🚀 go-pugleaf

RetroBBS NetNews Server

Inspired by RockSolid Light RIP Retro Guy

Thread View: alt.pl.popieram.ateizm
1 messages
1 total messages Started by maniana Sun, 31 Oct 2010 04:39
apage satanas
#72212
Author: maniana
Date: Sun, 31 Oct 2010 04:39
148 lines
11043 bytes
Od 2 tygodni choruję i chyba dopiero teraz doceniam tamte noce i dnie 
spędzone na modlitwie pod krzyżem. Po pierwsze widzę, że samemu naprawdę 
ciężko zmobilizować się do "porządnej" modlitwy, choćby do tego, by 
skutecznie odgonić rozproszenia, skupić myśli, które uciekają w różne 
strony. Mimo uciążliwości jaką niesie choroba, siedzenie w ciepłym 
mieszkaniu (nawet przebywanie w łóżku), w atmosferze względnego 
bezpieczeństwa i wygodzie, bardzo osłabia wolę. Tego doświadczam i czekam 
już z utęsknieniem kiedy będę mogła na nowo stanąć w szeregach dzielnych 
"obrońców" z różańcem w ręku. Słuchając audycji w RM, w której kilka osób 
wspominało swoje "początki" oraz motywy przychodzenia pod krzyż, zaczęłam 
zastanawiać się jak to było w moim przypadku. Pamiętam - zwłaszcza na 
początku swój lęk. Bałam się i było mi bardzo wstyd z tego powodu. Bałam się 
widząc że ani ja ani żadna z tych osób, które tu stoją nie mają żadnej 
ochrony ani ze strony policji, ani służb miejskich, ani w razie czego - ze 
strony prokuratury. Kiedy wspomnę "typy', które kręciły się między 
modlącymi, do dziś czuję ciarki po plecach: wygląd zewnętrzny, postawy oraz 
zachowanie tych ludzi przypominał mi ponure czasy bezprawia ZOMO w PRL-u. 
Nie raz, kiedy wracałam do domu po modlitwie - jeszcze na przełomie lipca i 
sierpnia, jakiś "cień" odprowadzał mnie prawie pod drzwi, idąc w 
"bezpiecznej odległości", od czasu do czasu robiąc zdjęcia, kiedy zaś się 
odwracałam, udawał, że idzie w zupełnie inną stronę. Innym razem słyszałam 
pogróżki z ust samych mundurowych - tak, z ust umundurowanych żołnierzy 
pilnujących pałacu, którzy syczeli na mnie, gdy układałam przyniesione przez 
ludzi kwiaty. Bałam się także band satanistów. Nie mówię tu o młodzieży, 
która kręciła się przy nas sama nie wiedząc po co, a próbując nas 
przestraszyć swoim strojem, makijażem lub przekleństwami. myślę - i pamiętam 
zorganizowane grupy ludzi w różnym wieku, wcale nie najmłodszych, świadomie 
zorganizowanych w grupy wyznawców szatana. Karki, ramiona mieli wytatuowane 
pentagramami i swastykami, nosili koszulki z wizerunkami płonących trupich 
czaszek, nosy, uszy i wargi mieli zaś podziurawione i przetkane emblematami 
szatana. Grupy te przynosiły czarno-biały sztandar - parodiujący sztandary 
niesione w procesji kościelnej, na którym przedstawiony był szatan depcący 
głowę Archanioła Michała. I te ich okrzyki - równe, tubalne, straszne, 
profanujące wszystkie świętości wiary katolickiej - od okrzyków: "Kaczyński 
na krzyż", przez "Precz z krzyżem", po "krzyż do d., spieprzaj z krzyżem" i 
inne tak niewybredne i bluźniercze, że włosy jeżyły się na głowie, czego ci 
ludzie się nie boją. W czasie wakacyjnych upałów, pod krzyżem gromadziły się 
tłumy tych ludzi tak, by było ich co najmniej 2 razy więcej, niż nas. Fakt, 
że oprócz alkoholu, musieli oni brać jeszcze coś, był niezaprzeczalny, nikt 
bowiem nie byłby w stanie wytrzymać non-stop całą noc utrzymując taką 
jasność umysłu, podniesiony nastrój i inteligenty dobór argumentów. A tym 
właśnie charakteryzowali się nasi przeciwnicy, którym na prawdę trudno było 
dotrzymać kroku w rozmowie. Prócz tego charakteryzowali się nieustępliwą 
napastliwością i zupełnym brakiem kultury. Bez żenady, przepychając się 
niegrzecznie, rozrywali krąg modlitewny, wyzywając pierwszą napotkaną osobę 
na burzliwą dyskusję, w której ze wszystkich sił starali się jej udowodnić 
jej niższość i zupełną głupotę.
Ale nie samo to było źródłem mojego lęku. bałam się konsekwencji - 
subtelnych, cichych, które zastaną mnie nieprzygotowaną i najbardziej 
newralgicznym momencie uderzą z taką siła, że mnie powalą zupełnie. Praca, 
rodzina, przyjaciele. Cóż, jeśli tak postąpili z prezydentem to czego mogę 
spodziewać się ja - zwykły zjadacz chleba, za którym nikt się nie wstawi.? A 
przecież żyć trzeba.

