prędzej, bo będziemy musieli czekać do następnego obrotu. - Czyli całą dobę - pomyślał Daneb. Podbiegli na koniec piętra, gdzie były umocnienia, dość starego typu, spełniające jednocześnie funkcję okien, chwytających światło podczas dziennego obrotu Stacji. Kiedy była zwrócona w stronę słońca, okna magazynowały światło, by dzień mógł trwać również po przesunięciu się poza granicę ciemności. Właśnie ten moment miał zaraz nastąpić. Korpac przypadł do okna i oparł się o nie rękami, dysząc, a Daneb stanął obok. Trwało to tylko chwilę, było widoczne w momencie, gdy Czwarty Filar mijał krawędź ciemności, a okna były jeszcze włączone i umożliwiały zobaczenie tego, co było na zewnątrz. Być może wynikało to z błędu systemu, który już nie był pierwszym, który odkryli. Istniało inne wytłumaczenie- tego nikt nie mógł przewidzieć. Któż pomyślałby, że kiedyś Czwarty Filar będzie służył jako więzienie i znajdą się w nim dwaj doskonale wytrenowani żołnierze, którzy będą myśleć, analizować i poszukiwać odpowiedzi. Kiedy zobaczyli odwrócili się plecami do okien, bo za nimi i tak już panowała ciemność. - Wytrenowanie żołnierza jest bardzo kosztowne - zaczął Korpac. - Nie można tego marnować, prawda? Więc nie marnują. Pod pozorem ćwiczeń na otwartej przestrzeni pozwala się, by żołnierze spadali. - Ale ich ciała nie odlatują w ciemnej przestrzeni - zawtórował Daneb. - Zostają wyłapywane przez urządzenia zamontowane na łapie Czwartego Filara. - Bo tam jest stara platforma, na której można postawić wszystko - uzupełnił Daneb. - I nikt tam nie podejdzie, bo przejście prowadzi tylko przez więzienie Czwartego Filaru. - Jest dojście wyłącznie z zewnątrz, z otwartej przestrzeni kontrolowanej przez wojsko - powiedział ze smutkiem Daneb. - Można więc swobodnie przejąć obiekt i przetransportować - skończył Koprac z wielką wściekłością. - Tak było, tak jest i tak się dzieje. - A więc twój przyjaciel, Frojd żyje - szepnął Daneb. - A gdzie jest, co z nim zrobili? I dlaczego to wszystko się dzieje? - Korpac oderwał się od okna i zaczął chodzić wielkimi krokami. - Trzeba było mnie o to zapytać - rzekł Suki, który zeskoczył z dachu wprost pod nogi Korpaca, a ten się zatrzymał. - Dlaczego mamy ci wierzyć, jesteśmy wrogami, zniszczyliśmy twoje imperium - powiedział Koprac. - Pomóżcie mi je odbudować - zaproponował Suki. - A ja wam pokażę kogoś, kto powrócił. - Skąd? - wrzasnął Korpac, przyskakując do Sukiego i łapiąc go za gardło. Tamten zaczął się dusić. - Jeśli go zabijesz, nie powie nam - rzekł spokojnie Daneb. - Stworzył system opresji, chwalił go, podkreślał jego zasługi w ratowaniu zdrowia psychicznego skazanych. Niech go zakosztuje! Niech doświadczy na sobie dobrodziejstwa ratowania duszy. Na pewno po tym seansie nie będzie tęsknił do bliskich ani do rodziny, jak tamci nie mieli siły niczego odczuwać. Daneb widział to, co wielokrotnie obserwował na ćwiczeniach, ale tutaj miał do czynienia z żywym materiałem. Manekiny i partnerzy sparringowi nie oblewali się krwią, ni upadali jęcząc i nie błagali o litość. Suki był po prostu sukinsynem i nie miał siły charakteru, nie chciał cierpieć. - Powiem wszystko - jęknął, gdy udało mu się złapać oddech. Korpac podniósł go jedną ręką - Mów! - Jest tu jeden żołnierz. On powrócił! - Skąd? - Żołnierzu! - usłyszeli znajomy głos. - Rozkazuję ci przestać. - Skąd? - powtórzył Korpac. Nieopodal stał Krab z dwoma żołnierzami ze straży wojskowej. - Jestem skazany! - odwrzasnął mu Korpac. - Jestem banitą, nie mam munduru ani dystynkcji. Nie obowiązują mnie