Wiele czasu zajęło mi zmaganie się z tym lękiem. Przyznam, że kiedy kładłam 
pod krzyżem wykaligrafowane słowa ks. Popiełuszki: "Zasadniczą sprawą przy 
wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się z 
zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, 
utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, 
które jest miernikiem prawdy. Jeżeli prawda będzie dla nas wartością, dla 
której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, 
który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia" - to łzy ciekły mi po 
policzkach, widząc, jak bardzo w pierwszym rzędzie do mnie samej. Pamiętam, 
jak rozmawiałam z przyjaciółmi i pytałam ich, czy to jest uczciwe, że ja się 
boję, że nie idę "na całego," ale ostrożnie, unikając konfrontacji, 
ujawniania się, narażania siebie. Czy jest to uczciwe wobec Polski, wobec 
tego, co się stało 10 kwietnia, o co trzeba się teraz upomnieć i walczyć. No 
i co będzie potem, kiedy sytuacja się zaostrzy, a mi wówczas zabraknie sił, 
odwagi i konsekwencji? Gryzłam się tym dylematem i czułam się wewnętrznie 
bardzo mizernie. Ale postanowiłam sobie, że choć jestem wewnętrznym tchórzem 
(nogi nieraz pod krzyżem dosłownie dygotały mi ze strachu), to jedno mogę 
zrobić - uparcie tu wracać. Jeśli nie stać mnie na to, by bić się z otwartą 
przyłbicą, to przynajmniej będę walczyć robiąc co do mnie należy z 
konsekwencją i uporem.

Tego wszystkiego jednak (a dokładnie tego minimum) nie dokonałabym bez 
łaski, jakie niosła ze sobą wspólna modlitwa pod krzyżem. I pod tym względem 
moje ostatnie lata życia mogę podzielić na okres przed katastrofy i po 
katastrofie. W miarę upływu czasu, od kiedy dane mi jest modlić się pod 
krzyżem, widzę, że ta modlitwa pojawiła się - jak by to powiedzieć - w 
ostatniej chwili dla mojego osobistego nawrócenia. Właściwie zdałam sobie z 
tego sprawę klęcząc pewnej nocy wraz z dwiema kobietami przy płonących 
zniczach ustawionych przed krzyżem. Było to chyba w lipcu. Przeciw nam było 
co najmniej 100 przeciwników zorganizowanych w satanistyczne hordy. Byli tak 
rozgorzali, źli i agresywni, że w każdej chwili gotowi skoczyć nam do oczu i 
dosłownie rozszarpać na kawałki. Jednocześnie, nasza jedyna broń - modlitwa, 
najbardziej ich drażniła i złościła. Od czasu do czasu spoglądałam na twarz 
mojej towarzyszki i widząc łzy w jej oczach, szeptałam do niej gorączkowo: 
"niech pani nie płacze - módlmy się!". I modliłyśmy się do rana, ani razu 
nie wstając z kolan. Tej nocy doświadczyłam dwóch rzeczy; pierwsze było moje 
odkrycie, że ja, wychowana w Kościele, należąca do pokolenia JP2, nie 
pamiętam tajemnic światła różańca świętego! A więc jest to alarm do mojego 
nawrócenia, ostatni moment by zacząć naprawdę się modlić, by obudzić się - 
jak to pięknie ktoś napisać na transparencie "Obudź się, Polsko!". Drugie 
doświadczenie wynikło z sytuacji, w jakiej znalazłam się wraz z moimi dwiema 
towarzyszkami. Im trudniejsza wydawała się sytuacja, im groźniejsze stawały 
się ataki prowokatorów, tym bardziej widziałyśmy, że jedynym ratunkiem jest 
modlitwa, Bóg! I to doświadczenie stało się dla mnie osobiście szansą 
wewnętrznej osnowy, ponownego odkrycia, nie tylko konieczności zwrócenia się 
do Boga, ale także doświadczenia, że na Niego można niezawodnie liczyć. 
Potrzebne było mi to doświadczenie, właściwie od tego momentu zaczęłam 
doświadczać skuteczności wołania do Boga i cudów, które On w swej dobroci 
szczodrze mnie zasypywał. Patrząc na roziskrzone oczy, zaciśnięte pięści i 
pałające agresją twarze, widziałam ze zdumieniem, że dopóki nie przestaję 
odmawiać różańca, nie czuję lęku. Mimo, iż ludzie ci byli może metr, półtora 
metra ode mnie, modlitwa tworzyła jakby niewidzialny mur, za którym czułam 
się bezpiecznie, ba, nawet mogłam się uśmiechnąć, jak dziecko na rękach 
ojca, które przygląda się lwom igrającym za kratkami.

Każdy trud związany z przyjściem pod duchowy krzyż, zniesieniem zimna przez 
te 30 minut, wytrzymaniem prowokacji krzykaczy jest dla mnie potrzebnym 
warunkiem do tego, by moja modlitwa była autentyczna, płynęła z potrzeby 
serca, by to serce odczuło potrzebę także dotkliwie na sobie.

Na koniec jeszcze jedna refleksja - jeszcze parę dni temu rozmawiałam z moja 
serdeczną przyjaciółką o smutnych wydarzeniach jakie ostatnio dotykają, 
wręcz targają Polską. Dramatyczne informacje o śp. Prezydencie, który - jak 
donosi Gazeta Polska, leżał kilkanaście godzin po katastrofie odarty z 
ubrania na błocie, zamach i zabójstwo członka PIS-u w Łodzi, wyprzedaż dóbr 
kraju. - wszystkie te wydarzenia są tak trudne i bolesne, że człowiek nie 
jest w stanie tego ciężaru unieść. Rozważając to wszystko doszłyśmy do 
wniosku, że tylko wiara może być dostatecznym gruntem dla przyjęcia prawdy, 
również tej najgorszej prawdy o tym, co dzieje się w Polsce i z Polską. 
Istotnie, gdyby nie wspólny różaniec, podczas którego można oddać Bogu cały 
ten ciężar, a jednocześnie, który jest jedyną formą naszego sprzeciwu, 
walki, niezgody na tę rzeczywistość - jestem w stanie utrzymać równowagę 
ducha. Czemu wspominam przy tej refleksji przyjaciółkę.? Bo w czwartek 
odeszła do Domu Ojca, uznałam więc, że warto upamiętnić jej ostatnie słowa, 
tak aktualne, wypowiedziane jeszcze tu, na Ziemi.



http://wobroniekrzyza.wordpress.com/

(świadectwo Lidii)



***

I to chyba koniec relacji spod Krzyża Pamięci, bo Krajski już zarobił na 
książce którą napisali mu Obrońcy Pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, 
których Krajski bezczelnie wykorzystał.

Upamiętnienie zamordowanych w Smoleńsku 10.04.2010 Krajski od początku miał 
gdzieś.

f.
Thread Navigation

This is a paginated view of messages in the thread with full content displayed inline.

Messages are displayed in chronological order, with the original post highlighted in green.

Use pagination controls to navigate through all messages in large threads.

Back to All Threads