rozkazy. - Skąd powrócił? - powtórzył pytanie Korpac. - Z Ziemi. - Przywracam ci wszystkie tytuły i zaszczyty, twoja kara zostanie anulowana - wrzeszczał Krab, zaciskając ręce w czarnych rękawiczkach. Żeby tylko Korpac się nie dowiedział, ale było za późno. - Co jest na Ziemi? Dlaczego ich posyłają? - Mącą - wycharczał Suki. Wszystko było oczywiste. Nie mogli robić tego jawnie. Korpac zawsze pamiętał o przyjaciołach, dlatego nie puszczał gardła Sukiego. - A co z moim przyjacielem, tu stojącym? - On niczego nie zrobił - wykręcał się Krab. Nie mógł sobie pozwolić na dwóch świadków, ale musiał. - Uznaję, że nic złego nie uczynił, był to incydent bez znaczenia - dał znak ręką i żołnierz ze straży podszedł i wyjął Sukiego z ręki Korpaca. Nie uczynił tego bynajmniej z litości. Tamten upadł na ziemię i złapał pierwszy głęboki oddech, który był jednocześnie ostatnim. Żołnierz go zastrzelił. Potem poszli do najbliższej windy. Korpac i Daneb wsiedli, dwaj żołnierze ze straży również, ale Krab marudził. Miał coś do załatwienia. Trzymając w ręku swój osobisty komunikator, programował go. Kiedy skończył, podniósł głowę, obejmując po raz ostatni spojrzeniem miejsce, które było i nacisnął czerwony guzik, rzucając urządzenie na ziemię i wsiadając do windy. Ruszyli. Zasoby żywe Czwartego Filaru przestały istnieć. Piekło pożarło samo siebie. Korpac leżał na łyżce, bo tak chciał i tak się umówili z Danebem, który miał być następny. Krab dotrzymał wszystkich obietnic. Była ceremonia, oczywiście. Otrzymali pochwałę i odznaczenia, gdyż wyliczono, ile żywych zasobów oraz materii zniszczyli, co oznaczało, jak naprawdę są dobrzy. A to było kolejnym argumentem do teorii Korpaca. Każdy z żołnierzy, który został przetransportowany na Ziemię mógł dokonać poważnych spustoszeń. Przeciwko komu walczyli? Daneb wciąż pamiętał obraz Ziemi, z jej nieodgadnioną różnorodnością, tak odmienną od nudnego porządku Stacji. Tam musiało wiele się dziać. Chciałby to zobaczyć. Zaczął pragnąć szaleństwa rozmaitości za wszelką cenę, nawet gdyby okazała się nieprawdą, a Suki kłamał, choć w chwili śmierci się nie kłamie. Ale czy można wierzyć sukinsynowi? Już wszystko zostało obgadane z Korpacem, który wierzył, że spotka się z przyjacielem. Korpac leżał na tle czarnej, otwartej przestrzeni. Leżał spokojnie, na wznak, miał oczy zamknięte, był jak umarły. Tacy jak on byli bezcenni, nie można ich było marnować. A poza tym system nie miał wad i wszystko musiało pójść ustalonym trybem. Prawda?
Technical Details
Message-ID:
<3E0DBD15.26034853@wp.pl>Path:
mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!pingwin.icm.edu.pl!news.icm.edu.pl!mimuw.edu.pl!news.mimuw.edu.pl!newsfeed.tpinternet.pl!news.tpi.pl!not-for-mailShow Full Headers
Complete Article Headers
Path: mbox-mo1.pugleaf.net!news-archive.icm.edu.pl!pingwin.icm.edu.pl!news.icm.edu.pl!mimuw.edu.pl!news.mimuw.edu.pl!newsfeed.tpinternet.pl!news.tpi.pl!not-for-mail From: Henryk Kostjuk <henryk.kostjuk@wp.pl> Newsgroups: pl.hum.pisarstwo Subject: Ciala w przestrzeni Date: Sat, 28 Dec 2002 16:02:45 +0100 Organization: tp.internet - http://www.tpi.pl/ Lines: 758 Message-ID: <3E0DBD15.26034853@wp.pl> Reply-To: henryk.kostjuk@wp.pl NNTP-Posting-Host: ast.ima.pl Mime-Version: 1.0 X-Trace: news.tpi.pl 1041087693 4407 195.117.13.89 (28 Dec 2002 15:01:33 GMT) X-Complaints-To: usenet@tpi.pl NNTP-Posting-Date: Sat, 28 Dec 2002 15:01:33 +0000 (UTC) X-Accept-Language: en X-Mailer: Mozilla 4.7 [pl] (Win98; I) Content-Type: text/plain; charset=UTF-8 Content-Transfer-Encoding: 8bit